Felietony

Ferrari 488 GTB Spider | fot. Ferrari

Szybcy i grzeszni – grzechów dobrego kierowcy część druga

Łukasz Heger

Nie tak dawno temu przedstawiłem swój pogląd na tak zwanych „dobrych kierowców”, których to raz po raz spotykamy na swej drodze – nierzadko patrząc w lustro (sic!). Rozmaite zachowania ludzi za kółkiem potrafią innych doprowadzić do szewskiej pasji, bądź co gorsza – narazić ich na niebezpieczeństwo. O czym mowa?

Gdy po raz pierwszy pisałem o grzechach i grzeszkach dobrych kierowców, wymieniłem między innymi takie zachowania jak: brak szacunku dla innych uczestników ruchu, popisywanie się i nadmierne zaufanie posiadanym umiejętnościom, nie dbanie o stan techniczny pojazdu, brak odpowiedniej czujności i koncentracji, a także – co uważam za największe przewinienie – uważanie się za dobrego kierowcę. Tylko czy na tym lista się zamyka? Otóż nie…

Przykładów można mnożyć i mnożyć, bez konieczności długiego zastanawiania się i debatowania. Spójrzmy chociażby na pierwszy lepszy samochód na drodze – w wielu przypadkach natychmiast przypiszemy jego kierowcy odpowiednią łatkę. Stołeczne rejestracje? Nie wpuszczę, bo pewnie kolejny nadęty baran z Warszawki. Biały mieszczuch oblepiony reklamami? Kolejny wariat za kółkiem. BMW? Mercedes? Oni by mnie nie wpuścili, to czemu ja bym miał? Dobry kierowca bardzo często poznał życie na tyle, by opierać się na schematach, co może być dalekie od prawdy. Stereotypy bardzo często ułatwiają życie, niemniej bywają one krzywdzące. Dlatego też na Boga – póki ktoś nie jedzie jak warszawiak (przez małe „w”), nie traktuj go tak! Blondynka za kierownicą dużego SUVa też może dobrze jeździć (tak mówią).

Dobrym przykładem stereotypów, które niestety sprawdzają się nad wyraz często, są zależności – rozpadająca się landara z reguły wiąże się z popisami i jazdą na granicy wytrzymałości przerdzewiałych progów i sparciałych opon, zaś potężny i drogi samochód sportowy nie dziwi chyba nikogo stojąc na miejscu przeznaczonym dla inwalidów. Otóż wielu dobrych kierowców jest w siebie tak zapatrzonych, że zapominają gdzie ich miejsce. Czy to taki problem zrobić jedną rundkę więcej po parkingu, żeby znaleźć sobie miejsce? Czy nie lepiej staruszkowi zapewnić spokojną starość, zamiast wiekuistego pogo na koncercie Rammsteina? Chyba nie muszę tego komentować…

Totalnie wyjęci z rzeczywistości bywają kierowcy tych najdroższych wozów, które nierzadko nie są w stanie wjechać na krawężnik, gdyż leżący na drodze liść jest już zbyt dużą przeszkodą, a którzy stwierdzają, że środek ulicy będzie idealnym miejscem postojowym – w końcu ich na to stać. Oj szanowny kierowco Ferrari, kiedyś ktoś Ci nasra do tego kabrio… Wybaczcie, musiałem (coś o szacunku wspominałem?).

Dobry kierowca bardzo często ma też poczucie swojej absolutnej nietykalności. W końcu wie najlepiej co robi, a gość który wymyślił znaki drogowe z pewnością cierpiał na niedostatek testosteronu. Taki kierowca lubi zapomnieć o przepisach, ponieważ nie po to kupił mocny samochód, by wlec się za kolarzem. Sprawą jasną jest, że duże silniki trzeba od czasu do czasu „przedmuchać”, a i prędkość to coś, co każdy z nas uwielbia. Ale wszystko z umiarem – najlepiej po prostu jest się dostosować do sytuacji panującej na drodze i nie – nie oznacza to, że kiedy inni jadą powoli, to należy lecieć slalomem. Nie, nie, nie.

Warto też w naszych rozważaniach wyjechać z miasta i wybrać się w trasę – tutaj także dzieją się cuda. Duże SUVy i niemieckie limuzyny wiodą tutaj prym w klasie „szybko i głupio”. Większość z kierowców tych pojazdów uważa się oczywiście za najlepszych kierowców, którzy nie mają sobie równych – co za tym idzie, mają zaburzony ogląd sytuacji i wyprzedzają nie mając do tego dostatecznie dobrych warunków – czy to na trzeciego, czy też zmuszając kierowców jadących z naprzeciwka do zjechania na pobocze. Jeśli lubisz we troje – proszę bardzo, nawet w aucie – ale nie w trasie!

I w końcu moi ulubieńcy – zawodowi kierowcy pokonujący każdego dnia tysiące kilometrów za sterami swych dzielnych ciągników! Jak to wszędzie bywa, znajdą się ci porządni i ci z manią wielkości. Ci drudzy są silnie narażeni na schorzenie zwane „szeryfozą”. Z pewnością chcą dobrze kiedy widząc w lusterku samochód dwu- lub trzykrotnie przekraczający dozwoloną prędkość postanawiają wyjechać mu przed maskę, żeby wymusić na nim dostosowanie prędkości. Być może biedak się zagapił, albo co gorsza – licznik prędkości mu się popsuł? Byłoby szkoda, gdyby dostał wysoki mandat. Taa… z pewnością.

Na tym oczywiście lista się nie kończy – zwłaszcza, że są to jedynie moje subiektywne odczucia. Może macie swoich ulubieńców na drogach? Czy coś Was szczególnie irytuje? Dajcie znać – może da się to jakoś leczyć.