Forum motoryzacyjne | autoGALERIA.pl
Strona 11 z 11 PierwszyPierwszy 1234567891011
Pokaż wyniki od 101 do 102 z 102

Wątek: Galeria naszych miniaturowych modeli

  1. #101

    Dołączył
    12/2010
    Skąd
    warszawa
    Posty
    1
    Auto
    vw
    Ostatnio edytowane przez daboo ; 17-12-2010 o 10:38

  2. #102

    Domyślnie

    PART I| PART II | PART III

    << in my rearview mirror


    23.12.2009

    Ferrari 250 Testa Rossa 'Pontoon Fender'

    Producent: CMC | Kolor: Rosso Corsa | Rok produkcji: 1958 | Ocena: 12.0

    Pontoon Fender, model kończący rok. A rok to był nie byle jaki. Rok, w którym kolekcja uległa podwojeniu. 250 Testa Rossa, dwudziesty szósty model w tym roku i pięćdziesiąty w ogóle. Ferrari, które źle potraktowane rzuci Ci się na szyję… tyle, że z lewej strony… do aorty i które jeśli przesadzimy zamieni energię uderzenia w drzewo w huk i mniejszą zniżkę ubezpieczeniową, i to pod warunkiem, że chwilę wcześniej nas nie zabije. Dziś już takich nie robią, nie śmią nawet projektować a największą ekstrawagancją, na jaką stać współczesne czasy są śmiesznie wyglądające LEDy w zderzakach (patrz Q7), które dzięki temu zabiegowi wygląda jak bankier w szarym garniturze, który nosi krawat z Homerem Simpsonem, albo dyrektor szpitala w szarym garniturze, który na swojej automatycznej sekretarce nagrał zapowiedź: „zostaw wiadomość po sygnale karetki”. A to oznacza, że by dziś dostać nowy, nakreślony inspiracją, surowy, jadowicie sportowy samochód z niekończącą się ilością miejsca nad głową… trzeba kupić model. Na szczęście jest CMC, które do złożenia „Czerwonej Głowy” potrzebowało 1,638 części i której wykonanie stoi na apokryficznym wręcz poziomie. Felgi łączące stal z aluminium o ręcznie zaplatanych szprychach wieńczone dwuramienną centralną nakrętką Borraniego obute w opony sygnowane przez Dunlopa, pracujące zawieszenie z demontowanymi kołami zasłaniającymi bębny hamulcowe, chromowana metalowa ramka otulająca szybę czy skórzane paski mocujące pokrywę silnika to tylko nieliczne detale dzieła o podwyższonym stopniu piękna. Jest jeszcze metalowa przestrzenna rama, płyta podłogowa, nad która rozpięto pajęczyny miedzianych kabli, mikroskopijnych sprężynek, metalowych tłumików i elementów zawieszenia. Mała sieć trakcyjna wewnątrz burt, okablowanie wewnętrzne wiodące do bezpieczników, kierownica sprawiająca wrażenie drewnianej, kompletne instrumenty pokładowe, skórzane poszycia foteli, stalowy, nitowany zbiornik paliwa, koło zapasowe skrępowane skórzanym paskiem, otwierany wlew paliwa i 12 cylindrowy silnik w układzie V wyposażony w pełne oprzyrządowanie, którego same aparaty zapłonowe wprawiają w zakłopotanie szwajcarskich mistrzów zegarmistrzostwa. CMC – bezprecedensowy skrót tego wywodu. Szukanie podobnej jakości (może poza Exoto i niektórymi produktami BBRa) jest jak szukanie aut Tescie podobnych i przypomina poszukiwanie wyprodukowanych na zasadach uczciwej konkurencji, ekologicznych, antyjądrowych, pokojowych, południowoafrykańskich chipsów o smaku pesto. Szkoda…







    19.03.2010

    Mercedes-Benz 300 SLR Mille Miglia W196S
    Historia: Winner Mille Miglia 1955| Kierowca: #722 Stirling Moss / Dennis Jenkinson
    Producent: CMC | Numer: 10346 | Kolor: Silver | Rok produkcji: 1955 | Ocena: 11.6


    7430400, 123840, 2064.Ciągi cyfr wyrażane kolejnymi wielkościami czasu. Sekundy. Minuty. Godziny. Dla mnie to 86 dni, jakie dzieli mój ostatni zakupiony model od dwóch właśnie przybyłych, dla mnie to cały okres, jako jednostka geochronologiczna. 86 dni posuchy, wyniszczającej wewnętrznie abstynencji, czasu bezpowrotnie straconego. A strata czasu jest, podobnie do śmierci, nieodwracalna. Nie mamy czasu na stratę czasu. Temu mottu zdaje się przyświecać również auto, które właśnie znalazło się „na tapecie”. Mercedes-Benz 300 SLR o numerze startowym 722 prowadzone w słynnym rajdzie 1000 mil przez Stirlinga Mossa. 86 dni zebrało plon. Zatracenie uodpornienia na wykonanie, jakie oferuje tylko mała garstka producentów po zetknięciu z modelem zaowocowało „olśnieniową” utratą przytomności…, gdy się ocknąłem było już 5 godzin później i wciąż nie byłem pewny jak działa świat. Przez 20 minut wpatrywałem się w czajnik elektryczny, aż do chwili, gdy niesamowity poziom złożoności tego urządzenia zupełnie mnie rozkleił. Czajnik ma się jednak do wykonania silnika jak gęsie pióro do bankowości elektronicznej. Jednostki napędowej i jej osprzętu nie można opisać słowami, to czysta poezja. Przednia oś z hamulcami czy rama przestrzenna ze zbiornikiem paliwa, elementami zawieszenia i pompami aż kipią ilością elementów. Odnosi się wrażenie, iż zostały powołane do pełnego inwencji życia, a nie, jako element składowy. Wnętrze, koła, karoseria czy sposób położenia lakieru to kolejne strony utwierdzające w przekonaniu, że modele wyprodukowane przez zakłady CMC GmbH to zupełnie inna baja, inna książka. Inny gatunek literacki. I takim autem jest też 300 SLR #722… legendarnym.






    19.03.2010

    Ferrari 330 P4 Spider
    Historia: Daytona Winner 1967 | Numer podwozia: s/n 0860 | Kierowca: #23 Lorenzo Bandini / Chris Amon
    Producent: GMP | Kolor: Rosso Corso | Rok produkcji: 1967 | Ocena: 12.0


    Jest tylko jeden powód mogący skłonić mnie do próby napisania recenzji w sposób merytoryczny. To doza rozczarowania i olśnienia, rzadkość a co za tym idzie mniejsze prawdopodobieństwo powiedzenia tego, co już wszyscy dawno wiedzą. Ostatnio miało to miejsce Eon temu, za czasów porównania 430 Scuderii z obozu Elite i SuperElite. Jak widać jest to domena Ferrari… i mniej popularnych producentów czy też ich frakcji. Przejdźmy, zatem – merytorycznie – do rzeczy. Pudełko skrywające 330 P4 snuje wrażenie zdolnego mieścić dwa normalnej wielkości modele za sprawą osobnych wnęk dla auta i odejmowanych pokryw. GMP zadbało również abyśmy stali się posiadaczami kamiennego obelisku pełniącego rolę wizytówki modelu co dopełnia wrażenia. Identyfikator ma jednak tylko trzy niemal identyczne strony, model znacznie więcej poważnie różniących się od siebie. Wygląd zewnętrzny to mocno pomieszane uczucia. Z jednej strony piękna karoseria, skrywająca wiele smaczków jak choćby kompletne odwzorowanie spodu pokryw, z drugiej odznacza sie wrażeniem lekkiej chaotyczności przy wykończeniach, odzwierciedlonej lekkim śladom w lakierze i wrażeniom bliższym oglądaniu BBR niż CMC. Jednakże uśredniona ocena tej kategorii niższa czy też równa „dwunastce” była by krzywdzącą za sprawą wielu niepowtarzalnie odwzorowanych elementów, których nie sposób przyćmić drobnymi niedostatkami różnej maści o małym znaczeniu strategicznym. Normalnie skalę ocen do 12 zostałaby pobita przynajmniej o stopień, za sprawą niuansów celuje w 12,5 na dotychczasowej 12 punktowej skali modeli Premium.

