Test

Volkswagen Beetle 1.4 TSI Sport R-Line

Zdziwiony redaktor

Na dystansie:
532 km

Przed Wami chyba jeden z najbardziej opóźnionych tekstów mojego autorstwa. W ogóle nie mogłem się za niego zabrać. I nie dlatego, że testowany samochód był zły. Wręcz przeciwnie, jest ok. Tylko zupełnie nie wiem, co o nim napisać. Jakoś się zaciera w pamięci, a nie powinien. Chodzi o Volkswagena Beetle.

Beetle ma wszystko to, czego potrzeba. W miarę mocny silnik, udane nowe nadwozie nawiązujące do pierwszego Garbusa, sensowne wyposażenie, a mimo to, choć powinien to być samochód wyróżniający się, mam problem z zapamiętaniem go. I to jest bardzo dziwne. Spróbuje jednak przyjrzeć mu się pod kątem każdego elementu, i znaleźć odpowiedź na pytanie, co jest nie tak.

Nadwozie
Jeśli spojrzymy z profilu na trzy generacje Garbusa, doznamy ciekawego wrażenia. New Beetle na dobrą sprawę jest bardziej podobny do słynnego pierwowzoru. Jest bardziej zaokrąglony, ma wybrzuszone błotniki i maskę w tych samych miejscach. Jednak najnowszy The Beetle, choć teoretycznie mniej podobny, sprawia wrażenie bliższego staremu Garbatemu. Nie wiem, z czego to wynika, ale dynamiczna linia jest naprawdę ładna i kompaktowy “Żuczek” nie powoduje już skojarzeń z samochodem dla lalki Barbie, a z pełnoprawnym, wystylizowanym na retro samochodem. Co prawda cierpi też na przypadłość poprzednika, czyli napęd na przód i silnik z przodu, ale nie zaburza to proporcji. Co więcej, sądzę, że w tylnej części zmieściłaby się jakaś jednostka napędowa.

Oczywiście po przebudowie, bo na pewno nie w komorze bagażnika. Tutaj zmieści się jedynie 310 l bagażu (jak można przypuszczać, w wersji z maksymalną możliwą pojemnością), które możemy powiększyć do 905 l. Nie dotyczy to naszego egzemplarza, w którym nie dość, że znajdziemy koło zapasowe, to jeszcze dobre 15 cm z szerokości bagażnika zajmuje subwoofer opcjonalnego systemu audio Fender. Także, jeśli chodzi o praktyczność Beetle’a, to znów, blisko mu do pierwowzoru. Za to na pewno jest atrakcyjny. Pakiet R-line to nowe zderzaki, spoiler na tylnej klapie, inne felgi (akurat ja ich fanem nie jestem) i czarne dodatki, w zestawieniu z białym lakierem powodują, że VW wygląda naprawdę nieźle i na sto procent przyciąga spojrzenia. Nawet wśród nowych Garbusów, które widać na ulicach, jest czymś troszkę ciekawszym.

Więc tu wszystko gra. Nie jest bardzo praktyczny, ale na pewno nie nieciekawy, można co nieco o nim powiedzieć i można się w nim pokazać. Zwłaszcza, że ma tak typowe dla samochodów sportowych i coraz rzadziej stosowane, drzwi bez ramek.

Wnętrze
Wnętrze Beetle’a, choć w najstarszym modelu, było po prostu banalne pod względem formy, nie miało żadnych udziwnień i na dobrą sprawę stało się ładne dopiero wtedy, kiedy przestało być najpierw normalne, a potem obciachowo stare. W Beetle’u, którego widzicie na zdjęciach, zrezygnowano chociażby z wyróżnika “staruszka”, czyli flakonika na kwiatek. Szkoda. Generalnie wnętrze nowego modelu jest w porządku. Tylko, że jest w stylu totalnie volkswagenowym i garściami czerpie z Golfa… szóstej generacji. Nie ma w nim nic nowatorskiego. Są ważne detale. Jednak dobrać je to też sztuka. Panele na drzwiach i biegnące przez konsolę mają imitować gołą blachę. I bardzo dobrze, że można je na przykład zamówić w kolorze nadwozia (np. w żółtym Beetle’u, żółte elementy wnętrza będą sprawiać bardzo dobre wrażenie; podobnie jak czarno-czerwona skórzana tapicerka). W przypadku naszego R-line, panele są w kolorze szarym, trochę imitującym aluminium. W efekcie, nawet dwukolorowa czarno-szara tapicerka nie za bardzo ożywia wnętrze. Nieco za cienka, ale wygodna i efektowna jest za to kierownica. Jeśli chodzi o praktyczność, to mamy jeszcze podwójny schowek, przy czym ten wyżej ma tak grubą pokrywę, że pomieści zaledwie kilka biletów parkingowych.

Jest lepiej jeśli chodzi o ilość miejsca. Zwłaszcza na oko nowy “Garbaty” jest całkiem przestronny. Jeśli zajmiemy miejsce w dość wąskich, ale wygodnych, fotelach, okaże się, że nie tylko na oko. Po lewej stronie jest całkiem przyzwoicie, a i pasażer obok nie będzie narzekał na wieczne trącanie się łokciami.

