Wywiady

Wywiad z Cezarym Pazurą – aktorem, a od niedawna także reżyserem i producentem filmowym

Ćwierć wieku na scenie, 33 lata za kółkiem

W tym roku mija 25 lat jego aktywności zawodowej. W tym czasie przejechał niemal milion kilometrów za kierownicą swoich licznych aut. Portalowi TestySamochodowe.pl opowiada nie tylko o samochodach, ale także o swoich najnowszych projektach.

Warszawski Wilanów, pijalnia czekolady E. Wedel. Z okna kawiarni podziwiam majestatyczną sylwetkę klasycznego roadstera, który właśnie parkuje. W światłach latarni lśni czarny lakier Mercedesa R230 500 SL, a spod maski dobiega symfonia 8-cylindrów. Po chwili Czarek Pazura siedzi już ze mną przy stoliku gotowy do zwierzeń.

TestySamochodowe.pl: Jestem w szoku. Widzę, że to wersja sprzed liftingu, który miał miejsce w 2006 r., a ten Mercedes wygląda, jakby… przed chwilą zjechał z taśmy produkcyjnej.

Cezary Pazura: Prawie zgadłeś. Zjechał, a raczej wyjechał z warsztatu (śmiech). Ma już 8 lat. Tajemnica tego idealnego lakieru jest jednak prozaiczna. Dwa tygodnie temu miałem pierwszą w życiu stłuczkę. Pękł zderzak i lekko wgniótł się błotnik. Przy okazji naprawy dałem się namówić na polerkę lakieru. Efekt faktycznie robi wrażenie.

Gdy widzieliśmy się rok temu, byłeś zachwycony swoim nowym BMW 5 GT. Dlaczego nim nie jeździsz?
BMW kupiliśmy z żoną z myślą o rodzinie. Z dzieckiem częściej podróżuje żona, a w dwudrzwiowym coupe-cabrio raczej nie uda się komfortowo przewozić dziecka w foteliku. A zatem teraz to ja jeżdżę jej autem, gdy podróżuję sam.

Dlaczego BMW?
To, że teraz jeżdżę akurat BMW 5 GT, to splot kilku okoliczności. Byłem na otwarciu nowego salonu tej marki. Razem z Edytką zobaczyliśmy wtedy dopiero co sprowadzony model do Polski. Strasznie nam się spodobał. Nigdy wcześniej nie widziałem go na ulicy, bo ich po prostu jeszcze nie było. Akurat był to czas, kiedy chodziliśmy po różnych salonach i szukaliśmy auta dla naszej rodziny. Zależało nam także na rozsądnej cenie. A BMW dało nam bardzo dobrą cenę. Okazało się, że mają specjalny program, który pozwala na zakup aut tej marki osobom, powiedzmy, „bardziej znanym” (dla VIP-ów – przyp. red.) z interesującym rabatem.

Nie wmówisz mi jednak, że to rabat zdecydował, że wybrałeś akurat BMW?
Oczywiście, że nie. Jak wspomniałem, auto bardzo spodobało się mojej żonie. Poza tym mamy małe dziecko (Amelka, 1,5 roku – przyp. red.). Chciałem duży i przede wszystkim bezpieczny samochód. BMW 530d GT idealnie się tu sprawdza. Trzylitrowy diesel zapewnia świetne osiągi i naprawdę nieduże spalanie. Jazda nim to czysta rozkosz. Kiedy zamykam te masywne drzwi, to tak jakbym przeniósł się do lepszego świata. Czuję się bezpiecznie, komfortowo. I tego samego chcę dla moich najbliższych. No i wyposażenie jakie dostałem… W kabinie mam dosłownie centrum rozrywki. Genialne audio z monitorami w zagłówkach. Dzięki temu nawet daleka podróż z Amelką jest przyjemnością. Kto miał maleńkie dziecko, ten wie, co mam na myśli. Za dwa dni jedziemy na narty do Austrii. Daleka podróż nie stanowi więc problemu, bo dziecko ma zajęcie. I jest jeszcze jeden bajer – mobilny internet. Na razie nie działa w Polsce, ale właśnie mam nadzieję przetestować go w Austrii, gdzie większość kraju pokryta jest darmowym dostępem do internetu. Mogę odbierać pocztę w aucie, serfować po sieci, itd.