    Wnętrze może rozczarować bardziej wymagających czy też spodziewających się zobaczyć więcej nabywców. Fotele pokrywa guma, drzwi tworzą wrażenie zbyt plastikowych a deska rozdzielcza nie powala na kolana, posiada jednak kluczyk zatknięty w stacyjce z rozkosznie bujającym się na boki breloczkiem. Całość na niższym poziomie niż można by zakładać, wystarczającym jednak by wyprzedzić normalnie pozycjonowaną konkurencje do 600zł. 10,5/12. Silnik i osprzęt pozostaną chyba niedoścignioną kategorią 330 P4. Stopień zaawansowania, odwzorowanie i ogrom elementów jak przeźroczysty przewód odpowietrzenia zbiornika paliwa uwikłany między serpentynami układu wydechowego i cała masa elementów, których nie ma sensu opisywać - wystarczy zobaczyć - owocuję przebiciem skali i notą 13/12. Koła, zawieszenie i spód składają się na kolejną kategorię, w której nie uświadczymy rozczarowania, a zasłużonego 12/12. Tarcze to prawdziwy majstersztyk, pracujące zawieszenie i przewody chłodzące, wahacze. Świadek jest wolny nie mam więcej pytań. Ostatnim elementem układanki są światła. Zarówno ich wygląd jak i szczegóły w postaci doprowadzonych przewodów nie wyłamują się, jakością celując idealnie w granicę 12. Całość mogłaby prezentować się wybitnie nawet jak na tę klasę modelarstwa, prawdę mówiąc podobnie się też prezentuje, jednakże straty za wnętrze znajdują odbicie w matematyce. Patrząc subiektywnie jest to wybitna jednostka, posiadła jednak pewne wady ustawiające go w szeregu z konkurencją. W pełni obiektywnie nie mógłbym z czystym sumieniem rozstrzygnąć czy jest bardziej eminentny od Tipo 61 Birdcage. Ergo. 12/12.









    22.04.2010

    Lamborghini Gallardo LP560-4
    Producent: AUTOart Performance | Kolor: Bianco Monocerus | Rok produkcji: 2008 | Ocena: 8.6

    Ewolucja. To ciągły proces, polegający na stopniowych zmianach cech gatunkowych kolejnych pokoleń wskutek eliminacji przez dobór naturalny lub sztuczny części osobników z bieżącej populacji.
    Wszystko się zmienia, dawniej ludzie żyli w domach z drewna, z których dym wychodził mniejszymi a Słowianie większymi otworami. Następnie ginęli w gęstej i nieprzeniknionej mgle pożerani przez wilkołaki nie mogąc w porę spostrzec jak się do niech zbliżają. Obecnie siedzimy wysłuchując ubranego dla niepoznaki w kostium menagera imbecyla, urabiającego czasowniki z rzeczowników i opowiadającego przez pół godziny jakieś bzdury tylko po to by zatuszować fakt, że nie przychodzi mu do głowy ani jedna spójna myśl. Zmieniają się nawet główne podstawy i założenia, ewoluując w inne. Od zawsze niezmienne w tych prawdach pozostawało jednak Lamborghini. Poddawane systematycznej ewolucji szło z duchem czasu pozostawiając jednak główne założenia nietknięte. Drogą tą szło również Gallardo. Być może nie był to już wilkołak, ale też na pewno nie był to pseudo menager wybrany do objęcia tej posady ze względu na brak uroku osobistego, dobrych manier, poczucia humoru, ludzkich odczuć i dzięki ilorazowi inteligencji, jakim zwykle charakteryzują się hodowlane zwierzęta. Jednakże, jeśli Superleggera mogła kandydować do miana Lwa Nemejskiego o tyle o LP560-4 powiemy, że bliżej mu do koszuli z kołnierzykiem typu Kent aniżeli kuszy Van Helsinga. Identyczną paralelę obserwujemy, jeśli chodzi o oba modele AUTOartu, przed którym Lamborghini nie postawiło trudnego zadania. Wszakże większość auta/modelu pochodzi z pierwszego Gallardo. I może, dlatego poza świetnym bagażnikiem i wprost k***a (tu następuje część mowy z grupy wykrzykników) rewelacyjnymi kołami nowe Gallardo nie chce się wybić ponad to, co prezentował sobą od zawsze. O ile, Superleggera wyróżniała się zawadiacką fryzurą designu auta i wykonania modelu o tyle LP560-4 jest ugłaskane, zarówno, jeśli chodzi o wykonanie jak i wygląd, którego ewolucja poszła chyba za bardzo w stronę... menagera Nie ulega jednak wątpliwości, że jest to absolutnie wspaniały, doskonały, cudowny, fenomenalny, nieziemski, fantastyczny, genialny, niesłychany, jedyny w swoim rodzaju Supermen... car… a jaki ma kolor!






    24.06.2010

    Audi R8 Spyder V10 5.2 FSI quattro
    Producent: Kyosho Dealer's Edition | Kolor: Teak Brown | Rok produkcji: 2010 | Ocena: 9.1


    Już prawie zapomniałem jak wygląda wykonanie w Audi R8 a krzywa Ebbinghausa zwana inaczej linią zapominania dawno dotarła do momentu, kiedy nawet pamięć LTM (długotrwała) zaczęła zawodzić w obrazowaniu, jakości produktów Kyosho. Trudno uwierzyć w ten zbieg okoliczności, ale ostatni model Audi będący zarazem ostatnim modelem tego fabrykanta zawitał do mnie równo rok temu – 24 czerwca 2009r.

    I choć z definicji to, co myślą inni, jest całkowicie bezużyteczne, a jeśli czasami warte rozważenia, to tylko wtedy, gdy może się przydać w interesach, to, jeśli rozważacie zakup jakiegokolwiek modelu może warto rzucić okiem właśnie na R8 Spyder.

    Bo co tu dużo kryć i ubierać w słówka, model wygląda, jak Hally Berry posmarowana miodem – co ciekawe nawet kolor może okazać się podobny. Nie jest to tylko kolejne wcielenie modelu, pozbawionego jedynie czapki. Różnice są nawet w porównaniu do wersji dealerskiej – prezentowanej tutaj. Bezsprzecznie najważniejszą jest brak dachu – potrzebnego, co prawda jak rybie ręcznik, ale nie powiem… miło by było. Kolejną odmianę dostrzeżemy spoglądając mu głęboko w oczy. Audi orżnęło nas na diodowych lampach obecnych – jak dach – w „zwykłym” Kyosho. Kolejna porcja różnic pojawia się po konfrontacji z coupe 4.2 V8. I choć ocena końcowa nie wskazuje na to w tak dobitnym stopniu, różnic jest więcej niż może się wydawać. Tam gdzie coupe V8 zyskuje, Spyder 5.2 traci i odwrotnie. Mowa o tarczach hamulcowych, które być może przez chęć bycia ceramicznymi wykonano z plastiku zamiast metalu – do czego przyzwyczaiło nas tańsze R8. Odkryty odpowiednik odgryza się jednak wyglądem nadwozia i detalami. I choć trudno przyczepić się do czegokolwiek w coupe 4.2 to w Spyderze będzie po prostu lepsze. W parze z karoserią idzie także bagażnik i komora silnika, która, mimo iż pokazuje niewiele więcej niż ortodoksyjna arabska czytelniczka pięcioksięgu zdradza więcej szczegółów, ujawniając Aura Ghalida (Aura Mocna) silniej niż wyeksponowane serce coupe – takie pokazywanie przez zasłanianie. Najmniej zmieniło się wnętrze, ale także tutaj Kyosho zmuszone było do odlania nowego tunelu środkowego uwzględniając tym samym osprzęt do obsługi składnia dachu, a dzięki swojemu nieskrępowaniu metalowym nakryciem odetchnęło życiem. Nie obyło się jednak bez nieścisłości. Nowe srebrzące się pedały pozbawione sprzęgła – dobra, przecież może być automat – połączono z lewarkiem zakorzenionym w manualnych ścieżkach prowadzenia. Chyba coś tu nie gra. Jest jednak coś, co wybija się ponad wszystko, coś, czego coupe mieć nie może choćby stanęło na głowie. To wygląd i idące ślad za min detale jak podnoszona na teleskopach pokrywa silnika poruszająca się w dwóch płaszczyznach czy wyloty odprowadzające gorące powietrze odżegnujące się kolorem od reszty karoserii dobitniej niż politycy od współpracy z SB. Samo to w połączeniu z srebrną ramką przedniej szyby, kremowymi fotelami i kontrastującym brązem drzewa tekowego każe brać pod rozwagę zakup inny od niego.

