autoGALERIA w podróży

Trinidad american classic, Cuba

Kubański świat motoryzacji | autoGALERIA w podróży

Gorąca, kolorowa, pełna muzyki, a jednocześnie zamknięta na świat, biedna i represjonowana. Pełna kontrastów, ale póki co jeszcze wciąż piękna dla każdego miłośnika samochodów. Znów zabieramy Was w podróż – tym razem na Kubę w ostatnich dniach życia Fidela Castro. Tutaj “błotnik w błotnik” żyją ze sobą amerykańskie krążowniki szos, radzieckie i rosyjskie sedany oraz “nowa fala” chińskiej motoryzacji. Samochody tutaj są jak sama wyspa – kolorowe, oryginalne, fascynujące i nierzadko po prostu… piękne.

Po powrocie z karaibskiej wyspy ciężko pozbyć się wrażenia, że motoryzacyjne przeżycia są tak naprawdę czymś, co powinno nas smucić z punktu widzenia zwykłego obywatela. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie sankcje, embargo i komunistyczna polityka rządzącej Komunistycznej Partii Kuby. Trzeba jednak tam pojechać, żeby zobaczyć to wszystko na własne oczy, a przede wszystkim, poznać fantastycznych ludzi, którzy nie tracą pogody ducha, i niczym nasi zaradni rodacy, radzą sobie z brakiem wszystkiego. W tym oczywiście części samochodowych. Bo przecież nie samochodów.

kuba_103

Tym razem do zasad drogowych przejdziemy później. Póki co przyjrzyjmy się drogowemu bogactwu kubańskich dróg. To nie jest tak, że na wyspie nie ma nowych samochodów. Jest ich całkiem sporo. Co zrozumiałe, najwięcej jest wozów tanich, prostych, ale pojemnych. Wśród znanych nam marek, przodują samochody koreańskie oraz francuskie (w zasadzie wyłącznie z koncernu PSA). Ze szczególnym uwzględnieniem Hyundaia Accenta, Kii Rio sedan oraz Peugeota 301. Można też natknąć się na hurtowe ilości Kii Picanto – z tego co zauważyłem, sporo z nich znalazła swoje miejsce jako samochody należące do administracji państwowej. Widziałem też kilka… nowiutkich Mercedesów, co w kraju, gdzie średnia pensja nie przekracza 40 dolarów miesięcznie, może dziwić. Głównie były to modele klasy C, ale również najnowsza klasa E. Oczywiście wszystko w wersjach podstawowych – E200, na najmniejszych felgach, z materiałową tapicerką, bez elektronicznej deski zegarów i systemu COMAND. Ale wciąż samochód sprawiał wrażenie wziętego z innego świata.

chińska motoryzacja, Kuba

Inny świat to również motoryzacja chińska, która najwyraźniej w ostatnim czasie dotarła na Kubę i ze względu na ceny i (jak podejrzewam) wsparcie “bratniego państwa” święci triumfy. Jeśli będziecie korzystać z autobusów, to na 100 % traficie na jedną markę. Yutong jest wszędzie. Zarówno miejskie autobusy, autokary międzymiastowe, niewielkie busy do wożenia turystów  – wszystko jest “obstawione” przez producenta z Państwa Środka. I choć niektóre nie wyglądają najlepiej, sprawdzają się nieźle i na pewno znacznie zmieniły wizerunek dróg i dworców autobusowych. Pozostały już tylko pojedyncze sztuki charakterystycznych ciężarówek z naczepami przebudowanymi na “osobowe”.

Na niemalże każdej ulicy napotkamy Geely CK, przypominające nieślubne dziecko Corolli E12 z Mercedesem W203, a także chińskie MG, Geely Emgrand (w tym również całkiem ciekawe GT) czy projekty firmy BYD, w najprzeróżniejszych kształtach, kolorach i stopniach kopiowania produktów zachodnich. Sporo jest np. pickupów marki JMC. Te przypominające Isuzu “woły robocze” najwyraźniej są tak ważne dla kubańskiej gospodarki, że trafiły na banknot 10 Peso, jako dodatek do ilustrującej “Rewolucję Energetyczną” elektrowni.

10 CUC

“Russian Car. Good! Strong!” Nie raz usłyszałem te słowa od taksówkarza. W zasadzie chyba każdy, który posiadał rzeczony “Russian Car”, musiał się z niego wytłumaczyć. Jeździ ich po Kubie naprawdę dużo, od Moskwiczy, po UAZy. Spora część to Łady “trójki”, “piątki”, “siódemki” i pochodne, często “skundlone” z włoskim fiatem, bądź naszym Fiatem 125p. Brak dostępności części generuje niekiedy śmieszne “tuningi”, jak w jednej z Ład, gdzie oryginalne klamki i podłokietniki z tworzywa zostały zastąpione bardzo eleganckimi i ładnie wykonanymi… drewnianymi. Dodajmy do tego pluszową tapicerkę i, obowiązkowe w KAŻDYM samochodzie, dobre (czyt. głośne i kolorowe) radio z USB. Za to większość zegarów nie będzie działać, podobnie jak przełączniki. Samochody, z którymi miałem do czynienia miały domontowane dodatkowe wskaźniki i losowo umieszczone uniwersalne przełączniki, które pozwalały na użytkowanie wozu. Z działających zegarów –  zazwyczaj był tylko obrotomierz. Prędkość była na oko, czyli “ile fabryka dała te 30 – 40 lat temu”.