Nie wiedziałem, że taki multimedialny jesteś…
Znak czasów. Muszę być cały czas on-line. Bezpośrednio z nart jadę na plan swojego nowego filmu „Sztos 2”, którego jestem producentem. Zdjęcia będą w Zakopanem, muszę być w ciągłym kontakcie z ekipą etc.

Rozumiem więc, że mapa to dla Ciebie przeżytek?
Nie, mapa też się przydaję. Domyślam się, o co ci chodzi. Jednak właśnie GPS w BMW jest absolutnie bezkonkurencyjny. Miałem wiele porządnych aut, ale nawigacja w BMW to majstersztyk. Jest bezkonkurencyjna. Zarówno w sensie plastycznym, jak i logicznym. Grafika, dokładność map, obsługa całego systemu. Z czymś tak dobrym nie miałem jeszcze do czynienia.

Jako esteta z pewnością liczy się dla ciebie jakość wnętrza?
Zdecydowanie. Bardzo podoba mi się matowe drewno w 5 GT, zapach skóry. Czuje się jak w takim dobrym klubie. Tylko cygar palić nie wolno…

Zejdźmy na ziemię i cofnijmy się w czasie o 25 lat, kiedy zaczynałeś przygodę z aktorstwem. Pierwszym autem był tradycyjnie Maluch?
Ford Granada. Nigdy nie wsiadłem do Malucha. Odkupiłem go od śp. Janusza Bukowskiego (aktor, grał m.in. Wróblika w „Janosiku” – przyp. red.), który na studiach uczył mnie prozy. Skrzynia „czwórka”, silnik 2,3 litra. Zaraz po nim kolejny Ford, tym razem amerykański model, Tempo. Ale już wtedy powinienem się domyślić, że on był poskładany. Miał chlapacze od Volkswagena i coś tam jeszcze kombinowane z innych aut. Urzekł mnie jednym detalem – na klapie bagażnika miał niklowany, zrobiony z rurek stelaż. Coś w rodzaju zewnętrznego bagażnika w stylu retro. Niestety, pewnego dnia pod blokiem wyrwano mi go, zostały mi tylko dziury w klapie. Auto straciło całkowicie swój urok.

Pamiętam, że miałeś sporo aut…
Jakoś tak wyszło. Potem był Peugeot 405 Mi16, Mitsubishi Diamante, a dalej: Mazda 929, Fiat Bravo, Alfa Romeo 156, Mercedes Klasy A, Mercedes Klasy C, Nissan Murano, Mercedes ML – najpierw 320 CDI, później 400 CDI i Mercedes 500 SL, którym przyjechałem.

Cała seria Mercedesów, a później dość długa przygoda z marką Porsche…
Zacząłem od Cayenne, później przesiadłem się do Carrery 4S – genialne auto. Odkupił je ode mnie Tomek Kammel i nie wiem, czy nie jeździ nim do dziś. Kolejne auto tej marki to Boxster S.

Czy to znaczy, że miałeś jakąś umowę z Porsche? „W mieście” mówiło się, że zawarłeś ciche porozumienie, by promować markę Porsche. Byłeś jednym z pierwszych tzw. „znanych”, który jeździł autami tego producenta.
Bzdura, żadnych umów, żadnej kasy za to, że jeździłem autem tej czy innej marki, nigdy nie dostałem i nie chciałem dostać. Ja zawsze kupuję sobie sam samochody. Owszem, zapisałem się kiedyś do klubu Porsche, ale to przecież co innego. To grupa fascynatów marki, miejsce wymiany poglądów, wiedzy o autach, chęć dzielenia się swoimi doświadczeniami etc.

Porsche było spełnieniem Twoich dziecięcych fantazji?
Myślę, że każdy facet marzy, by choć raz w życiu mieć Porsche, szczególnie kultowe 911. Jest to synonim wyścigówki, ale takiej cywilizowanej, która daje masę frajdy i jednocześnie jest praktyczna na co dzień. Oczywiście poza odmianami typowymi na tor, jak np. model GT2.