    Kolekcja, wszytko zaczyna się od otwarcia pudełka wypełnionego zapachem, wonią nowego modelu – wspaniałego uczucia, które jeśli ktoś chciałby mi odebrać usiłowałbym przyjąć z godnością starając się ograniczyć do niezbędnego minimum dąsy, zamykanie się na klucz w pokoju, kopanie koszy na śmieci i rzucanie zastawą stołową. Nie wiem tylko czy byłbym wstanie tego dokonać, a Spyder R8 tylko w tym utwierdza i pokazuje – modelarstwo – uzależnienie i część życia.






    16.09.2010

    Mercedes-Benz SLS AMG
    Producent: Minichamps Dealer's Edition | Limitowana edycja: 1/2 AMAD GmbH | Kolor: Obsidian Black Metallic | Wnętrze: Porcelain/Black with Carbon Fibre Package | Rok produkcji: 2010 | Ocena: 8.6

    „Tylko pisarz bez czytelników może sobie pozwolić na luksus szczerości. Nie zwraca się do nikogo, chyba tylko do siebie”. I choć to trudniejsze od matematyki mogę pozwolić sobie na taki luksus.

    Tocząc wiele bitew z własnymi myślami mogę stwierdzić jedno. Dobrze jest mieć przyjaciół. Mercedes stojący przede mną nigdy nie miałby szans na zaistnienie gdyby nie AMAD GmbH – udowadniający po raz kolejny, że rzeczy niemożliwe załatwia od ręki, a na cuda każe tylko nieco dłużej czekać. Nie ma, bowiem przedstawiciela rasy Obsydiańskiej Czerni SLSa połączonej z Porcelanową Skóra środka. Wnętrze to jest bowiem domeną szaro-brązowej odmiany auta z Affalterbach. O efekcie tego mariażu i mojej zachcianki niech zaświadczą same zdjęcia – model jest niewiarygodniesłychaniefanprzechodzącypojęcietasty czny. A teraz do rzeczy. SLS by Minichamps to stworzenie dziwne niczym Minotaur. Produkcję silnika zlecono Maisto, karoseria jest dziełem dywizji Performance AUTOartu. Realizację świateł polecono Kyosho, a felgi, zaciski i tarcze to Londyńska mozaika kulturowa. Tym razem można by je zakwalifikować do wyrobów AUTOartowych Millenium. A co z owym wnętrzem? Wzbogacone o karbonowe wstawki podnieciłoby nawet Stiga, a wykonaniem najbliżej mu do drogich – jak obsypanych jadalnym złotem trufli – wyrobów serii Signature. Całość połączono w niemieckich zakładach PMA, a efekt końcowy wręcz przytłacza ogólnym wrażeniem – zupełnie jak prawdziwy SLS długością swojej maski i model swoim ciężarem oscylującym wokół wagi ciężarnej Hipopotamicy.

    W końcu najistotniejsze. SLS AMG ukazał dwie prawdy. Minichamps potrafi – oczywiście przy drobnej pomocy ze Stargardu Szczecińskiego – i co ważniejsze. Przyjaźń cenniejsza jest od modeli, nawet dwóch SLSów, z których powstaje marzenie.





    27.09.2010


    Koenigsegg CCX
    Producent: AUTOart Signature | Numer modelu: 0829 | Kolor: Silver Blue Diamond | Rok produkcji: 2006 | Ocena: 9.1

    29 sierpnia 2010 roku. Ponad 50 modeli i pierwsza wymiana, przyczyna? Brak tłumika. Niecały miesiąc później model jest powrotem. Ten sam, choć inny. Mała (duża) rzecz a odczucia całości jakby inne.

    Przy cenach rzędu 600zł prawda jest, iż można by się spodziewać modelu z uchem pandy i ogonem tygrysa stojącego na podstawce pokrytej skórą będącego na wymarciu suma z dorzeczy Mekongu. Przy tej cenie model można obnażyć, obedrzeć z zalet tak, jak obiera się pomarańczę. Można zarzucić mu niedociągnięcia tu i ówdzie, faktem jest, iż nie umie nawet posługiwać się dwubiegową wiertarką udarową firmy Black & Decker – dobra przyznaję w chwili pisania tego tekstu w moich żyłach płynie wino chablis, ale to naprawdę nie ma znaczenia! Gdyby jakość innego Signature – Veyrona – skonfrontować z jakością CCX – a zwłaszcza opinią powszechnie o nim panującą – i porównać z boksem, byłby to pojedynek Lennoxa Lewisa z Moniką Brodką (przynajmniej wg stereotypu).

    Jednak, jeśli zgromadzisz wszystkie fakty dojdziesz do wniosku, że każde zagadnienie można rozpatrywać patrząc na nie z dwóch punktów widzenia i że każdy z nich może być słuszny. Z tego natomiast wynika, że jeśli masz wyrobioną na temat czegoś jednoznaczną opinię, świadczy to o tym, że nie znasz wszystkich faktów lub opierasz się na relacji Super Expressu.

    W recenzowaniu CCX patrzę z punktu widzenia marzeń, emocji i prezentu od wyjątkowej osoby… jest fantastyczny! I nie mam zamiaru tłumaczyć dlaczego. Po prostu. BO TAK!






    06.12.2010

    McLaren F1 SHORT TAIL ROAD CAR
    Producent: AUTOart Signature | Numer modelu: 2309 | Kolor: Magnesium Silver | Rok produkcji: 1994-1998 | Ocena: 9.9

    Jak uchwycić marzenia? Jak je ująć? Jak ugryźć? Jak przelać na papier spełnienie marzeń o McLarenie F1?
    Spróbujmy.
    Model jest jak zorza polarna, jak tęcza na Księżycu. Jak deszcz meteorytów, tornado i afrykański zachód słońca w jednym.
    Marne, jeszcze raz.
    Model jest tak piękny, że nawet świerszczom nie chce się grać wlepione w jego obraz a jego widok powoduje zapadanie się bębenków w uszach.
    Od nowa :/
    Nie jestem mściwym człowiekiem, ale gorąco pragnę by od tej chwili aż po wieczność człowiek odpowiadający za przestępstwo wydania McLarena F1 przez AUTOarta dopiero teraz, nie mógł dosięgnąć swędzących go miejsc.

