autoGALERIA w podróży

Drogi na Dominikanie

Dominikana | autoGALERIA w podróży

Mamy okres wakacyjny, więc rozpoczynamy nowy cykl, oczywiście powiązany z motoryzacją, choć nieco luźniej niż do tej pory. Zaprezentujemy w nich motoryzację i sposoby poruszania się po drogach w różnych krajach. Na początek – Dominikana.

Większość turystów wybierających na urlop Dominikanę kończy w Punta Cana, w hotelu z All Inclusive, z basenem i prywatną plażą. Tyle, że tak naprawdę, poza wyjątkową urodą plaż i dobrą pogodą w środku polskiej zimy, nie będzie się to różnić od wakacji w jakimkolwiek innym kraju. Warto jest zorganizować sobie wakacje na własną rękę. I tu zaczynają się schody.

Wypożyczalnia samochodów Europcar na swojej stronie miała do niedawna wpis o tym, że jeśli naprawdę nie musicie, nie wypożyczajcie samochodu na Dominikanie. Jednocześnie oferowała pełną ofertę wynajmu. To jak to jest z tą jazdą po “połowie wyspy Haiti”?

No cóż, prawdą jest to, że nie należy poruszać się po zmroku, ze względów bezpieczeństwa. Nie, nie napadną Was miejscowi i nie pozbawią wszystkich pesos/dolarów. Po prostu zabiją Was pijani kierowcy (zwłaszcza w okresie świąt i karnawałów). Na drogach oddalonych od skupisk ludzkich jest duża szansa na wpadnięcie na błąkającego się psa, kurę, kozę, albo krowę. A czasem nawet bawiące się na drodze dziecko. Jednak jeśli obiecacie, że będziecie uważać, to możemy przejść do dalszej części.

Jazda poza miastem, poza wyżej wymienionymi atrakcjami ma w zasadzie jeszcze jeden haczyk. Progi zwalniające potrafią trafić się nawet na autostradzie (jakże innej od naszych) – jest znak ograniczenia prędkości, najpierw “spowalniacze” a na końcu próg. Na drogach szybkiego ruchu są dość sensowne,  jednak na “krajówkach” możecie spotkać nie dość, że słabiej oznakowane, to jeszcze zbudowane niemalże z krawężnika położonego w poprzek jezdni.

Spowalniacze przed progami zwalniającymi

A co z tymi autostradami? No cóż, są przeróżne. Od lotniska w Punta Cana wiedzie autostrada wzdłuż południowego wybrzeża. Po dwa pasy w każdą stronę, z olbrzymimi poboczami i “zawrotkami” co jakiś czas. A, i skrzyżowaniami. I posterunkami wojskowymi. Oczywiście za ten odcinek, ok. 200 km w kierunku stolicy, trzeba zapłacić (ok. 30 zł). Ograniczenie jest do 120 km/h, jednak jadąc z prędkością +/- dopuszczalną będziecie raczej najszybsi. Nie zdziwcie się jednak, że poboczem będzie jechał farmer na koniu, albo młodzież na skuterze,  czasem nawet w poprzek drogi, bo akurat spieszą się poleżeć na plaży.

Z kolei autostrada biegnąca na północną część wyspy, nosząca imię Jana Pawła II, jest jeszcze śmieszniejsza – ma ona po jednym (miejscami dwa) szerokim pasie w każdą stronę i nie jest rozdzielona pasem zieleni. Ot, taka nasza droga krajowa, tylko nieco szersza. Za to, podobnie jak i inne drogi, ma gładki, w miarę świeży asfalt bez nierówności. I mimo dość dużego znaczenia – jest względnie pusta. Można jechać kilkanaście kilometrów i nikogo nie spotkać.

Warto też pamiętać o tankowaniu. Poza miastami nie ma zbyt dużo stacji benzynowych, a na samych stacjach tanio nie jest. Benzyna 2 lata temu kosztowała ok, 5,70 zł/l w przeliczeniu z pesos (w przeliczeniu z dolarów, na malutkich, niefirmowych, stacjach mogłaby kosztować jeszcze więcej), wg danych z internetu – obecnie cena benzyny nie powinna przekraczać 5 zł/l.

Im bliżej miast i obszarów turystycznych, tym “sielankowość” i w sumie bezproblemowość jazdy ustępuje “Dzikiemu Zachodowi”. Ruch się zagęszcza, i zmienia z niespiesznego w zdezorganizowany. Drogi wciąż oznaczone jako autostrady zaczynają przypominać skrzyżowanie Nairobi z al. Krakowską w Raszynie – dużo samochodów i mnóstwo sklepów, szyldów, bocznych dróżek, świateł itp. Większość z zabudowań to proste “lepianki” w stylu przystanku PKS, w których sprzedaje się wszystko, albo nieco większe pawilony – również handlowe. Dlatego też niech Was nie zdziwi jak spod któregoś z nich wyjedzie ciężarówka w nieokreślonym wieku i zacznie jechać poboczem pod prąd. Pieszych również spodziewajcie się wszędzie.