Dlaczego więc nie masz już Porsche?
Życie wymusza na człowieku ciągłe zmiany i dostosowywanie się do nowej rzeczywistości. Kiedy starsza córka była prawie dorosła, a ja głównie jeździłem sam, spełniłem swoje marzenia o posiadaniu 911 czy Boxstera. Teraz przemieszczam się często i dużo z rodziną. Potrzebuję dużego, wygodnego auta. Cayenne już miałem, a ja przesadnie nie przywiązuje się do marek. Aktualnie idealnie w moje potrzeby wpisuje się BMW 5 GT. Choć ostatnio zauważam, że ścięty tył ogranicza nieco walory transportowe bagażnika. Może więc, w miarę rosnących potrzeb rodziny, skuszę się w przyszłości na BMW X5? Też mi się podoba i ma konkretny, foremny kufer.

Nigdy więcej sportowych aut?
Tego nie powiedziałem, myślę, że kiedyś jeszcze wrócę do 911…

Ale Ty zacząłeś od Cayenne, które dla ortodoksów marki jest solą w oku.
Nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Cayenne zauroczył mnie i przekonał do siebie z innego powodu. Polecam wszystkim dokładne poznanie auta przed zakupem. Nie przejażdżkę wokół salonu, ale skorzystanie z jakichś otwartych dni, specjalnych prezentacji, jazd w ekstremalnych warunkach, na zamkniętych i przygotowanych do tego celu trasach. Tak właśnie trafiłem na imprezę Cayenne. Jeździłem po błocie, piachu, a nawet terenie. Zawodowy kierowca pokazywał, co to auto potrafi poza utwardzoną drogą. Samochód miał np. kontakt z grząskim podłożem tylko za pośrednictwem dwóch kół i to po przekątnej. Pozostałe dwa wisiały w powietrzu. Bez problemu wyjeżdżał. Pomyślałem sobie, że chcę mieć takie uniwersalne auto, które jakby co, pozwoli mi praktycznie jechać po polu, ale zarazem doskonale jeździ po zwykłych drogach.

Statystycznie jednak kierowca auta typu Cayenne zjeżdża z asfaltu raz na ruski rok…
Masz rację, przyznaję także, że uległem pewnej modzie na tego typu auta. Mężczyźni tacy są, jak jest coś na topie, oni tego chcą. Tak jak kobiety, które kochają buty, torebki. My też chcemy być modni, tylko nieco drożej to wychodzi (śmiech – przyp. red.).

A może to nie moda, tylko chęć robienia wrażenia na kobietach?
Dla niektórych z pewnością tak. Podniesienie statusu drogim autem to żadna nowość. Ale znam takich, którzy próbowali zaimponować dziewczynom… Zaporożcem.

Chyba wiem co masz na myśli, bo znam tę historię…
Lekcji „zaczepiania lasek” udzielili mi stryjkowie znad morza: Janek (ojciec autora wywiadu – przyp. red.) i Wiesiek. To byli najmłodsi z czwórki rodzeństwa mojego taty, do tego bliźniacy. Często odwiedzałem ich nad morzem w okresie wakacji. Stryj Janek miał na początku lat 70-tych Zaporożca. Jechałem razem z nim i ze stryjkiem Wieśkiem tym Zaporożcem. Nagle mówią – Czarek, zaraz ci coś pokażemy. Jak szły jakieś turystki, zatrzymywali się obok nich. Jeden odsuwał szybę i pytał: Przepraszam, czy my dobrze jedziemy? Na tak zadane pytanie, co logiczne, padało inne pytanie – Ale dokąd? Odpowiadali: A g…no was to obchodzi i ruszali z piskiem opon. Śmiali się jak dzieci, ja na początku też. Kiedyś jechaliśmy przez las drogą pomiędzy Pobierowem a Pustkowem. Patrzymy, a idą dwie młode, zgrabne turystki. Już wiem, co się święci. Zaporożec się zatrzymał, pada to samo pytanie jednego ze stryjków, a w rewanżu to samo pytanie turystek. Potem słynne: a g…no was to obchodzi i… no właśnie nic poza tym, bo silnik w aucie zgasł.