    Poddaje się zacznijmy od początku.
    Mityczne stworzenie, które dziś mam okazję recenzować od zawsze – niczym nietoperze w jaźni Batmana – istniało w najgłębszych czeluściach mojej głowy. Jego poprzednie, mierne wcielenia działały na mnie jak muleta na byka. Powodowały, że biegałem jak kogut oblany wrzątkiem, czułem jakby ktoś przewlekał mi pomiędzy uszami gronostaja… nienawidziłem ich! Dlaczego nikt nie potrafił wdrapać się choćby na pagórek wykonania, z którego widać było by górę, na którą wspięli się Gordon Murray wraz z inżynierami McLarena by stworzyć coś tak niezwykłego, wyprzedającego epokę na tak wielu płaszczyznach w sposób tak bezkompromisowy. UT Models było stare i słabe, a Maisto po prostu słabe aż robiło się słabo. Szansa na lepsze wykonanie pojawiła się wraz z pogłoskami o planach Minichampsa. Miały to być formy UT wzbogacone o nowe elementy. Reinkarnacja dawnego modelu. W zamierzeniach AUTOarta zrodził się jednak inny projekt. Wizja zupełnie nowego modelu, zaprojektowanego od początku w sposób niezwykły – niczym baskijskie Muzeum Guggenheimaa na płaszczyźnie sztuki modelarstwa. Żaden remont nie może się równać zaczęcia pracy od czystej kartki papieru. Przy wydaniu F1, aA musiało zebrać całą swoją wiedzę, wszystkie środki, pasywa, aktywa i tak spiąć pośladki jakby po kilku dniach fanatycznego jedzenia grochówki uczestniczyło w audiencji u Papieża.

    Model jest mały, bo taki jest McLaren. Przy Enzo wygląda jak niejadek, wątły i szczupły. Widać w nim jednak coś innego, wyjątkowego. Jest niczym Keanu Reevesie w Matrixie. A to dopiero początek. Prawdziwe F1 w komorze silnika wyłożone było złotem – wszak ono najlepiej absorbuje ciepło albo coś w tym stylu. W modelu złota nie ma, ale spróbuj otworzyć pokrywy silnika bez maski spawalniczej a zaznasz olśnienia większego niż Archimedes w swej wannie. Coś niezwykłego z niej emanuje, a bez owijania w bawełną po prostu bije z niej złoty blask rzucający poświatę na cały osprzęt jednostki BMW . Nawet spoiler od wewnętrznej strony jest nią pokryty oślepiając tych, których zostawia w tyle. To jednak nie koniec spaceru po czeluściach McLarena. We wnętrzu odnajdziemy trzy fotele w tym ten najważniejszy – środkowy – otoczony instrumentami pokładowymi i wymierzonymi wprost w niego… ZEGARAMI! Tarczami żywymi jak rzeżucha zasiana na wacie przed Wielkanocą. Zrozumienie jak oni je zrobili pewnie jeszcze trochę mi zajmie, ale są po prostu niesamowite! Zresztą jak całe wnętrze. Pod przednia pokrywą tak jak w oryginale odnajdziemy zestaw audio Kenwooda, zaś z bocznych (rewelacyjnych!) luków bagażowych wyciągniemy zestaw pięciu walizek. Mógłbym tak dalej cytować obficie ochy i achy z książki zatytułowanej, „Co mówić, gdy jest się zachwyconym McLarenem F1”, ale przypomniałem sobie, że nie płacą mi od słowa. Wspomnę jeszcze tylko o wręcz pływającym, wspaniałym, ruchomym zawieszeniu i będę kończył.






    29.12.2010

    Shelby Mustang G.T. 500 Fastback '67 | SOLD OUT
    Producent: GMP | Kolor: Brittany Blue with White Stripes | Rok produkcji: 1967 | Ocena: 8.2

    Kolejny rok dobiegł końca, rok inny niż poprzednie. Rok, w którym zakupy były mniej lub bardziej, ale zawsze przemyślane. Mało w nim było „skoków w bok” i nieprzemyślanej spontaniczności. Modeli również nie było zbyt wiele - zwłaszcza mając na uwadze poprzedni rok, który zakończył się wynikiem 25 modeli – bo zaledwie 8 z nich zagościło u mnie, choć zanosiło się na nawet na gorszy wynik. Patrząc jednak na klasę samych modeli cóż to był za rok! Zaczęło się ostrym wejściem 300SLR Mille Miglia #722 z CMC i Ferrari 330 P4 Spider z GMP. Później były Gallardo LP560/4, R8 5,2 Spyder i SLS AMG będący największym, miłym zaskoczeniem sezonu. Zakończył szarżą Signature, wspaniałym prezentem w postaci Koenigsegga CCX, ukochanym McLarenem F1 i meritum dzisiejszego orędzia… modelem, który nawet mnie zaskoczył, stając się nawiązaniem do zeszłych „rozwiązłych i żywiołowych” lat, powodując szerokie otwarcie oczu i usta wyjętego z wody karpia. Niestety chcąc być szczerym odnosi się to głównie do samego procesu zakupu i tak przez ten rok zapomnianego stylu zakupów w przypływie endorfin. Szybkiego i nieprzemyślanego. Zakupu, który po otwarciu pudełka wywołał konsternację. Co on u mnie robi! Auto, które ni jak ma się do tego, co do tej pory gościło w kolekcji.

    Shelby Mustang G.T. 500 z ’67 roku. Klasyk, chwytający za serce, któremu tylko jeden organ nie chciał się podporządkować. Moje oczy. Oczy, które zawsze szukają niedoskonałości prześlizgując się nad tym, co zaledwie dobre. I pewnie wiele takich niedoskonałości mógłbym wymienić w G.T. 500. Wiele i żadnych zarazem. Problem polega na tym, że na muscle carach znam się jak Niemcy na dowcipach, więc na dobrą sprawę nie wiem czy to, czego się czepiam to wady czy tak być powinno. A ponieważ samochód wygląda olśniewająco, a ruchomy wał napędowy wprawia w osłupienie jedyne, co jest w stanie opisać model to słowa Francisa Bacona „Nieznajdziesz idealnego piękna bez swego rodzaju niezwykłości w umiarach”.


    Sezon zakończony. Czas otworzyć nowy, sporządzić nową bardzo racjonalną listę goszczącą ok. 16 pozycji. Wśród nich NSX, LFA, 959, Zonda R, Mulsanne, Ghost, 300SLR Uhlenhaut, Atlantic i Type D. Czas pokaże, co da się zrealizować i z jakich obietnic uda się rozliczyć. Do zobaczenia na kartach aG!







    11.01.2011

    GTbyCitroën Salon de Paris 2008
    Producent: NOREV | Kolor: White Pearlescent | Rok produkcji: 2008 | Ocena: 7.4

    Pora otworzyć rok. Rok będący kwintesencją przemyślanych i starannie wyselekcjonowanych zakupów zgodnie z listą. Zaczynamy, a jako, że nie będzie nic o gejach, amfie, muzułmanach, Cyganach, polarnych niedźwiedziach, cholernym globalnym ociepleniu, piersiach, niepełnosprawnych, imigrantach albo o tym jak fajnie jest być bezrobotnym (liczę, że po tej deklaracji z osób czytających wykruszą się zwolennicy Faktu czy Super Ekspresu) zostaniemy wśród czytelników, których poziom intelektualny przewyższa poziom świnki morskiej.

    Przed wami… GTbyCitröen! Auto, które wśród starannie wyselekcjonowanych i przemyślanych zakupów jest tym, czym bolid Formuły 1 na rajdzie Paryż-Dakar tradycyjnie już rozgrywanym w Ameryce Południowej, mimo iż jak wszyscy wiemy (dzięki ich reprezentacją narodowym), Francja jest krajem afrykańskim. Tak, więc zakup jest tak racjonalny jak włożenie skaleczonej dłoni do basenu wypełnionego piraniami i zaskoczył nawet mnie. A to, że pochodzi ze stajni NOREVa którego nigdy nie zamierzałem kupować zaskoczyło mnie nawet bardziej niż gdyby na obiad podano mi uszy Saddama Husajna. Zakup, którego nie przewidziałby Nostradamus i nie wymyślili twórcy Matrixa nawet gdyby skupili się i mocno spięli pośladki.
    I tym właśnie płynnym (jak cholera) przejściem dochodzimy do tematu dzisiejszej recenzji.