Z tyłu będzie nam przeszkadzać opadający dach, i niewiele miejsca na nogi. Ale na dobrą sprawę, zwłaszcza ta pierwsza niedogodność nie powinna nas obchodzić – w końcu sami widzimy, w jakim kształcie jest samochód i czego można się po nim spodziewać.

Pod względem jakości to typowy VW – nie ma specjalnych oszczędności, ale też niczym nie oszałamia. Jest poprawny, dobrze zmontowany, nie skrzypi i nie powoduje uszkodzeń ciała. W kabinie Garbusa zaczynają się problemy z tożsamością i zdumienie redaktora. Co prawda nie spodziewałem się nigdy, że Beetle będzie całkowicie autonomicznym projektem, bez zapożyczeń, ale tutaj zdecydowanie za mało elementów wyróżnia go z gamy, zwłaszcza na drugi, czy trzeci rzut oka. Jest ładnie, ale w tej konfiguracji ciekawsze elementy gdzieś znikają. Za dużo tu Golfa. Na plus dwukolorowa tapicerka, kierownica czy dwa miejsca z tyłu, zamiast “na siłę” trzech.

Silnik
Stary znajomy. Z fatalną opinią na forach internetowych, choć w przypadku większości użytkowników nieuzasadnioną. 1.4 TSI, z dwoma rodzajami doładowania, generujący 160 KM. Przy masie własnej na poziomie niecałych 1400 kg zapewnia już przyzwoite osiągi. Po odpaleniu pracuje przyjemnie, cicho i spokojnie. Wrzucam więc pierwszy z sześciu biegów manualnej przekładni. Chodzi precyzyjnie, choć na pewno nie można jej uznać za “sportową” w obyciu. Ot, zwykła, dobrze poskładana skrzynia biegów.

Samochód rusza dynamicznie. W optymalnych warunkach można osiągnąć “setkę” w 8,3 sekundy. A to bardzo przyzwoity wynik. W praktyce jednak zupełnie tego nie czuć. Mimo że kompresor powinien ciągnąć za przednią oś garbatego Volkswagena od samego dołu, wrażenie jest takie, jakby była turbodziura. Albo raczej, jakby silnik ożywał przy wyższych prędkościach. O ile przyspieszanie miejskie sprawia wrażenie dość ospałego, to biały Beetle staje się zrywny powyżej 100 km/h. A więc nie będzie problemów z wyprzedzaniem. Nawet mimo konieczności częstej redukcji. Także, jeśli pokonamy już pierwszą ospałość, to Beetle może zapewnić nam sporo przyjemności z jazdy. Zwykłej, dynamicznej jazdy, bez żadnych sportowych inklinacji (od tego jest 2.0 TSI).

Dynamiczna jazda to niestety również dynamicznie wzrastające spalanie. Nawet, jeśli ograniczymy zapędy naszej prawej stopy, Beetle nie zadowoli się byle kroplą paliwa. Średnio w teście, podczas jazdy miejskiej, wypił ok. 11 l/100 km. W trasie trzeba liczyć między 6,5 a 9 l, w zależności od rodzaju trasy. Tutaj niestety Beetle traci punkty i zainteresowanie. Ja wiem, że mocny silnik musi swoje wypić, ale podobne wartości można osiągnąć w 1.8 TSI, albo nawet w 2.0 TSI, jak się zepniemy. Do tego ta niezrozumiała niechęć do przyspieszania w dolnych partiach obrotów i przy niewielkich prędkościach.

Prowadzenie i komfort
Zestrojenie Beetle’a można uznać za dużo mniej kompromisowe niż przykładowo Golfa GTD, którym jeździłem wcześniej. Przede wszystkim układ kierowniczy. Tutaj nie ma “przewspomagania”. Na parkingu trzeba się trochę “nakręcić”, żeby obrócić szerokie opony (235/45 R18). W trakcie jazdy również kierownica “daje opór” i aż przyjemnie samochód składać w zakrętach – czuć całą masę i mechaniczne połączenie między asfaltem a naszymi rękami. To świetna sprawa, choć na pewno nie ułatwia życia podczas miejskich manewrów (tu zostają tylko czujniki parkowania).

Jeśli chodzi o zawieszenie, mamy do czynienia ze standardem, do którego przyzwyczaiły nas Volkswageny z drugiej połowy pierwszej dekady XXI wieku. Jest raczej sztywno i sprężyście, w kierunku szeroko rozumianego “sportowego” prowadzenia, choć nie pozbawione komfortu (ale zarówno przy tych nastawach, jak i przy tym rozmiarze kół ciężko mówić o bardzo wysokim komforcie, dużą rolę grają tutaj fotele).

Jak natomiast sprawdza się to w jeździe? Znów Beetle sprawia wrażenie trochę ciężkiego, i znów mnie to zdumiewa. Przecież to nie Opel, waży mniej więcej tyle ile ważą samochody w jego rozmiarze. Natomiast nie wykazuje żadnych tendencji do nerwowości. Przyczepność jest na odpowiednim poziomie, samochód posłusznie wykonuje zadania postawione mu przez kierowcę. Delikatna podsterowność, ale łatwa do uniknięcia bądź skorygowana. W codziennym użytkowaniu raczej niespotykana.