Wtopa…
Mało powiedziane. Zaporożec nie chciał odpalić, a te dziewczyny nieźle się wkurzyły… Pierwsza zaczęła pluć przez otwartą szybę na jednego z nich, a druga kopać z całej siły w drzwi. Trwało to może kilkanaście sekund. Panika – zamykaj szybę, zapalaj ten cholerny silnik – przekrzykiwali się stryjkowie. Wreszcie motor zaskoczył i odjechaliśmy. Potem zatrzymaliśmy się. Jeden się wycierał, a drugi łaził wkoło i biadolił – jak ja się żonie wytłumaczę z tych rys… Płakałem ze śmiechu, choć mi nie wypadało.

Obaj słynęli w rodzinie z nietypowych żarcików…
Pamiętam jeszcze inny ich numer. Ten, który prowadził auto rozkładał gazetę podczas jazdy, udając, że niby czyta. A drugi skulony w kucki, tak by go nie było widać z zewnątrz, kierował instruowany przez czytającego – lekko w lewo, lekko w prawo, teraz ostro w prawo. I jeździli tak po miasteczku siejąc popłoch wśród turystów…

Od kiedy masz „prawko”?
Od 16-go roku życia, zrobiłem natychmiast jak było to tylko możliwe. Mam jej więc już… 33 lata.

Tata dawał ci jeździć?
Tak, ale dość szybko nadwyrężyłem jego zaufanie…

???
Tata pojechał na trzy tygodnie do sanatorium, a ja dojeżdżałem wtedy z Niewiadowa, gdzie mieszkałem, do liceum w Tomaszowie Mazowieckim. Miałem beznadziejnie ułożony plan – np. W-F był na siódmą rano. Zrywać się tak z rana, by zdążyć na zatłoczony autobus? Czy może pojechać Syrenką? Była naszym oczkiem w głowie – piękna, biegi w kierownicy… kochałem ją, podobnie jak tata. Przypomniałem sobie, że tatuś prosił: Synku, przepal czasem Syrenkę. Byłem strasznie napalony, żeby nią jeździć. To przepaliłem, a przy okazji pojechałem w „luksusie” do szkoły. Strasznie się jednak martwiłem, by nic się autu nie stało. Wiedziałem, że ojciec by mnie wtedy „zabił”. Podjechałem ostrożnie pod liceum, które było położone w takiej niecce. Na górze natomiast była szkoła podstawowa nr 12 i pętla autobusowa. Zaparkowałem przed liceum z lewej strony. Wjechałem na krawężnik i kawałek trawnika. Celowo zaparkowałem między dwoma drzewami. Tak na wszelki wypadek, żeby nic się nie stało. Pomyślałem nawet, że gdyby jakimś cudem, mimo załączonego biegu i zaciągniętego „ręcznego”, Syrenka się stoczyła, to oparłaby się o drzewo.

Co było dalej?
Pamiętam, że miałem lekcję fizyki. Nagle otwierają się drzwi i wchodzi pani sekretarka. Czy ktoś z tej klasy przyjechał może Syrenką 105, kolor kość słoniowa? – zapytała. Ja – powiedziałem lekko blednąc i mając czarne myśli. Co się stało? Chodź Pazura, tam taka stłuczka była mała… – rzuciła mimochodem pani sekretarka. Biegłem jak szalony, a po drodze widziałem w wyobraźni, jak ojciec karze mnie za tę stłuczkę i zabrania na zawsze jeździć autem.

Duża stłuczka?
Stary, jaka stłuczka?! Patrzę i nie wierzę własnym oczom… na miejscu Syrenki stoi autobus. Jak się przyjrzałem, to zauważyłem tylko jedną lampę gdzieś tam wychylającą się spod niego. Okazało się, że samochód był zmiażdżony w 98 procentach. Jak napisał biegły – całe było radio i chyba dekle.