    Modelu, któremu jestem w stanie wybaczyć bardzo wiele. Po części, dlatego, że na jego widok ślinię się bardziej niż Nowofundland w upalny dzień, a po części, dlatego że jest to auto Concepcyjne, więc z założenia jest samochodem niedopracowanym i niedziałającym. A z tego NOREV wywiązał się rewelacyjnie.
    Nie zrozumcie mnie źle. To naprawdę dobry model, a biorąc pod uwagę relację jakość/cena równać się z nim może jedynie zakup Luwru (wraz z eksponatami i gruntem, na którym stoi) w cenie 12gr za kilogram.

    W modelu otwierają się wyłącznie drzwi, czemu jednak trudno się dziwić biorąc pod uwagę, że francuzi z Citröena nie mają nawet pomysłu jak mógłby wyglądać pod maską. Dla NOREVa to nawet lepiej, bo z oceny wyleci silnik i bagażnik a ponieważ wyleci, to i nie oberwą. Oberwać mogłoby natomiast wnętrze. Mogłoby, ale jeśli jest przy swojej cenie jest ono złe to AUTOart nie powinien sprzedać ani jednego modelu, bo po prostu nie warto. Po otwarciu drzwi rzuca się na nas feeria barw i detali, których moc przyćmiewa nawet ilość ornamentów na barokowej fasadzie pałacu w Carskim Siole. Problem mogłyby stanowić natomiast felgi. Ja jednak wierzę, że ponieważ w oryginale zrobione są z fusów białej herbaty i popiołu z księżycy Saturna połączonych ze sobą za pomocą żywicy sosny kołnierzykowatej przez francuzów albańskiego pochodzenia, NOREV odwalił kawał dobrej roboty!

    Citröen - creative technology







    03.02.2011

    Honda NSX
    Producent: AUTOart Signature | Numer modelu: 1859 | Kolor: Formula Red | Rok produkcji: 1990 | Ocena: 9.3

    Pewnie myślicie, że po moim ostatnim ataku na Super Express i ludzi obdarzonych inteligencją kamienia polnego najchętniej zabroniłbym wszystkiego. Nie podchodzę jednak entuzjastycznie do zakazywania czegokolwiek… za wyjątkiem słuchania Kasi Andrzejewicz*, …oglądania Klanu, …propagowania ekologii, Mody na Sukces, wypowiadania się o globalnym ociepleniu ludziom, którzy nie mają o tym pojęcia, bus pasów, fotoradarów, Toyot Prius, progów zwalniających, Tańca z Gwiazdami, ograniczenia prędkości do 50 na 3 pasmowej drodze, salcesonu, istnienia firm samochodowych niemających w ofercie prawdziwie sportowego auta dla entuzjastów, oraz składania obietnic bez pokrycia. A ponieważ z okazji końca roku i recenzji Shelby Mustanga GT500 ‘67 dałem wam swoje kłamliwe słowo publikując wstępnie zakładaną listę przyszłych zakupów pora zacząć się z niej wywiązywać. Przed wami NSX.

    Pierwszą wzmiankę o prezentowanym dziś aucie datuje się na zakup 32 kartkowego zeszytu w linię firmy Unipap określającego go mianem japońskiego Ferrari. Na kolejną wzmiankę mogliśmy natknąć się w gumach TURBO. Na następną przyszło nam czekać całe wieki. Wieki, przez które nawet pracownicy salonów dealerskich Hondy zapomnieli o jej istnieniu kojarząc nazwę NSX z systemami dociepleń poddaszy czy modelu słuchawek Sennheisera. NSX, czyli Niesamowicie Szybkie… no właśnie „X”. Xenon? Xero? seX? Jeśli ktoś z was miałby jakiś pomysł, niech koniecznie napisze do mnie, bo przejrzałem już cały słownik z tą literą i żaden wyraz mi tu nie pasuje. Wszystkie te rozważania zgrabnie doprowadzają nas do modelu firmy AUTOart Signature.

    Zacznijmy od kwoty, na jaką opiewa owa Honda. Ceny, która dla wielu jest wygórowana bardziej niż Andy i budynek Empire State razem wzięte. Gdy jednak spojrzymy na nią przez palce pozostaje już tylko wykonanie. A temu nie można zarzucić zbyt wiele (tylko nie patrzcie zbyt wnikliwie na płytę podłogową i elementy zawieszenia). Mamy bardzo ładne wnętrze, świetne komory silnika, osprzętu i bagażnika, wysuwane reflektory, nieprzebraną liczbę siłowników, podpórek i zawiasów oraz świetnie wyglądający look całości.

    Całości, która podobnie jak samochód, który gdyby był psem, miałby łaty i opadające uszy. Pałętałby się u waszych stup za każdym razem, gdy robilibyście sobie herbatę, i za wszelką cenę starał się wcisnąć nos w kroczę księdza chodzącego po Kolendzie. Gdyby był psem bardzo byście go lubili. Bardzo… poza momentami, gdy gryzie wasz portfel… tzn. buty.
    I choć bliżej mu – jak już zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić – do Millenium aniżeli Signature, i szarpie portfel niczym pies poduszkę to i tak… uwielbiam go!


    ________________
    *w rzeczywistości chodzi Kasie Cerekwicką i Gosię Andrzejewicz, ale ponieważ prezentują jeden poziom szkoda marnować na nie literki.






    22.02.2011

    Mercedes-Benz S63 AMG (W221)
    Producent: AUTOart Millenium | Kolor: Iridium Silver Metallic | Rok produkcji: 2007 | Ocena: 8.9

    Pamiętacie pierwszą Vectre? Zaprojektowana w pośpiechu przez gościa przeżywającego nieprzyjemną sprawę rozwodową. Miała maskę, miejsce, w którym siedzieli ludzie, bagażnik i silnik.

    Vectra – zaprzeczenie idei Mercedes-Benz, marki od zawsze uchodzącej za synonim bezpieczeństwa, luksusu, poszanowania zasad i perfekcyjnej dbałości o każdy element tworzenia samochodu – włączając w to troskę o to, co jedzą pracownicy i czy nie są zbyt zestresowani, bo przecież zestresowanego pracownika to i na piórze wycieraczek wyczujesz. Niestety przez ostatnie lata podupadła na opinii – Mercedes-Benz - pojęcie, które poddawało pod wątpliwość synonim bezawaryjności, ukochania perfekcji i przepisów, oraz równego maszerowania i mrugania tylko na rozkaz. Spadek formy spowodowany z pewnością dla tego, że w myśl unijno-niemieckiego BHP większość pracowników przez 4 dni w tygodniu szkoliła się, jak bezpiecznie wchodzić na drabinę, co owocowało brakiem czasu na tak prozaiczne czynności jak projektowanie i montaż samochodów. A może chodziło po prostu o zwiększenie przychodów z działalności Serwisu :P Jednak jakiś czas temu – na naszych oczach – wszystko zaczęło wracać do normy i Her Mercedes wyszedł na prostą. Właściwie ma się tak dobrze, że mam, o czym pisać.

    Zatem najwyższy czas by przejść do tematu dzisiejszej recenzji. Potwora z Affalterbach!

    Być może część z was uzna, że S63 AMG jest bardziej jarmarczny niż szuflada z majtkami Paris Hilton a ogromne felgi i zaciski wołają o właściciela ze złotym łańcuchem u szyi o obwodzie równika Neptuna. Jest to jednak coś więcej niż zwykły luksusowy samochód. I podobnie jest z modelem. Lunatycznym psychopatą obutym skórą, kaszmirem i szafranem (z tymi dwoma ostatnimi przesadziłem). S63 AMG jest modelem, który owszem, nie ma wysięgników przedniej maski i bagażnika. Nie ma siatek we wlotach powietrza, a jedynie plastikowe wytłoczki, a jednak w tajemniczy i niczym nieuregulowany rozsądkiem sposób jest tak pożądliwy jak Michelle Rodríguez i Jessica Alba razem w jednej wannie. Zapewne ma to związek z fantastycznym wnętrzem i fenomenalnymi kołami. Szukając głębiej znalazłem kolejną zaletę… A8 W12 nabrało sensu! Dzięki AMAD!






