Pierwsze jazdy

Swincar | fot. Tomasz Zych

Swincar – Off-road w ekologicznym wydaniu?

Tomasz Zych

Elektryczność jest wszędzie – to w sumie wiemy od dawna. Ale wrzucając ten slogan do kotła motoryzacji wypełnionego paliwem, parującego spalinami i bulgoczącego dźwiękami rasowych silników zaczyna się robić niebezpiecznie. Ta wszędobylska elektryczność zaczyna robić się niepohamowana i w końcu dotarła do off-roadu.

Oczywiście bohater mojego tekstu nie jest w pełni zagrożeniem dla szeroko pojętej tematyki jazdy po bezdrożach.  Jednak mam lekkie obawy co do quadów oraz ATV. W końcu Swincar gabarytami przypomina pojazdy z obu podanych kategorii. Czym on właściwie jest? Po pierwsze – jest w pełni elektryczny. Po drugie – to autorska koncepcja stworzona przez francuskiego konstruktora Pascala Rambaud. Założenie wspomnianego Pana było dość proste – chodziło o stworzenie małego, lekkiego pojazdu, który wjedzie dosłownie wszędzie, nawet pod stromy podjazd bez rozpędzania się.  Swincar został uzbrojony w cztery elektryczne silniki, które zostały sprytnie schowane w kołach. W podłodze (o ile ten element można nazwać podłogą) lub jak kto woli pod fotelem kierowcy znalazło się miejsce dla akumulatorów oraz prostownika, który podobno potrzebuje tylko dwie godziny do ich pełnego naładowania.

dsc05148

 

Największą magią Swincara jest jego zawieszenie. Jak widać na zdjęciach naszym obiektem jest pojazd przypominający pająka – takiego mało zgrabnego, ale pająka. Fotel kierowcy nie jest zapowiedzią żadnych luksusów czy też jakiejkolwiek wygody. Tutaj jednak pojawia się pierwsza niespodzianka, gdyż siedzi się w nim komfortowo – nie ma wrażenia, że pod tyłkiem mamy taboret jak w Abarthcie 595. Kilka mocnych ruchów prawie 100 kg mojej prywatnej masy własnej powoduje, że auto zaczyna się delikatnie kołysać. Dodatkowe sugestie osób prowadzących spotkanie daje mi pretekst do porównań ze sportami zimowymi. Oczywiście  nartami klasycznymi, a nie carvingowymi. Cały szkopuł w jeździe Swincarem i w jego zwrotności polega na tym, iż w celu osiągnięcia jak najmniejszego promienia skrętu trzeba balansować ciałem. Każdy pokonany przez nas zakręt trzeba odpowiednio wcześniej “ukierunkować własnym ruchem”. Wymaga to chwili przyzwyczajenia, gdyż kierownica tak naprawdę jest tutaj elementem zapewniającym nam pewny chwyt i stabliność w siedzisku. Po kilku minutach jednak łatwo to wyczuć, pozwalając sobie na wykorzystanie stu procent możliwości Swincara.

Swincar | fot. Tomasz Zych

 

 

Swincar mimo swoich ograniczeń przyśpiesza w bardzo odczuwalny sposób. Wiadomo, że moc 4kW (5,6KM) nie jest porażająca, ale przy wadze pojazdu wynoszącej 186 kg też nie jest jakaś przeraźliwie mała. Nawet dorzucając do tego moje niecałe 100 kg – było naprawdę przyzwoicie. Jeśli ktoś jest ciekawy jak go uruchomić. Wystarczy wcisnąć czerwony guzik za kierownicą. Wtedy na małym wyświetlaczu zapalają się kontrolki i uruchamia prędkościomierz – voila, ot cała filozofia. A czy da się nim jechać do tyłu? Oczywiście! Jest bieg wsteczny, który uruchamiamy żółtym guzikiem nieopodal tego czerwonego. Nie znajdziecie tutaj jednak pedału gazu – operuje się nim za pomocą manetki ukrytej za kierownicą.

Swincar | fot. Tomasz Zych

Jak wcześniej wspomniałem jazda Swincarem robi ogromne wrażenie. Im dłużej nim jeździłem, tym więcej sprawiał mi frajdy. Do tego zaczynałem lepiej rozumieć idee tej konstrukcji. Wychylanie się celem manewrowania jest fantastycznym pomysłem. Pojazd poraża zwrotnością, jak obiecano mi na wstępie. Pokonywanie pajączkiem zakrętów i wszelkich przeszkód, takich jak wzniesienia i nierówności sprawia dużą przyjemność. Prawdą też była inna obiecana kwestia – Swincar bez problemu ruszał po zatrzymaniu się na stromym wzniesieniu. Jedyne co może nieco denerwować to absolutny minimalizm, czyli całkowity brak osłon lub wyposażenia. Podczas testów (przy temperaturze ok. -5 stopni celsjusza) kierowca jest narażony na wiatr, co czuć zwłaszcza w dłoniach.

Swincar | fot. Tomasz Zych

Przemierzanie leśnych szlaków nie produkując przy tym żadnych zbędnych dźwięków to dobre oderwanie od rzeczywistości. Kompletnie nie przeszkadzał brak radia, a tym bardziej warkotu silnika. Tylko ja, przyroda i Swincar.

Jadąc na prezentację byłem sceptycznie nastawiony do tego projektu. Po głowie chodziły mi różnorakie myśli. Spotkanie ze Swincarem zweryfikowało jednak moje podejście, które po całym dniu jazd zmieniłem o 180 stopni. Mam miłe skojarzenia i jestem ciekaw jak poradzi sobie ten projekt w przyszłości. Ja trzymam za niego kciuki – oprócz tego, że może być frajdą dla zwykłego człowieka, to może być też przepustką do świata normalności dla osób niepełnosprawnych. Przystosowanie go do indywidualnych potrzeb nie stanowi dla producenta problemu. A Swincar bez przeszkód mógłby wypełnić lukę w rynku pojazdów dla inwalidów. Swoje zainteresowanie tym pojazdem wykazują także służby mundurowe, w tym między innymi Straż Graniczna, gdzie taki „Pająk” idealnie mógłby sprawdzić się przy patrolowaniu granic. Standardowym problemem jest cena. Czy zapowiadana kwota 60 000 zł nie jest nieco za wysoka? Chwilowo wadą może być także ograniczona użyteczność. Producent jednak pracuje już zarówno nad mocniejszym jak i dwuosobowym wariantem.

 

  • gino

    Cena to żart, na dodatek bardzo kiepski!