Generalnie bardzo dobrze będzie się Wam nim jeździć po ekspresówkach, autostradach i wszelkiej maści drogach szybkiego ruchu. Poza miastem też może dać nieco frajdy, ale nie wymagajcie od niego za dużo, przy szybkim skręcie może się wychylić. A żuczek wywrócony na plecy nie wygląda najlepiej. Na plus zapisuję jeszcze przyzwoite hamulce, które łatwo dozować.

W tej kategorii Beetle akurat pozytywnie zaskakuje. Porównując do poprzedników, jest dużo bardziej dojrzały i ciekawszy w prowadzeniu. Choć w tej wersji nie będzie pasował wszystkim, bo jest za mało komfortowa. Jeśli o mnie chodzi, to uważam, że takie nastawy do R-Line pasują, podobnie jak do dynamicznego wizerunku samochodu.

Cena
Beetle z tym silnikiem, w wersji Sport zaczyna się od nieco ponad 91 tys. zł. W zestawieniu z Golfem, niezła dopłata. Przedstawiona konfiguracja jest warta 17 tys. więcej – cena wg konfiguratora to 108 440 zł. To nie jest mało jak za Golfa z innym nadwoziem, z materiałową tapicerką, bez nawigacji i tym podobnych bajerów. Faktem jest, że są biksenonowe reflektory, duże felgi, szklany otwierany dach, czy system audio sygnowany przez Fendera. Ale wciąż to sporo jak za kompakta z “kultowym” nadwoziem. Wiadomo, taki samochód rządzi się swoimi prawami, ale np. za Citroena DS3, z 200-konnym 1.6 THP, skórzaną tapicerką i audio Denon zapłacimy 107 tys.

Wiele podobnie “odjechanych” samochodów nie ma. Ale Beetle zbyt mało różni się od swojego pierwowzoru, aby cenić się tak wysoko. Trzeba liczyć na duży rabat (choć tu i tak Citroen będzie lepszy). Albo bardzo kochać Garbusa. Jeśli o mnie chodzi – zrezygnujcie z R-Line, kupcie z tym silnikiem wersję Design, najlepiej żółtą (z takimi elementami wnętrza), ze standardowymi alufelgami imitującymi małe kołpaki na stalowej feldze (świetne retro) i analogicznym wyposażeniem. Też tanio nie będzie (96 tys.), ale dużo fajniej i bez wrażenia, że nie wiecie, na co tyle wydaliście.

Zalety:
+ udany design
+ dobre właściwości jezdne
+ spore możliwości konfiguracji
+ dynamika przy wyższych prędkościach

Wady:
– subiektywna ospałość
– wnętrze zbyt łatwo przywodzi na myśl Golfa
– za wysokie spalanie

Podsumowanie:
No właśnie. Beetle nie jest zły. Silnik jest dość dobry, nadwozie bardzo fajne, a wnętrze wygodne. Dobrze się prowadzi i hamuje. Można go ciekawie skonfigurować. Ale poza tym za dużo pali, sprawia wrażenie ociężałego, a we wnętrzu w tej konfiguracji jest mało polotu. I tak to się wszystko zaciera. Cena jest rzeczą względną – na Zachodzie na pewno nie robi aż tak dużego wrażenia jak u nas. Ale mimo wszystko jakoś się ten samochód rozmywa. Może dlatego widuję ich tak mało na drodze…

Podobne artykuły

Dane techniczne
Dane techniczne producentaVolkswagen Beetle 1.4 TSI
Sport R-Line
Silnikbenzynowy, turbo, R4, 16 zaw.
Typ zasilania paliwemwtrysk bezpośredni
Pojemność1390 cm³
Moc maksymalna160 KM (118 kW) przy 5800 obr./min.
Maks. moment obrotowy240 Nm przy 1500-4500 obr./min.
Skrzynia biegówmanualna, 6-biegowa
Napędprzedni
Zawieszenie przódkolumny MacPhersona
Zawieszenie tyłwielowahaczowe
Hamulcetarczowe went./tarczowe
Opony235/45 R18
Bagażnik / po złożeniu siedzeń310/905 l
Zbiornik paliwa55 l
Typ nadwoziahatchback
Liczba drzwi / miejsc3/4
Wymiary (dł./szer./wys.)4278/1808/1486 mm
Rozstaw osi2537 mm
Masa własna /ładowność1359/466 kg
Masa przyczepy / z hamulcem-/- kg
Spalanie: miasto/trasa/średnie8,7/5,3/6,6 (test: 11,0/7,4/9,1)
Emisja CO2153 g/km
Prędkość maksymalna208 km/h
Przyspieszenie 0-100 km/h8,3 s
Gwarancja mechaniczna2 lata
Gw. perforacyjna /na lakier12 lat/3 lata
Okresy międzyprzeglądoweco 15 tys. km lub co rok
Cena wersji podstawowej1.2 TSI Design: 73 890 zł
Cena wersji testowej91 090 zł
Cena egz. testowego108 440 zł