    05.04.2011

    Lexus LFA
    Producent: AUTOart Signature | Numer modelu: 0090 | Kolor: Whitest White | Rok produkcji: 2010 | Ocena: 9.4

    I was caught
    In the middle of a railroad track (Thunder)
    I looked round
    And I knew there was no turning back (Thunder)
    My mind raced
    And I thought what could I do (Thunder)
    And I knew
    There was no help, no help from you (Thunder)


    Tymi słowami zaczyna się piosenka Thunderstruck zespołu AC/DC – oprawa muzyczna – dzisiejszej recenzji. Utworu, który w sposób nierozerwalny łączy się z Lexusem LFA. Będąc stu procentowo szczerym Thunderstruck jest jego wyrazem bliskoznacznym, synonimem i parafrazą białego, poszarpanego klingą katany kimona. Szalonej szaty, której kształty konkurować mogą zarówno z kubizmem Guernici autorstwa Pablo Picassa jak również z dzikim kwiatkiem zasuszonym w egzemplarzu Dziwnych losów Jabe Eyre. Czyli? W stylistyce każdy znajdzie coś dla siebie. Co bardziej uparci doszukają się subtelności oburęcznego topora, oko tych mniej wrażliwych skupi się na trzech misternych końcówkach wydechu składających się w kształt odwróconego Tympanonu. Albo odwrotnie.

    Starczy już tego wstępu, bo to samo dotyczy również modelu. Ci bardziej oporni na wdzięki szczegółów docenią białość całości i fakt, że na dobrą sprawę ciężko jest się do czegoś przyczepić. Miłośnicy detali dostrzegą fantastyczny zestaw pedałów warty w przypadku tego modelu ok. 100,- oraz felgi, tarcze i zaciski odpowiadające łącznej sumie ok. 350,-. Reszta to w zależności od tego ile płacicie za model mniej ważne elementy. A może raczej te słabiej zapadające w pamięć. Mniej, ponieważ gdy wzrok człowieka spotka się z lookiem kół wszystko inne mętnieje. To jedne z najlepszych kół niezależnie od tego czy zbieracie same CMC czy pracujecie w fabryce felg aluminiowych OZ Racing. Chciałbym napisać jeszcze o innych świetnych elementach wnętrza - zwłaszcza jak na kulejące w tej dziedzinie produkty aA – bardzo dobrze odwzorowanym silniku czy choćby o tym, że w przypadku tego egzemplarza po naciśnięciu „startera” spoilera, ten nie wyskakuje ku górze jak młody kangur przypominając raczej artretycznego staruszka z osteoporozą, ale patrząc na te felgi i tak nie ma to znaczenia.

    Liczą się detale, to one tworzą piękno, ogół odpowiada tylko za powierzchowne zadowolenie, satysfakcję większości w miejscu gdzie powinna być euforia jednostki. A LFA jest symfonią euforii…

    _______________
    *Jak wszystkim wiadomo z powodu klątwy jaką obarczony jest Lexus koloru najbielszego białego oraz piep#$%^mu Globalnemu Ocipieniu ilekroć wychodziłem, aby zrobić zdjęcia rozpętywała się śnieżyca... w związku z powyższym, poniższe zdjęcia przedstawiają LFA w zamieci i tego się będę trzymał!







    22.04.2011

    Venturi 400 GT
    Producent: OttO Mobile | Edycja limitowana: 0894/1500 | Kolor: Metallic Blue| Rok produkcji: 1995 | Ocena: 8.3

    Znacie lepszy czas na wyhodowanie rzeżuszki niż Święta Wielkiej Nocy? Ja też nie, dlatego właśnie za 5 Święta przybyło Venturi 400GT – Jakuza dzięki

    Wszyscy zachodzą w głowę jak wykonane są żywice, czy warto je kupić, jak wypadają w konfrontacji z metalowymi przedstawicielami gatunku 1:18. I wszyscy mnie o to pytają. Nigdy nieskalanego organiczną papką, gościa, który nie przepada za tandetą. Od czasu, gdy go otrzymałem odebrałem kilkanaście telefonów i niezliczoną liczbę meili z zapytaniem: jak wrażenia? warto?*

    Z tegoż właśnie powodu owa recenzja powinna chyba przybrać charakter bardziej merytoryczny, w której tematem przewodnim będzie zbijanie obiekcji. No, bo czego obawiamy się w nieotwieralnym modelu? Przede wszystkim tego, że nie zobaczymy, co jest pod maską. Tylko ilu z nas otwiera ją przy każdym kontakcie wzrokowym z modelem i jak długo owy silnik ulega wietrzeniu w kontakcie z modelem a także ile tak naprawdę widzieliście zdjęć z komory silnika oryginału, aby stwierdzić czy dana jednostka odwzorowana jest w sposób słaby, dobry czy znakomity? Z ciekawości zapytałem wujka Google. Ale ten znał tylko jedno małe i słabej jakości zdjęcie tejże jednostki. Ilu z nas skręca kołami jeżdżąc po dywanie? Jak często zaglądacie do wnętrza modląc się by nie dostało się tam zbyt dużo kurzu i ile razy przyciskacie model do podłoża by sprawdzić jak działa resorowanie? Oczywiście zdaję sobie sprawę, że argumenty te są dla osób, które po cichu bardzo chcą go mieć, ale nie umieją siebie do tego przekonać i można je obalić jednym szybkim i niewymagającym wysiłku zdaniem. Tylko powiedzcie, po co? Ja wolę mieć na półce rewelacyjnie wyglądający model, którego białe felgi widać nawet nocą i który mimo kilku niedoróbek i nie najwyższej ocenie wyjmę, jako jeden z pierwszych by zaprezentować innym. Tak więc czy było warto? Bardzo pięknie piszę z wisienką na wierzchu, tak ku&$% było warto!



    _______________
    *Dla wszystkich, dla których zabrzmiało to jak wyrzut niezadowolenia, nieprawda, bardzo lubię pytania, pytania są powodem recenzji, a ja lubię recenzję, i sam miałem je przed zakupem








    13.06.2011

    Bentley Mulsanne
    Producent: Minichamps Dealer's Edition | Kolor: Black| Rok produkcji: 2010 | Ocena: 9.2

    Monumentalny. To pierwsze ze słów, jakie wydobyło się ze mnie, gdy tylko pierwsze drobiny światła wpadły w otchłań ciemno zielonego pudła wielkości bieliźniarki Hemnes z IKEI. Gdy po chwili wracały odbijając się od jego przepastnych czeluści napotykały na niego, czarnego, angielsko-niemieckiego poplecznika ogromu – Bismarcka Mulsanne. Ten długi na 251m, szeroki na 36m i wyporny na 53 000 ton okręt liniowy Bentleya zastąpił wysłużony model Arnage. I choć ten ustępuje mu zaledwie kilkoma centymetrami wydaje się być przy nim przysadzistą Korwetą mniejszą o 1,5 - 1,8 raza w każdym szczególe – nawet takim jak wielkość przycisku do otwierania elektrycznej szyby drzwi. Gdyby samochody kupowało się rozmiarami Bismarck Mulsanne byłby niewątpliwie rozmiarem 4XL.

    Mulsanne nie zna pojęcia mały, subtelny. Jest ogromny w swym wrażeniu a same koła sprawiają wrażenie, że to nie on przemieszcza się po Ziemi. To planeta kręci się tak jak on jej zagra, a wszystko to niezależnie, od jakości drogi, która dla pasażerów tylko zmienia kolor. Wszystko to w nowobogackim, wręcz rosyjskim przepychu i wymiarze. Nie jest to jednak ujma, bo gdy przyjrzeć się rosyjskiej architekturze dostrzeżemy w niej większą maestrię niż w pracy chirurga łączącego ścięgna. Przyglądajcie się uważnie a w samym tylnym słupku dostrzeżecie więcej nawiązań do klasycznych linii oldtimerów z początkowych dekad XX wieku niż podobieństw w VW Golfie V i VI generacji* Jak przystało na nowy model jest też świeży jak gazety z jutrzejszego poranka.