Avenida Paseo, Havana

Wyobraźcie sobie, że wsiadacie do taksówki. Kierowca odpala silnik, który bezbłędnie rozpoznajecie jako diesla z Mercedesa. Drążek zmiany biegów pochodzi chyba z Łady, albo z Poloneza – w każdym razie wystaje z pionowej deski rozdzielczej pod kątem. Sama kierownica też nie jest oryginalna. Na dodatek, w miejscu schowka przed pasażerem znajduje się uniwersalny panel klimatyzacji, z wykończeniem “drewnopodobnym”, własnymi pokrętłami i nawiewami. A siedzicie… w biało-czerwonym Chevrolecie Delray/Biscayne z 1958 roku. Takie cuda zdarzają się na Kubie. Jeśli zajrzycie do galerii, znajdziecie jeszcze więcej ciekawostek i “rzeźb”, przy których nasi handlarze lepiący Passaty ze szpachli są jak dzieci na przedszkolnych warsztatach plastycznych. W tym turkusowy sedan z lat 50-ych, którego jakiś miejscowy w przypływie inwencji doposażył w tylne lampy od Peugeota 306, przednie reflektory od poliftowego Hyudaia Atosa Prime, zderzakami od… czegoś, lusterkami od Cinquecento i masą innych “drobiazgów”. To przypadek trochę ekstremalny, ale na pewno nie “jedyny taki, zobacz!”. Niemal żaden z samochodów nie był w 100 % zgodny z tym, co wypuściła fabryka. A było w czym wybierać. Wśród samochodów amerykańskich, z których Kuba słynie, prym wiodą wszelkiej maści Chevrolety, głównie model 150 i 210, z początku lat 50-ych. Poza tym Plymouth, Dodge, Pontiac, Ford, rzadziej Chrysler, czy Cadillac. Ale zdarzają się też egzotyki, takie jak Studebakery, Ramblery, De Soto, czy Edsele. Tak naprawdę wszystko, co do 1959 roku było na rynku amerykańskim i europejskim (tak, Austiny, Fordy Consul czy Ople Kapitan też się przewijają) możecie spotkać na kubańskiej ulicy. W stanie od “szlachetnej patyny” przez “dosztukowane” i “zajechane” do w pełni odrestaurowanych cacek (przynajmniej z zewnątrz), którymi wożeni są zazwyczaj turyści.

Studebaker Flight Hawk, Havana

Duże wrażenie zrobiło na mnie zupełnie niespodziewane odkrycie nad zatoką hawańską. Nie jest to może spektakularny 300 SL Gullwing, jakiego znalazł Piotr Degler, ale “zwykły” Dodge Wildcat. Tyle tylko, że to samochód z okresu, który ciężko nazwać pokojowym w stosunkach karaibskiej wyspy z USA (1964 rok). Na dodatek samochód był odrestaurowany, kompletny, z pełną galanterią i, co z dumą pokazał mi właściciel, w 100% oryginalny silnikowo. Pod maską spoczywał wychromowany, odremontowany 6,6 litrowy silnik z gaźnikami Edelbrocka. Samochód mógłby bez najmniejszych problemów wystartować w dowolnym pokazie.

Buick Wildcat, Havana

Zupełnie innym fenomenem wyspiarskiego rynku są… Maluchy. Kultowy polski wóz był tam eksportowany w latach 80-ych i bardzo się zadomowił. Fiaty 126p, zwane “El Polaquito” (czyli “Polaczek”) są popularne nie tylko jako środki transportu osobistego, jeżdżą również jako… taksówki. Przez dwa tygodnie widziałem ich więcej niż w ciągu ostatnich dwóch lat w Polsce. Od przerdzewiałych na wylot, przez “całkiem normalne”, po odlotowe tuningowe cuda, z chromowanymi kołami i fioletowym, metalicznym lakierem.