Co się stało?
Okazało się, że kierowcy autobusu, który zjechał na pętlę przy szkole na górce, zachciało się do toalety. Pobiegł więc do szkoły, ale rzekomo zaciągnął ręczny hamulec. Nie wiem, czy to prawda, może „ręczny” był zepsuty? Chodzi o efekt. Autobus stoczył się z tego wzniesienia ruchem jednostajnie przyspieszonym…

Widzę, że jednak uważałeś na tej lekcji fizyki.
…więc jak dojechał do niecki, miał już sporą prędkość. Tam stało wiele aut. Minął wszystkie. Uderzył w krawężnik, wybił się z niego i ciachnął tę moją Syrenkę od tyłu, dosłownie „wskoczył” na nią. A że zaparkowałem między drzewami… zmiażdżył ją po prostu. Ona nie miała gdzie uciec, biedna. Oparła się twarzą o drzewo, a on ją tak doszpilił do niego. Wyglądało to tak, jakby tygrys siedział okrakiem na malutkiej gołębicy…

Co na to ojciec?
Ech… tata zadzwonił do mamy w przeddzień powrotu, żebym wyjechał po niego na dworzec do Tomaszowa o 6.30. Wspomnę tylko, że tata pojechał leczyć się na trzustkę, która doskwierała mu na tle nerwowym. Na peronie nie było jednak mnie, ale mama i sąsiad, który swoim autem zgodził się wyjechać po tatę. Ojciec wysiadł z pociągu, spojrzał na nich i zapytał: Jezus Maria, a gdzie Syrenka? Mama odpowiedziała mu jednak na inne pytanie: Zdzisiu, uspokój się, Czarek żyje. Niestety, ucisk trzustki wrócił natychmiast. Wyjazd do sanatorium na marne…

Sprawdził się czarny scenariusz, że nie mogłeś już jeździć autem ojca?
Na szczęście nie. Zresztą Syrenkę udało się odbudować. Kupiło się karoserię etc., takie były czasy.

To jednak był zwyczajny pech. A jakieś głupoty „za kółkiem” wynikające z wieku Ci się zdarzały?
Miałem jedną taką przygodę. Jechałem na sylwestra do Glinika, to miejscowość pod Tomaszowem. Tata dał mi na pięć litrów paliwa, ale ja chciałem przyoszczędzić. Uznałem, obserwując wskaźnik paliwa, że starczy. Wracając na drugi dzień oczywiście brakło mi benzyny w jakiejś wsi. Pierwsza nad ranem, zimno jak cholera. Jakimś cudem udało mi się odkupić kilka litrów od przypadkowych ludzi. Mimo że to był deficytowy towar. Być może pomógł mi fakt, że wszyscy byli pijani, bo to przecież zabawa sylwestrowa. Pozwolili mi spuścić parę litrów z Wartburga. Cholernie ciężko było, bo Wartburg ma jakoś dziwnie umieszczony bak. Jednak, aby odpalić Syrenkę, trzeba było jeszcze wpuścić trochę paliwa do gaźnika, by szybciej zassało – tak robił tata, gdy mu kiedyś brakło. Nie miałem jednak w czym przenieść tych kilku kropel, więc wpadłem na genialny pomysł. Przeniosłem ją w ustach…

Żartujesz chyba?
Niestety, nie. Nie przyszło mi do głowy, że to trucizna dla organizmu. Później to odchorowałem niestety. Jak dojechałem do domu mama dała mi barszcz czerwony z uszkami. Tym się odtruwałem.

Nie tak dawno zostałeś po raz drugi ojcem. Ma to wpływ na Twój styl jazdy?
Faktycznie, teraz przy małym dziecku zauważyłem, że jeżdżę spokojniej. Wcześniej trochę się „ścigałem”, nie lubiłem jak ktoś pierwszy ruszał spod świateł. Niestety, taki dynamiczny styl jazdy uprawiałem. Ale prawda jest też taka, że było zdecydowanie mniej samochodów i więcej miejsca na ulicach, przez co bezpieczniej niż teraz.