    Wszystko to w sposób oczywisty prowadzi nas do modelu. Modelu, który został wykonany metodą znaną ze szwajcarskich aptek produkujących medykamenty na zamówienie. Jest już późnawo a Ja mam jeszcze trochę pracy, więc musi wam wystarczyć fakt, że jeśli ktoś nie dowiedzie mi naocznie, że po zdjęciu maskownicy piszczałki nie ukaże się membrana głośnika Naim nie uwierzę, że jej tam nie ma. To samo tyczy się świateł czy silnika. A jeśli już o nim mowa. Zgodnie z najlepszymi tradycjami ma 6 i ž litra a to oznacza, że nie kupi go nikt, kto czuje się winien z powodu smugi odpadów węglowych, pozostawionych przez jego sos żurawinowy podczas transportu z Ameryki… kocham ten wóz!

    _______________
    *Krokodyla z rzędem temu, kto je odróżni nim nie zaśnie ze znudzenia – na mnie przeciętny Golfik działa lepiej niż trzy fiolki Cyklobarbitalu zażyte dożylnie.







    11.08.2011
    Ferrari F40
    Producent: Kyosho HighEnd | Kolor: Rosso Corso| Rok produkcji: 1987 | Ocena: 9.4

    Dawno temu, kiedy słowo „szybkość” nie miało wulgarnego wydźwięku jedyną rzeczą, która stała między szefostwem a wykonaną przez robotników pracą, były związki zawodowe. A związkom przez większość czasu udawało się zamknąć usta obietnicami bez pokrycia i kartkami na mięso.

    Dziś już tak nie jest. Obecnie, kiedy chcecie cokolwiek zdziałać, musicie zadbać o to, by wasze plany w najmniejszym nawet stopniu nie uraziły żadnego muzułmanina czy geja, by żadne żywe stworzenie, nawet te najgłupsze, jak ślimaki, które wg. unijnych dyrektyw są rybami, nie zostały pozbawione swoich siedlisk, by nie wyemitować niepotrzebnego dwutlenku węgla i by wszyscy pracujący przy projekcie nosili fluorescencyjne kamizelki, kaski oraz identyfikatory, by wszyscy byli trzeźwi jak Szwed przy niedzieli i by na wypadek małego zagrożenia w promieniu 90km dysponować możliwością odesłania wszystkich do domu, na co najmniej 3 miesiące, aż do końca prac komisji śledczej badającej przyczyny powstania niebezpieczeństwa.

    Podobnie sprawy się mają, jeśli chodzi o supersamochody. Coraz bardziej restrykcyjne normy emisji spalin wprowadzane są szybciej i z większą częstotliwością niż kursowanie warszawskich tramwajów linii nr 9, a kolejne dyspozycje w sprawie standardowego montowania w samochodach coraz to nowych systemów wspomagających kierowcę i zwiększających bezpieczeństwo zdążyły już zabić Vipera, wytrzebić radość z prowadzenia sportowych samochodów i zniwelować rolę kierowcy do funkcji pasażera wybierającego stację radiową.

    Dziś w centrum miasta w odstępie 8 minut i obrębie 2 przecznic spotkałem, co najmniej sześć 911 różnej maści, dwie Panamery, oraz ustąpiłem miejsca parkingowego Continentalowi GT Speed, którego teraz miały dzielić tylko Range Rover Everque i e60 M5 od innego Speeda… tym razem Flying Spur’a. Następnie minąłem się z e90 M3 i SLS-em by dotrzeć do salonu, w którym poza Californią i 599GTB zastałem trzy Ferrari 458 Italia, każde w innej barwie. Na koniec wróciłem do domu samochodem, którego silnik za każdym zatrzymaniem wyłączał system Start&Stop . Jak się pewnie domyślacie żadne z aut nie posiadało manualnej przekładni, żadne nie było pozbawione ABS-u czy choćby ESP, każde miało więcej niż 6 poduszek powietrznych i każde bez wyjątku przejmowało się ilością wydalanego dwutlenku węgla.

    W dzisiejszym świecie nie ma już miejsca na auta pokroju F40, supersamochodu bez ABS-u, bez poduszek powietrznych, samochodu bez podłokietnika czy uchwytu do zamknięcia drzwi! W czasach F40, właścicielom superauta chętnym do wypadu do centrum odpadła by noga od samego wciskania sprzęgła, materiał pod pachami marynarki przybrałby brązowo-brunatną barwę a ich gardło wypełnił smak etyliny. Wyprawa superautem była by pełna walki, emocji, była by świętem!

    Dziś pozostają tylko modele tamtych aut, cienie przeszłości. A kiedy mówimy o Kyosho High End cień ten wydaje się realniejszy i bardziej pełny niż kiedykolwiek dotąd. Model w stosunku do „zwykłego” F40 został nieznacznie zaktualizowany. Najbardziej oczywistą różnicą jest pokrywający niemal każdą wewnętrzną przestrzeń zielonkawy kevlar. Poza tym zmieniono już naprawdę niewiele. Centra felg zwieńczono metalowymi zawleczkami na kształt biurowych spinaczy, kalki z Cavallino Rampante zastąpiono ich wypukłymi odpowiednikami podobnymi do tych z Enzo BBR, a do otwieranych elementów dodano wlewy paliwa na obu stronach błotników. Kilka miłych akcentów w postaci dodatkowych przewodów znajdziemy także w komorze silnika…. i z grubsza, było by na tyle.

    Warto? Zwykły model F40 jest fenomenalny, poprawiony ociera się o doskonałość. Jeśli cenę Kyosho High End porównać z ich zwykłą dywizją poprawione F40 wydaje się nie być warte dodatkowych pieniędzy. Jeśli jednak spojrzymy nań z drugiej strony, jeśli jego cenę skonfrontujemy z produkcjami BBR, wykonanymi na tym samym poziomie a kosztującymi niemal dwukrotnie więcej…. No właśnie.






    27.10.2011

    Lamborghini Murciélago LP670-4 SV
    Producent: AUTOart Performance | Kolor: Bianco Canopous | Rok produkcji: 2010 | Ocena: 9.0

    Wiecie, co to jest kopiowanie? To nie tylko Ctrl + C, do których przyzwyczaił nas dzisiejszy matrix. Kopiowanie to także z ang. Docking dog, czyli kynologiczny zabieg chirurgiczny mający za cel odpowiednie ukształtowanie oraz wymodelowanie psich uszu i ogonów.
    To wszystko łączy się z Lamborghini Murciélago Longitudinale Posteriore 670-4 Super Veloce lepiej niż chęci posiadania ropy z obecnością Stanów Zjednoczonych w Iraku i pozwala nam na płynne przejście do recenzji.

    Nie chce się łączyć? Ok.

    Zabieg ten stosowany był między innymi w celu wzmocnienia pleców oraz zwiększeniu szybkości, a w czasach Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii istniał podatek nakładany na psy z ogonami. Obcięcie ogona skutkowało uniknięciem opłat. Podobny zabieg wykonało Lamborghini dając klientom wybór – niższa cena i większa prędkość maksymalna z obciętym, małym spoilerem vs. cena dodatkowego pakietu aerodynamicznego i większa pewność i szybkość podczas pokonywania zakrętów.

