Test

Ford B-MAX 1.6 TDCi 95 KM Titanium

Pierwszy na MAX-a

Na dystansie:
768 km

Ford tworząc rodzinę MAX-ów, rodzinnych minivanów, chyba dopiero w najnowszym i jednocześnie najmniejszym z nich – B-MAX’ie – poszedł na tzw. ‚maxa’, tworząc coś zupełnie nowego i oryginalnego w klasie. I nie mówię tylko o braku środkowego słupka i przesuwanych tylnych drzwiach.

Pierwszym modelem z rodziny MAX-ów był C-MAX, kompaktowy minivan Forda, debiutujący w 2003 roku, a więc dużo za późno po Renault Scenicu czy Oplu Zafirze. Trzy lata później Niemcy objawili nam S-MAX‚a – znacznie większego, bo bazującego na Mondeo minivana, którego od bratniego Galaxy wyróżniał zdecydowany, sportowy charakter. W 2010 roku Ford przedstawił drugą generację C-MAX‚a, w tym jego przedłużoną o 14 cm odmianę Grand, która w klasie kompaktowych minivanów charakteryzuje się praktycznym, ale rzadko spotykanym rozwiązaniem – przesuwanymi tylnymi drzwiami.

Do czego dążę w tej historycznej wyliczance minivanów Forda? Do 2011 roku, kiedy producent przedstawił niewielkiego minivana segmentu B o nazwie B-MAX. Jego największym wyróżnikiem był nie tyle fakt, że tylne drzwi były odsuwane (zupełna nowość w klasie), ale że konstruktorzy zupełnie pozbyli się środkowego słupka! Rozwiązanie dyskusyjne, przez wielu określone, że na pewno nie trafi do samochodu produkowanego seryjnie. A tu Ford zrobił nam niespodziankę…

Kochanie, zmniejszyłem naszego C-MAX’a!
Na pierwszy rzut oka trudno spostrzec, czy mamy do czynienia z mniejszym B-MAX’em lub większym C-MAX’em, zwłaszcza jeśli patrzymy na samochody od przodu bądź od tyłu. To samo, nowoczesne wzornictwo, ostre rysy okien i lamp. Dopiero spoglądając na minivany z boku, wyraźnie widać, że niebieski B-MAX jest znacznie mniejszy od swojego brata. Krótszy o dobre 30 cm i z rozstawem osi zmniejszonym o blisko 16 cm – dokładnie do 2489 mm, a więc dokładnie do tylu, ile wynosi on w Fieście, na bazie której powstał.

Dlatego oznaczenie MAX po raz pierwszy w historii minivanów Forda nabiera znaczenia – na płycie niewielkiego hatchbacka klasy B powstało tak duże, przynajmniej optycznie, auto, wyglądające jak rozdmuchana do granic możliwości Fiesta. W rzeczywistości B-MAX przy długości 407,7 cm jest o 12,7 cm dłuższy od niej oraz o 9,7 cm wyższy, co dowodzi, że zupełnie inaczej zaprojektowana bryła nadwozia pozwoliła na znaczne powiększenie kabiny pasażerskiej.

Bezpieczne innowacje
Zanim jednak dostaniemy się do niej, clou programu – przed nami system panoramicznych drzwi, a zatem jak to ładnie nazywają: Ford Easy Access Door System. Jak już wspomniałem wcześniej, Ford po raz pierwszy w klasie zastosował dwa rozwiązania – przesuwane tylne drzwi oraz brak środkowego słupka. Nie muszę wspominać, że rozwiązaniu temu towarzyszą specjalne wzmocnienia, zarówno w przednich jak i tylnych drzwiach, dodatkowe punkty ich kotwiczenia (górny i dolny), a także bezpieczne zamki. Przednie, klasycznie otwierane drzwi oraz tylne przesuwane pozwalają na nieznany dotąd komfort zajmowania miejsc wewnątrz auta – przestrzeń otworu drzwiowego ma szerokość 1,5 m! W przeciwieństwie do Opla, który w Merivie zastosował moim zdaniem średnio udane drzwi „od szafy” (przednie otwierane klasycznie, tylne „pod wiatr” i oczywiście słupek B), rozwiązanie Forda jest praktycznie bez wad.

No bo jakich można się doszukiwać? Bo chyba nie tych, że „wrota” są grubsze i tylko nieco cięższe od klasycznych. Co najwyżej takich wad, że dostęp do wewnętrznej klamki od tych przesuwanych jest nieco utrudniony. Poza tym wygoda i funkcjonalność – drzwi otwierają się oczywiście niezależnie, świetnie spisują się na zatłoczonym parkingu (zwłaszcza jak do tyłu wsiadają dzieciaki) i… jakie wrażenie robią na reszcie społeczeństwa, gdy otworzymy naszego B-MAX’a na „przestrzał”.