Chcesz przez to powiedzieć, że szybko jeździłeś?
Raczej tak. Pamiętam jak na początku lat 90-tych, gdy rozpoczynałem moją kabaretową aktywność i jeździłem z Pawłem Dłużewskim po całej Polsce, osiągaliśmy czasy przejazdów niemożliwe dziś do powtórzenia.

Tzn?
Trasę z Warszawy do Szczecina pokonaliśmy np. w 3,5 h jego Mercedesem 500 SL. Spróbuj przejechać tak teraz, nawet licząc, że spory kawałek drogi to autostrada. Niemożliwe. A na pewno cholernie niebezpieczne. W obecnych realiach drogowych w życiu bym się tak nie odważył jechać.

To był Twój rekord prędkości?
Nie będę ściemniać, że nie zdarza mi się „depnąć”. Jeśli jednak już to robię, to tylko wtedy, kiedy są ku temu warunki i nie zagrażam innym. Jak kupiłem Carrerę, specjalnie wyjechałem skoro świt na autostradę w kierunku Poznania. Rozpędziłem się chwilowo do 306 km/h. To był mój rekord. Przyznam jednak, że innym autem chyba bym się nie odważył tak jechać. To auto, które zostało stworzone do takich prędkości. Generalnie jednak po Polsce jeździ się dłużej niż jeszcze 10-15 lat temu. Co z tego, że choć w żółwim tempie, ale jednak przybywa autostrad czy dróg ekspresowych, jak dojazdy do miast stoją w korkach, a inne drogi zawalone są TIR-ami, ciężarówkami i masą innych aut. Dostrzegam tu paradoks – teraz mamy szybsze samochody, ale jeździmy wolniej.

Szczególnie w mieście takim jak Warszawa.
Dokładnie. Moja średnia prędkość z jazdy po stolicy podawana przez komputer to 29 km/h. Karocą jeździło się szybciej. Masakra jakaś.

Teraz jak jeździsz na występy po całej Polsce, to prowadzisz sam?
Od pewnego czasu już nie. Najczęściej jeżdżę z Tomkiem Albertem, który jest moim agentem. Jeździmy jego Audi Q7. Czasem zmieniamy się „za kółkiem”, ale głównie to on prowadzi. Przyznaję, że ma ciężką nogę, ale jest lepszym kierowcą ode mnie – prowadzi pewnie, bezpiecznie. Choć można by nieco płynniej podjeżdżać pod światła (uśmiech). Tomek preferuje styl: gaz-hamulec, gaz-hamulec. Czasami robi mi się więc niedobrze.

Sytuacje na drodze, które utkwiły ci głęboko w pamięci?
Nie tak dawno, jadąc razem właśnie z Tomkiem, mieliśmy niebezpieczną akcję. Jechaliśmy za ciężarówką z napisem: producent parapetów. To było pod Częstochową. Na pace ciężarówki była rozłożona wielka folia, a na niej długie na dwa metry parapety, zawinięte w tę folię. Jednak kiedy zawiał silniejszy wiatr, to folia zadziałała jak gigantyczny spadochron i siła podmuchu uniosła część ładunku. Jeden z tych parapetów poleciał na nas. Gdyby uderzył centralnie w szybę, zabiłby nas na bank. Na szczęście odbił się od maski i zahaczył o szybę, tłukąc ją częściowo i przeleciał nad autem. Musieliśmy gonić faceta, bo on nawet nie zauważył, że zgubił parapet. Był w szoku, przepraszał, że nie sądził, że ważący ok. 100 kg element jest w stanie się poderwać od wiatru.

Masz uraz?
Chyba tak. Od tego zdarzenia, gdy mam jechać za załadowaną ciężarówką z czymś otwartym na pace, puszczam innych, zjeżdżam na bok i robię sobie przerwę, albo czekam na dogodny moment do wyprzedzania z dużym zapasem odległości. Dlatego jak słyszę, gdy mi ktoś mówi, że ma „prawko” rok, dwa lata czy nawet pięć i twierdzi, że „świetnie prowadzi, bo ma już duże doświadczenie”, że „już go już nic nie zaskoczy” – to uważam, że kłamie, łże jak pies, albo po prostu nie wie, co mówi. Ja mam prawo jazdy od 33 lat i właściwie nie ma dnia, żebym się za głowę nie złapał z powodu tego, co widzę na polskich drogach.