Mimo natłoku ciekawych samochodów, na drogach panuje względny spokój. Aut jest zdecydowanie mniej, bo niewiele osób na nie stać. Hawana w środku nocy wygląda na niemal wymarłą. Ciężko jest nawet złapać taksówkę. Ale nawet “w godzinach szczytu” szerokie miejskie arterie nie są zapchane. Jeśli w zasięgu wzroku jest powiedzmy 100 samochodów, a ulica ma po 4 pasy w każdą stronę, to nie powinno to dziwić. W mieście ruch jest dość spokojny, zupełnie inny od chaosu, który poznaliśmy w dominikańskim Santo Domingo. Owszem, nieopatrzny pieszy na pewno może zostać obtrąbiony, a przepuszczanie metodą “szwajcarską”, gdy tylko zbliżymy się do jezdni, jest czymś zupełnie nieznanym, ale sprawnie lawirujące samochody, bryczki, taksówki rowerowe, motocyklowe i samochodowe tworzą dość bezpieczny “koloryt ulic”. Za to nie zdziwcie się, kiedy na środku sporego skrzyżowania, wieczorem (a nie jest to najlepiej oświetlone miasto na świecie), spotkacie taksówkarza, który właśnie postawił samochód na prowizorycznym podnośniku i naprawia jakiś element zawieszenia w swoim Moskwiczu.

kuba_039

Poza miastem kierowcy jeżdżą dość szybko i z fantazją (tzn. na tyle szybko, na ile pozwalają im samochody), pozdrawiając się często ze znajomymi i ostrzegając klaksonem wszystkich o tym, że nadjeżdżają. Drogi są przeciętnej jakości, jednak wyglądają lepiej niż wiele polskich ulic po zimie i da się po nich jeździć, nawet gdyby jakimś cudem trafił się tam wóz nisko zawieszony. Choć np. do wyłożonego XIX-wiecznym brukiem Trinidadu nie wjechałbym niczym leżącym “bliżej ziemi”. Ograniczenia są niskie, na autostradzie można jechać maksymalnie 100 km/h – ale np. nasz taksówkarz dysponujący niezniszczalnym Peugeotem 405 1.9 D rzadko zwalniał poniżej 110 km/h.

Niskie dopuszczalne prędkości możemy tłumaczyć nie tylko niezbyt wysoką jakością dróg, ale także brakiem bezkolizyjnych skrzyżowań, nawet na autostradzie. Za to w miastach funkcjonuje godny pochwały pomysł, którego u nas jakoś nie można zaszczepić. W zasadzie każdy sygnalizator (również dla pieszych) ma sekundowy wyświetlacz odliczający czas do zmiany światła. Bardzo wygodne, również z perspektywy pieszego turysty.

kuba_128

Policji drogowej nie widać, choć co jakiś czas, przy skrzyżowaniach i “węzłach” znajdują się policyjne posterunki. Nie widziałem jednak ani razu, żeby kogoś zatrzymywali, choć faktem jest, że kierowcy przy nich wyraźnie zwalniają.

Co ciekawe, choć infrastruktura nie wygląda na zbyt rozbudowaną, sporo jest stacji benzynowych, choć głównie w miastach. Po większości widać, że nie są najnowsze, przypominają raczej poczciwe, stare “CPN-y”, choć zazwyczaj mają stanowisko z podnośnikiem i myjnię (ręczną), a często są czynne 24 godziny na dobę. Paliwo za to nie jest bardzo tanie. Ceny kształtują się na nieco wyższym poziomie niż w Polsce.

Dane Podręczne:

Kiedy jechać: Sezon na Kubie zaczyna się jak we wszystkich krajach karaibskich, od listopada, i trwa mniej więcej do marca. Wtedy jest nieco chłodniej, ale mniej deszczowo. Temperatury w ciągu dnia wahają się między 25 a 32 stopniami, w nocy jest nieco chłodniej.

Gdzie jechać: Wszędzie znajdzie się coś ciekawego. Hawana ma niesamowity klimat i polecamy zostać tam co najmniej 3-4 dni. Poza tym jest mnóstwo wspaniałych miejsc, od dolin z winnicami i tropikalnych lasów po rajskie plaże. Jeśli lubicie zwiedzać, omijajcie jednak Cayo Coco i Cayo Guillermo. Na tym zamkniętym obszarze, choć jest bardzo ładnie, to znajdują się niemal wyłącznie hotele, a Kubańczycy, którzy nie są ich pracownikami, nie mają na teren wysp wstępu.

Za co jechać: Za peso wymienialne, czyli walutę “dla turystów” (CUC). Choć jest w stosunku 1:1 do dolara, warto zabrać ze sobą Euro. Kurs jest nieco lepszy, a kantor nie pobiera 10 % prowizji za “amerykańskość waluty”. Coraz więcej jest też bankomatów, z których można skorzystać, jednak zwróćcie uwagę, że nie będą one obsługiwały kart wydanych przez banki z kapitałem amerykańskim. Przeciętny posiłek kosztuje między 2 a 12 Euro, w zależności od stopnia skomplikowania, miejsca i jego jakości. Drinki między 1,5 a 3 Euro. Transport taksówką z Hawany do Trinidadu, czyli ok. 370 km – 140 CUC (za dwie osoby). Podobny przejazd autobusem sieci Viazul – 50 CUC.

Czym jechać: Wynajem samochodu jest drogi (od ok. 50 Euro/doba) więc zostają autobusy i taksówki. Te pierwsze można sobie zarezerwować nawet przed wyjazdem (ale i tak trzeba wymienić rezerwację na bilet na max. 30 minut przed odjazdem), te drugie mają ceny akceptowalne, można jeździć na długich dystansach (ok. 400 km) i można się lekko targować.