Tyle, ile trzeba
Jak na auto stworzone na płycie podłogowej Fiesty, nowy B-MAX jest wystarczająco przestronny dla 4-osobowej rodziny. Na przednich fotelach, o przyzwoitym wyprofilowaniu i twardości, siedzi się bardzo wygodnie, regulacja zarówno kierownicy jak i oparcia jest optymalna, a warunki podróżowania przyjemne (wielka pochwała za regulowane, także w poziomie, fantastyczne zagłówki). Tylną kanapę przewidziano raczej dla dwóch osób – w trójkę będzie po prostu ciasno. Zaletą jest przede wszystkim przestrzeń nad głowami, a także na nogi, pod warunkiem, że z przodu nie zasiądzie ktoś naprawdę wysoki.

Rezygnacja ze środkowego słupka wymusiła zamocowanie przednich pasów bezpieczeństwa przy fotelach, a dokładniej tuż za lewym (kierowcy) lub prawym (pasażera) ramieniem. Niestety, rozwiązanie średnio wygodne z dwóch powodów. Po pierwsze trudno jest sięgnąć do tego pasa, a po drugie nie ma on regulacji wysokości i może powodować, że będziemy mieć wrażenie „ciągnięcia w dół”. Oczywiście wszystko zależy od wzrostu, ale wprowadza to pewien dyskomfort.

Funkcjonalność rodzinnego minivana opiera się nie tylko na przestrzeni pasażerskiej, ale także – jeśli nie głównie – na bagażowej. I tutaj B-MAX nie ma się czym pochwalić, zwłaszcza po dokupieniu zapasowego koła dojazdowego (300 zł; w standardzie zestaw naprawczy), które zmniejsza i tak już niewielki bagażnik (318/1386 l) do 304 litrów, które po złożeniu oparć kanapy można powiększyć do 1372 litrów. Na nic pocieszenie w postaci podwójnej podłogi bagażnika, czy też składanego oparcia fotela pasażera i możliwości przewiezienia ładunku (dywanu, choinki, czegokolwiek) o długości do 2,35 m. Nie będę też narzekał, że chciałbym regulację pochylenia oparć tylnej kanapy, dodatkowe nawiewy dla jej pasażerów, czy też stoliki w oparciach przednich foteli. Po prostu, przydałby się tu większy bagażnik…

Żeby tylko nie przesadzić…
Wróćmy jednak za kierownicę B-MAX’a. Kokpit małego Forda to żadna nowość – jest praktycznie identyczny jak w pozostałej gamie modelowej. Jedni go chwalą za atrakcyjną stylistykę, drudzy zaś krytykują za chaos, panujący zwłaszcza w okolicy zestawu audio. Rację trzeba przyznać obu stronom.

Fakt, design kokpitu Forda robi dobre wrażenie, dodatkowo wzmacniane precyzyjnym montażem i przyzwoitymi tworzywami w zasięgu wzroku. Znakomita kierownica o grubym wieńcu dobrze leży w dłoniach, a seryjna w testowanej odmianie automatyczna klimatyzacja (szkoda, że nie dwustrefowa) to chyba ideał, jeśli chodzi o obsługę. Z drugiej strony denerwować może nieład panujący na panelu opcjonalnego radioodtwarzacza Sony (2150 zł) – przyciski są niewielkie i na pierwszy rzut oka dość chaotycznie porozrzucane. Dodatkowo ekranik o przekątnej zaledwie 4,2 cala to jakiś żart – miejsca pod daszkiem jest tak dużo, że spokojnie zmieściłby się tu 10-calowy ekran z tabletu.

Pewnym rozwiązaniem tego problemu może być system audio zintegrowany z nawigacją, który występuje z 5-calowym wyświetlaczem – kosztuje on zaledwie 500 zł więcej (2650 zł) od audio Sony i ma o 2 głośniki mniej (sześć zamiast ośmiu), ale komfort użytkowania na pewno będzie większy, zwłaszcza, że z tego ekranu korzysta także opcjonalna (1000 zł) kamera cofania.