Jak oceniasz siebie jako kierowcę?
Jeżdżę coraz ostrożniej, uważniej i wolniej. Już mi się nie spieszy, a ja nienawidzę się spieszyć. Staram się myśleć za innych, co zrobi to auto jadące przede mną i dziwnie zjeżdżające do osi jezdni? Na krzyżówce myślę i obserwuje co robią ci dojeżdżający do głównej drogi z podporządkowanej.

To właśnie jedna z głównych cech, która wg mnie pozwala zaliczyć kogoś do grona dobrego kierowcy.
Nie myślałem o tym w ten sposób, ale jeśli tak jest, to fajnie.

Zmieńmy teraz temat. Debiutowałeś w roli reżysera i producenta filmem „Weekend”. Krytycy w większości nie są jednak zbyt łaskawi.
Dla mnie krytykiem jest widz. Jak na razie film widziało ok. 750 tys. osób. Uważam, że całkiem nieźle i wynik 1 mln jest jak najbardziej realny. Patrząc na skalę promocji i reklamy oraz ograniczone środki na ten cel, myślę, że to bardzo dobry wynik. Bo właśnie profesjonalny marketing to połowa sukcesu. I oczywiście kasa.

Odnalazłeś się w tej nowej dla siebie roli? Jak się czułeś po drugiej stronie obiektywu kamery?
Dobrze, wręcz super. To lepsze niż aktorstwo. Przynajmniej na tym etapie mojego zawodowego życia. Oczywiście jest idealnie, jak masz świetny scenariusz, chcesz go zrealizować z pasją, czujesz, że palisz się do roboty, bo ona cię nakręca. Mnie właśnie nakręca. Jakby ktoś kazał mi reżyserować na siłę, nie podjąłbym się tego.

A pukanie od drzwi do drzwi sponsora nie było dla Ciebie stresujące?
To część tego zawodu, z którą trzeba się zmierzyć. Producentem zostałem właśnie dlatego, że chciałem wyreżyserować film. Zmusiło mnie to poniekąd do założenia własnej firmy producenckiej. Normalnie raczej bym na to nie wpadł. Machina jednak została uruchomiona przy pierwszej produkcji i trzeba to kontynuować…

Czyli teraz czas na Sztos 2?
Bardzo się cieszę na ten film, zdjęcia już się rozpoczęły, aura tylko potrafi namieszać w kalendarzu, ale idziemy do przodu.

Tam nie wcielisz się jednak w rolę reżysera?
Tym razem zajmę się produkcją oraz graniem. Scenariusz napisali Jerzy Kolasa i Olaf Lubaszenko. Olaf jest też reżyserem.

Taka kontynuacja hitu sprzed lat to zawsze pewne ryzyko.
I tak, i nie. W tym przypadku nie odgrzewamy starego kotleta. Historie z pierwszej części w dużym stopniu oddają to, co sam przeżył Jurek Kolasa. Jest ich tak wiele, że spokojnie można zrobić o tym kolejny film. Tym razem jednak akcja toczyć się będzie w latach 80-tych, a dokładnie zaczyna się w przeddzień stanu wojennego, a kończy rok później. Zapewniam, że będzie ciekawie i śmiesznie.

Zdjęcia kręcicie nad morzem, w górach i w Warszawie. Na kiedy zaplanowałeś premierę?
W tym roku mija 30. rocznica od wprowadzenia stanu wojennego, chcemy więc wstrzelić się w tę datę.

Inne twoje plany na ten rok?
W tym roku mija 25 lat mojej działalności w zawodzie. Podsumowuję ten okres cyklem imprez w całym kraju. Wielkie sale, po kilka tysięcy osób. No i genialna obsada: Kryszak, Bałtroczyk, Ani Mru-Mru, Kabaret Moralnego Niepokoju, Paweł Małaszyński, Grzesiek Halama. Do tego telebimy, balet, big-band. Jednym słowem – gigantycznie.

Materiał opublikowano w portalu TestySamochodowe.pl.