Felietony

To coś… czyli parę słów o wyjątkowych samochodach

Adam Kołodziejczyk

Dlaczego w pewnych samochodach każdy mankament jest akceptowalny? Czemu liczne niedoskonałości znajdują uzasadnienie w kilku niesamowicie poruszających fragmentach karoserii albo w pięknych detalach wnętrza czy szczegółach dotyczących jakości prowadzenia?

Choć zdarza mi się jeździć różnymi samochodami (nie tylko tymi drogimi albo szybkimi), to jednak zawsze oglądam je wszystkie z zaciekawieniem. Otwieram, zamykam, tankuję, myję, słucham pracy ich silników… W końcu każdy pojazd ma w sobie coś innego. Bywa, że testuję konstrukcje idealnie dopracowane, innym znów razem poruszam się dziwnymi “wynalazkami” wymagającymi przyzwyczajenia. Po latach za kółkiem i wielu tysiącach kilometrów wiem mniej więcej, co mi pasuje, a co drażni. Wiem też, że w przypadku używanych samochodów należy uważać na potencjalne “pułapki technologiczne” zdolne zrujnować domowy budżet. I co z tego wszystkiego wynika? Czasem wydaje mi się, że zupełnie nic! Nie ma to znaczenia, bo gdy przychodzi co do czego i tak najchętniej kupuję (lub testuję) samochody, które wcale nie są, obiektywnie mówiąc, najlepsze.

Wręcz przeciwnie: moje ulubione auta częstokroć działają na nerwy swoim właścicielom. Czasem źle się prowadzą, są za głośne, tandetnie wykonane, dużo palą albo mają słabą widoczność i ciasne wnętrze. Albo wszystko na raz, a na dokładkę ich serwis kosztuje krocie. Tak – mój paradoks sprowadza się do tego, że nierzadko najlepszymi samochodami są dla mnie te najgorsze. Te, którym coś “dolega”, ale i tak mam to gdzieś, bo z drugiej strony coś innego strasznie mnie w nich kręci.

Lubię na przykład Alfę Romeo 159, choć wiem, że w pewnych chwilach mówi do mnie “prego numero”, a jej bagażnik mieści dwa globusy. Uwielbiam Lexusa IS 250, mimo iż jego wielkie lusterka wsteczne są wnerwiająco umieszczone, a automatycznej skrzyni biegów zmiana przełożenia zajmuje mniej więcej tyle, ile trwa zaparzenie herbaty. Nie potrafię przeciwstawić się potędze ślicznej blendy świetlnej zamontowanej z tyłu Saaba 9-5 i mam w nosie jego technologiczne pokrewieństwo z Insignią. Doznania z jazdy 500-ką Abarth uważam za kapitalne, choć prowadzenie tego samochodu poza torem wyścigowym potrafi przypominać grę w klasy na czubku otwartej paszczy krokodyla…

Z kolei Honda Accord ma genialną skrzynię biegów i rewelacyjne przednie fotele, ale w czasie testu na dystansie ok. 1200 km spaliła prawie litr oleju silnikowego. Oprócz wszystkich przytoczonych samochodów warto wspomnieć jeszcze o Maździe MX-5. Spokojnie nadaje się ona na środek lokomocji Pana Boga, lecz pod warunkiem rozgrzeszenia jej z braku miejsca we wnętrzu i ogrzewania bagażnika układem wydechowym. No i sami przyznajcie: czy to wszystko jest poważne?

Na pewno nie, a przecież to nie koniec. Przed nami jeszcze bogaty wachlarz mankamentów starszych, używanych aut, w których zawieszenie nawet po kapitalnym remoncie zawsze będzie stukało, skrzynia biegów bezwstydnie zgubi trochę oleju, a silnik będzie obdarzony jakąś skomplikowaną wadą konstrukcyjną, powodującą wybuchanie w każdą środę kwietnia. Aha – byłbym zapomniał! Do wykręcenia świec zapłonowych potrzebny będzie demontaż kolektora dolotowego i projektował to wszystko jakiś szympans. Ale to bez znaczenia. Bez znaczenia dla kogoś, kto kocha interakcję z samochodami. Mam na myśli eksploatację kojącą godziny nerwów u mechanika i sekundy zwątpienia o porankach.

Tylko jak to się dzieje? Dlaczego można poświęcić wiele w imię kilku przysłowiowych “bzdetów” sprawiających radość? Często myślę, że w moim przypadku z podejściem do samochodów jest trochę jak z sympatią, którą żywię do ludzi. Najbardziej lubię osoby, u których widzę trochę wad, a nie nudnych przeciętniaków, chcących zadowolić wszystkich swoją poprawnością w kolorze “srebrny metalik”. Wiadomo, że nie ma rzeczy doskonałych i jako osoba od czasu do czasu testująca samochody, zdaję sobie sprawę z tego, że pojazd to nie róża z bazaru, której jedynym celem jest wyglądać dobrze wieczorem. Z autem wszak żyje się przez dni, tygodnie, miesiące, lata… To poważny wydatek, który ma sprawiać przyjemność ilekroć na niego spojrzymy, wsiądziemy do niego i przejedziemy się nim. I dlatego właśnie… poślijcie do diabła pojemność bagażnika i wybierzcie “różę”! Pozwólcie ponieść się fantazji, bo w przeciwnym wypadku utoniecie w fali codziennej nijakości.

Oczywiście nie namawiam nikogo do kupowania 30-letniego Porsche, ale mając kilka ofert do wyboru, zdecydujcie się na coś, co ma choć jedną niedorzeczną cechę sprawiającą Wam przyjemność. To właśnie ten detal w przyszłości będzie promykiem szczęścia podczas eksploatacji. Przynajmniej ja tak mam… A jak jest u Was? Co sprawia, że rano, wsiadłszy do swoich aut, cieszycie się na myśl o przejażdżce?

Podobne artykuły



Podobne testy