Jeśli już przy cofaniu jesteśmy. Wersja Titanium to trzecia z czterech wersji wyposażenia B-MAX’a. Dlatego dziwi fakt, że nie posiada ona w wyposażeniu seryjnym czujników cofania, zwłaszcza że widoczność do tyłu jest słaba, do przodu przeciętna, a lusterka boczne są niewielkie. Co gorsza, tylne sensory dostępne są tylko w pakietach (najtaniej ze składanymi elektrycznie lusterkami za 1600 zł) lub w zestawie z przednimi (1900 zł). W przypadku testowego egzemplarza zawierał je bogaty Pakiet Titanium Comfort 4, który za kwotę 4850 zł oferował także system zapobiegania kolizjom przy małych prędkościach, system centralnego zamka z kluczem elektronicznym Ford KeyFree oraz podgrzewaną przednią szybę Quickclear.

Chciałbym więcej
Paleta silników Forda B-MAX’a oferuje jednostki benzynowe o mocach 90-125 KM (w tym 3-cylindrowe EcoBoost), a także dwie wysokoprężne – 1.5 TDCi 75 KM i 1.6 TDCi 95 KM. Wybór tych drugich mógłby być jednak nieco większy, bo czy ważącemu na „sucho” ponad 1200 kg, a z pełnym obciążeniem blisko 1800 kg, B-MAX’owi wystarczy zaledwie 95-konny turbodiesel?

Taki silnik znalazł się pod maską błękitnego Forda. 8-zaworowy motor z bezpośrednim wtryskiem pracuje kulturalnie, jest dobrze wyciszony i legitymuje się maksymalnym momentem obrotowym wynoszącym 215 Nm. I tak naprawdę te wartości ratują słaby, na pewno na „papierze” (0-100 km/h: 13,9 s), motor. Trzeba jednak pamiętać o jednym – do ok. 1500 obrotów pod pokrywą B-MAX’a nie dzieje się zupełnie nic. Im bliżej 2000 obr./min., tym dynamika staje się bardziej zauważalna. Na tyle, że rozpędzony do 50-60 km/h minivan z powodzeniem „łyka” wolniejszych użytkowników dróg, nie męcząc się przy tym zbytnio.

Bez wątpienia duża w tym zasługa znakomicie pracującej i bardzo dobrze zestopniowanej skrzyni biegów, której lewarek umieszczono tuż pod ręką kierowcy. Niech nie zrazi Cię drogi Czytelniku oznaczenie „5+R” na srebrnej gałce – w rzeczywistości „szóstki” nie brakuje, a nawet jeśli, to na pewno nie przy prędkościach podróżnych do 120 km/h. Jeśli „wczujemy” się w charakter B-MAX’a, uda nam się podróżować zarówno dynamicznie jak i ekonomicznie – wartości poniżej 4,5 litra na 100 km w trasie (w mieście do ok. 7 l/100 km) mogą być na porządku dziennym, choć trudno będzie uzyskać 3,6 l/100 km, które sugeruje producent.

Zarówno potencjał silnika jak i jego osiągi z powodzeniem wyprzedza zawieszenie małego minivana. Ford jest znany z tego, że robi znakomicie prowadzące się samochody i B-MAX nie jest wyjątkiem. Klasyczne zawieszenie jest sprężyste, wygodne i pozwala na odrobinę szaleństwa. Seryjne, 16-calowe obręcze aluminiowe z oponami 195/55 R16 bardzo dobrze trzymają się drogi, auto nie przechyla się zbytnio, a elektrycznie wspomagany układ kierowniczy o optymalnie dobranej sile powodują, że jazda Fordem należy do przyjemności. Nawet podczas przejazdu po większych dziurach czy torowiskach nie czuć i co najważniejsze nie słychać niczego nieprzyjemnego.

Ford zmienia swój charakter, kiedy tylko zapakujemy do niego całą rodzinę 2+2 i bagaże. Wówczas okazuje się, że 95 KM to stanowczo za mała moc i B-MAX ze sprawnie poruszającego się auta staje się… po prostu normalnie jeżdżącym samochodem. Nie, nie staje się zawalidrogą, ale dynamiczne manewry przychodzą z oporem, kierowca szuka optymalnego zakresu obrotowego (pomiędzy „jeszcze nic” a „już za dużo”) i gdzieś ginie wspomniana przed chwilą przyjemność. Dlatego może warto zastanowić się nad mocniejszym, bo 120-konnym silnikiem benzynowym 1.0 EcoBoost, który dodatkowo obniży cenę B-MAX’a o 6400 zł? Bo mocniejszego diesla, choćby znanego z Focusa czy C-MAX’a 1.6 TDCi 115 KM, nie uświadczymy tutaj.

Czy warto?
To pierwsze pytanie, które postawiłem sobie po przejrzeniu cennika Forda B-MAX’a. Testowany egzemplarz w wersji Titanium wyposażony w silnik 1.6 TDCi 95 KM to wydatek 79 900 zł. To dość duża kwota, biorąc pod uwagę nie tylko ceny konkurencyjnych modeli, ale także i większego brata – Forda C-MAX’a, który po promocyjnym upuście w odmianie 1.6 TDCi 115 KM Titanium jest zaledwie o 650 zł droższy…

Na szczęście obniżki cenowe obowiązują także B-MAX’a i cena błękitnego Forda spada do 69 400 zł – to aż o 10 500 zł mniej, co czyni go na powrót atrakcyjną ofertą. W standardzie otrzymujemy m.in. komplet poduszek powietrznych, ESP, automatyczną klimatyzację, pełną elektrykę szyb i lusterek (także podgrzewanych) czujniki deszczu i zmierzchu, światła do jazdy dziennej LED, tempomat, radio CD/MP3 z 6 głośnikami, czy też 16-calowe alufelgi. Oczywiście w wyposażeniu dodatkowym czeka nas wiele opcji – m.in. panoramiczny dach, podgrzewana przednia szyba, kamera cofania, czy też częściowo wykończone skórą, podgrzewane przednie fotele, które znalazły się na pokładzie testowanego Forda, podnosząc jego cenę do 85 550 zł.

Zalety:
– znakomity dostęp do wnętrza
– przestronna kabina pasażerska
– bardzo dobre zawieszenie i skrzynia biegów
– optymalna jednostka napędowa – cicha i ekonomiczna
– przyzwoita cena przy obowiązującym rabacie

Wady:
– zbyt mały bagażnik
– chaos panujący na panelu radia Sony
– dla niektórych niewygodne mocowanie pasów bezpieczeństwa z przodu
– przeciętna dynamika jednostki napędowej
– nie najlepsza widoczność
– braki w wyposażeniu seryjnym i zbyt wysokie ceny dodatków
– brak mocniejszego silnika wysokoprężnego
– zdecydowanie za wysoka cena bez obowiązującego upustu

Podsumowanie:
Gdyby nie obowiązujący upust – wynoszący 10 500 zł – zacząłbym rozważać sens zakupu B-MAX’a, skoro za podobną kwotę można kupić większego C-MAX’a, dysponującego znacznie mocniejszymi jednostkami napędowymi. Różnica jest jednak na tyle duża, że warto zastanowić się nad B-MAX’em. Bez wątpienia jego zaletami są oryginalność, przestronne wnętrze, pewne właściwości jezdne i silnik, który potrafi być cichym i oszczędnym kompanem w podróży.

Z drugiej strony mamy jednak za mały bagażnik, chyba nieco zbyt przesadzony stylistyczny kokpit i nie do końca przemyślane, często abstrakcyjne ceny wyposażenia dodatkowego (przykładowo 4500 zł za manualną klimatyzację w bazowej wersji Ambiente). Ponadto przydałaby się jeszcze jeden, mocniejszy wariant silnika 1.6 TDCi, który z pewnością spisałby się jeszcze lepiej pod maską B-MAX’a.

Dane techniczne
Dane techniczne producentaFord B-MAX 1.6 TDCi 95 KM Titanium
Silnikturbodiesel, R4, 8 zaw.
Typ zasilania paliwemwtrysk bezpośredni Common Rail
Pojemność1560 cm³
Moc maksymalna95 KM (70 kW) przy 3800 obr./min.
Maks. moment obrotowy215 Nm przy 1750 obr./min.
Skrzynia biegówmanualna, 5-biegowa
Napędprzedni
Zawieszenie przódkolumny MacPhersona
Zawieszenie tyłbelka skrętna
Hamulcetarczowe went./tarczowe
Opony195/55 R16
Bagażnik / po złożeniu siedzeń304/1372 l
Zbiornik paliwa47 l
Typ nadwoziaminivan
Liczba drzwi / miejsc5/5
Wymiary (dł./szer./wys.)4077/1751/1578 mm
Rozstaw osi2489 mm
Masa własna /ładowność1235/545 kg
Masa przyczepy / z hamulcem575/575 kg
Spalanie: miasto/trasa/średnie4,7/3,6/4,0 (test: 6,9/4,7/5,4)
Emisja CO2104 g/km
Prędkość maksymalna173 km/h
Przyspieszenie 0-100 km/h13,9 s
Gwarancja mechaniczna2 lata
Gw. perforacyjna /na lakier12 lat/3 lata
Okresy międzyprzeglądowewedług wskazań komputera
Cena wersji podstawowej1.4 Duratec Ambiente: 48 400 zł
Cena wersji testowej69 400 zł
Cena egz. testowego85 550 zł