Przy autostradzie

Miasto, w naszym przypadku stolica – Santo Domingo, to już wyższa szkoła jazdy. Klaksony, brak kierunkowskazów to norma. Oczy dookoła głowy – konieczność. Stłuczki, które nie skutkują nawet zatrzymaniem uczestników  – dzień jak co dzień. Pędzące wąskimi uliczkami samochody – codzienność. A jako turyści pewnie będziecie chcieli trochę połazić. No cóż, człowiek na nogach nie ma żadnych praw. Pasy nic nie znaczą. Próba przejścia poskutkuje ominięciem, a nie przepuszczeniem. Światła dają nieco więcej pewności. Jeśli są.

A czym się jeździ na Dominikanie? Turysta biedniejszy zazwyczaj Kią Rio z automatem. Większość samochodów ma tu automat. Miejscowi jednak “upalają” wszystko, co jeszcze ma jakiekolwiek zdolności poruszania się. Podstawą poza miastami są skutery (motoconchos – robią również za taksówki). Mnóstwo chińskich albo starych japońskich skuterów, które niczym w Azji potrafią przewozić na tylnej części siodła rodzinę, albo np. 25 kg butlę z gazem, trzymaną lewą ręką przez kierowcę.

Poza tym, japońszczyzna, w wieku nieokreślonym. Toyota Corolla w każdej możliwej wersji, często obtłuczona, obdrapana. Nierzadko zdarzają się nawet egzemplarze z wytłuczonymi przednimi i tylnymi lampami (wciąż chcecie jeździć po zmroku?). Sporo jest samochodów francuskich, często z “salonową” tablicą rejestracyjną z przodu. Mnóstwo pickupów – Nissany, Toyoty, Mazdy itd. Część z nich ma wstawione ławki i robi za tani transport publiczny. Ten ostatni jest niemal zdominowany przez Toyotę Coaster, w rozlicznych wersjach i w stanie od “nówka sztuka” do takich, których nawet nasi diagności nie przepuścili by po otrzymaniu wkładki w dowodzie.

Transport publiczny

Ale zdarzają się i perełki, choć sam pewnie bałbym się tam jeździć takim wozem. Otóż, wśród lepianek na przedmieściach Santo Domingo odkryłem jedną pobieloną, z wymalowanym wzorem włoskiej flagi, logiem “Italiansportcars.it” i listą obsługiwanych marek. W środku może nie “italian”, ale Porsche Carrera GT, Na zewnątrz widziałem też Maserati Spyder i Ferrari 430. Zresztą, salon Ferrari w Santo Domingo jest całkiem spory.

Innymi słowy, jazda po Dominikanie na pewno nie jest łatwa. Ale nie jest też śmiertelnie niebezpieczna (choć wypadków tam ponoć mnóstwo i to często tragicznych). Jeśli chcecie ten kraj zwiedzić na waszych zasadach – bierzcie samochód i jedźcie. To, co możecie obejrzeć w naszej galerii warto zobaczyć na żywo. A komunikacja zbiorowa nie dojeżdża tam wszędzie.

Dane podręczne:

Kiedy jechać: Sezon na Dominikanie trwa od listopada do końca marca. Jeśli nie przeszkadza nam wilgotność sięgająca 80 %, możemy spokojnie jechać we wrześniu, czy październiku – jest trochę taniej i sporo luźniej.

Gdzie jechać: Zależy, co chcecie robić. Na południu są głównie kurorty, albo obszary przemysłowe – warto tam pojechać głównie w sezonie i raczej tylko wtedy, kiedy chcecie leżeć plackiem na plaży. Podobnie jest w Punta Cana na wschodnim czubku. Zachód to góry i Parki Narodowe (30 % powierzchni Dominikany to obszary chronione). W moim odczuciu najprzyjemniej jest na płw. Samana i w całej północnej części. Piękne plaże, zieleń i spokój. W styczniu na północnym wschodzie można obserwować gody wielorybów.

Za co jechać: Wbrew pozorom, w sklepach nie jest bardzo tanio. Ceny podobne do polskich, lub trochę wyższe. Wynajem samochodu – minimum 1 400 zł / 2 tygodnie. Nocleg dla dwóch osób od ok. 150 zł/ doba. Benzyna obecnie ok. 5 zł/litr. Ceny w pesos dominikańskich mogą być nieco niższe, ale generalnie wymiennie często można płacić w USD.

Czym jechać: W zależności od budżetu. Warto wynająć samochód, żeby zobaczyć “wszystko co się da” – Dominikana ma mnóstwo atrakcji, które są średnio opisane i czasem na totalnych “końcach świata” – bez samochodu ani rusz. W wersji tańszej – komunikacja zbiorowa. Toyota Coaster zabierze Was z Santo Domingo na czubek płw. Samana za ok. 40 zł (450 km). Motoconchos – ponoć pozycja obowiązkowa. Ja się trochę bałem – motocyklowo – skuterowe tanie taxi dla jednej osoby. Za kurs nie powinniście zapłacić więcej niż 5 $.

Podobne artykuły