    A teraz najwyższy czas by przejść do tematu dzisiejszej recenzji… modelu AUTOart Performance. Firma z Aachen przyzwyczaiła już swoich klientów do wrzucania swoich produktów w odpowiednią serię produktową i wyznaczania ich cen z celnością i delikatnością miotacza kulą. Nie dziwi, więc fakt, że LP670-4 SV jest wykonane dużo lepiej niż przewiduje pudełko Performance, nie odstając od Millenium, a nawet je przewyższając, ocierając się o teren zamieszkały przez plemię Signature.

    W stosunku do pierwszego Murciélago 6,2 wykonanie modelu poczyniło skok porównywalny z przyrostem mocy z 580 do 670 koni mechanicznych. Auto jest zwarte, mniej plastikowe. Wzorem Reventóna pojawiły się szyby w drzwiach, które również przykładem szarej eminencji stoją na baczność niczym gwardia papieska. Metamorfozę przeszły także klapy posiadające teraz siłowniki oraz osadzone na nowych cieńszych i bliższych oryginałowi wspornikach. We wnętrzu swe miejsce znalazła deska rozdzielcza wykończona innym materiałem po stronie kierowcy i innym po stronie pasażera, a nowe fotele zyskały 4-punktowe, szelkowe pasy. Zmianie uległy także na nowo wymodelowane lusterka, które teraz przywdziały matową barwę. Również światła zyskały, na jakości. Przednie nie pokazują już, w którym miejscu namiętnie trzymają się karoserii, a tylne zapewniają większa głębię niż usiłują nam wmówić w reklamie nowej serii telewizorów Panasonic. Ciężko mi porównać koła, a w szczególności obręcze gdyż są do siebie podobne w takim stopniu jak bulterier i Katy Perry, ale prezentują się wyśmienicie. Przejdźmy więc do silnika, który jest kolejnym elementem, o zrewaloryzowanej wartości. Głównie dzięki większej ekspansji terytorialnej siatek oraz włókna węglowego, które skrywa nowa transparentna pokrywa silnika o motywie plastra miodu. Wszystko to czyni z Super Veloce prawdziwym must have każdego kolekcjonera supersamochodów!
    No i Bianco Canopous , który na żywo prezentuje się bajecznie, przywdziewając perłowo-matową barwę.

    Jest jeszcze znakomity spoiler. Jednak w tym przypadku właścicielowi zależy na jego zachowaniu trochę mniej niż szyitom na równouprawnieniu muzułmańskich kobiet. Potrzeba tylko odpowiedniej osoby, persony, która ma o przerabianiu modeli więcej pojęcia niż Libijczycy o wolnych wyborach i rekach pewniejszych niż monarchia na wyspach brytyjskich, potrzeba AMAD-a! A więcej już wkrótce…

    Obecnie wiele państw zakazuje całkowicie dokonywania zabiegów kopiowania. Wśród nich znajdują się Włochy. Jak więc udało się obejść zakaz inżynierom z St. Agatha? Jak to u Włochów, zakaz obowiązuje jedynie w Rzymie i Turynie, więc… Fiacie, nawet o tym nie myśl!






    20.12.2011

    RUF CTR 3
    Producent: Spark | Kolor: Met Black| Rok produkcji: 2007 | Ocena: 8.7






    21.12.2011

    Lamborghini Murciélago LP670-4 SV
    Producent: AUTOart Performance | Kolor: Turquoise Blue | Rok produkcji: 2010 | Ocena: 9.0






    25.01.2012

    Dauer Porsche 962 Le Mans "Sport" Road Version
    Historia: Porsche 962C | Rok Produkcji: 1991 | Własność: Jochen Dauer | Nr podwozia: TP96620169 | Przebudowa: 1993 | Nr podwozia: wg. Dauer Sportwagen: #001
    Producent: Spark | Kolor: Yellow | Rok produkcji: 1993 | Ocena: 9.0








    20.02.2012


    Pagani Zonda Cinque
    Producent: Peako |Numer: 22/50 | Kolor: Pure Matte Black | Rok produkcji: 2009 | Ocena: 8.5

    Pierwsze otwarcie i łyki obrazu czarnego Cinque są czymś niesamowitym – powie to każdy, kto nie jest niewidomy bądź nie udaje niewidomego przy użyciu wilczura.
    W końcu to Pagani, w końcu to Zonda! Niestety na tym, rewelacyjnym ‘look-u’, fotogeniczności, dobrych felgach, całkiem niezłym wnętrzu i częściowym wykonaniu silnika na zasadzie - odlejemy większe elementy, które widać przez siatki i niech się odpierdzielą - kończą się zalety modelu.
    Ale to naprawdę piękny samochód!
    Na uwagę zasługują niewątpliwie detale i ich wyskalowanie – płetwy dyfuzora są grubości włosa myszy a wszelkiego rodzaju wloty i nawiewniki swoją smukłością przecinają powietrze niczym nos bolidu F1 w tunelu aerodynamicznym.
    I to naprawdę piękny samochód!
    Model wykonano po najmniejszej linii oporu – to pierwsze co ciśnie się na usta już przy drugim „kłapnięciu” powiekami.
    Posklejanie elementów i widoczny tu i tam klej sugerują, że modele firmy Peako składają 7 letnie dzieci z zaawansowanym Parkinsonem, a ilość kleju użytego w nadkolach z powodzeniem wystarczyłoby do wykonania dwóch pełnych rekonstrukcji plastikowego Titanica… i to w skali 1:50!
    Ale to naprawdę piękny samochód!
    Pamiętacie jak kilka linijek temu chwaliłem odpowiednio cienkie płetwy dyfuzora?
    Niestety równie cienkie, jeśli nie cieńsze od torebki foliowej z Biedronki są szyby, które zapewne będą uginać się za każdym razem, gdy usiądzie na nich muszka owocówka.
    Ale to naprawdę piękny samochód!
    Dobrego wrażenie nie pozostawiają też wloty powietrza. Owszem każdy zaopatrzono w siatkę. Niestety jednak w odległości 0,3 cm od nich czai się zasklepiający je niczym jaskółki gniazdo plastik.
    Ale to naprawdę piękny samochód!
    Złe wrażenie nie ustępuje również patrząc na koła. Owszem opony są niezłe, przyjemnie wyglądają również felgi, lecz to, co ukrywa się za nimi bardziej wrażliwych doprowadzi na skraj załamania nerwowego z bliskim sąsiedztwem myśli samobójczych.
    To tarcze hamulcowe. Dyski, które nie są do końca okrągłe i które przycięto niczym ogon buldoga, aby lepiej leżały przy zaciskach.
    Bez względu jednak i na to, to naprawdę piękny samochód!
    Oczywiście w modelu nic się nie otwiera, koła, mimo iż ruchome nie skręcają się, tarcze hamulcowe pozostają niezmienne w swej postawie niczym dyktator w swych przekonaniach, wloty, mimo iż wyposażone w siatki są ślepe, a model nie jest wart pieniędzy jakie każe za siebie płacić i mimo wartości rynkowej ok. 499 $ przedstawia wymierną wartość wyrażaną kwotą 300zł.
    Tylko, że to Zonda, wiatr wiejący we wschodnich Andach, wiatr, który dziś z duchem Zondy nawiedził mnie podczas sesji… a duch wiatru jest niewymierny… i poza tym...
    To naprawdę piękny samochód!


    ________________
    *skala żywiczna







    [/FONT]
    21.02.2012


    Lamborghini Murciélago LP640
    Producent: AUTOart Performance | Kolor: Arnacio Atlas | Rok produkcji: 2006 | Ocena: 8.9






    21.02.2012


    Porsche 959
    Producent: AUTOart Millenium | Kolor: Silver | Rok produkcji: 1987 | Ocena: 8.9






    [FONT=verdana]23.07.2012


    Aston Martin V12 Vantage
    Producent: AUTOart Performance | Kolor: Magma Red | Rok produkcji: 2009 | Ocena: b.d













    ...to be continued
    Ostatnio edytowane przez Illidan ; 25-07-2012 o 21:15
    you tell me exactly what you want and i will very carefully explain to you why it cannot be | gtaV

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •