Migiem o

Abarth 500-Italian Job

Mam bardzo dobry pomysł na posiadanie samochodu, który odwraca równie dużo głów pięknych dziewcząt, jak Ferrari, kosztuje ułamek jego ceny, no i na siedzeniu pasażera nie muszę wcale wozić Joli R.

Zadziwiające, jak czasem pragniemy się wyróżnić. Najlepszym przykładem jest ‚look’ Joli Rutowicz. Przyznam, że nie rozumiem gości, którzy chyba dla jaj postanowili dać jej w użyczenie czerwone Ferrari F430 i to z kluczykami, dokumentami i ważnym ubezpieczeniem. Myślicie, że żałuję teraz, iż nie jestem jej chłopakiem? Wcale nie, ponieważ moim hobby nie jest spędzanie 9 godzin dziennie na solarium, zanurzanie głowy w kubłach z farbą czy hodowanie paznokci długości gazociągu.

To auto, podobnie jak Ferrari, ma sportowe geny, pochodzi z Italii, przepięknie brzmi, ma tylko dwa miejsca, malutki bagażnik i zwierzaka w logo. Ściślej mówiąc robaka, bo jest nim skorpion. Potrafi kąsać, i to jak!

Siedząc w jego przyjemnie ciasnym wnętrzu, przyśpieszenie nie zrobi na was żadnego wrażenia tylko pod warunkiem, jeśli w dowodzie osobistym w rubryce „nazwisko” wpisane macie Loeb albo Hamilton. W każdym innym przypadku wciskanie gazu w podłogę jest uzależniające jak seks z Angeliną Jolie na podłodze w kuchni.

Turbodoładowanemu silnikowi 1.4 o mocy 135 KM wystarczy niecałe osiem sekund, by rozpędzić tę kieszonkową rakietę do 100 km/h. Tylko osobom o mocnych nerwach polecam sprawdzanie prędkości maksymalnej tego turbo-malucha. Pozostałych informuję, że wynosi ona ponad 200 km/h, co w aucie o długości 3,7 metra i masie 1100 kilogramów jest przeżyciem porównywalnym jedynie z lotem pikującym na pokładzie Boeinga 747.

Maksymalną moc Abarth 500 uzyskuje przy 5500 obr./min, ale już od połowy tej wartości jego doładowane turbo-serduszko ochoczo wyrywa auto do przodu, wprawiając w zdziwienie nie tylko jego kierowcę, ale i posiadaczy dwa razy mocniejszych i droższych samochodów.

Dźwięk na biegu jałowym, dobywający się z dwóch słusznych rozmiarów końcówek wydechu, określiłbym jako podtopioną w wodzie V8-kę, tudzież łódź Sunseeker, wyposażoną w takową jednostkę silnikową pracującą na wolnych obrotach. Abarth gulgocze przepięknie i z całą pewnością są to obecnie najlepiej brzmiące 4 cylindry – koniec, kropka!

Ruszając, nie zapomnijcie (podobnie jak w większym skorpionie na bazie Grande Punto) wcisnąć mocno przycisku Sport, znajdującego się w bliskim sąsiedztwie steru. Inaczej możecie odnieść wrażenie, że nie zwolniliście hamulca ręcznego lub do auta doczepiono „restaurację” McDonald’s pełną Amerykanów. To nie żart!

Jedynym wytłumaczeniem dezaktywacji funkcji Sport jest chyba manewrowanie na ciasnym parkingu skutym śniegiem i lodem. Na Boga, kupując Abartha nie masz zamiaru korzystać z 35 zamiast 135 koni, a tak niestety przyśpiesza to auto, jeśli na równie pięknym, jak nieczytelnym centralnym wyświetlaczu nie widnieje litera „S”.

Jazda tym skorpionem to czysta poezja. Utwardzone zawieszenie z zupełnie nowym tylnym stabilizatorem w połączeniu z niskoprofilowymi oponami Pirelli P Zero daje oszałamiające rezultaty, szczególnie na równych jak blat fortepianu nawierzchniach. Na reszcie dróg każdy uzna zawieszenie Abartha za wyjątkowo twarde i potrafiące nieźle dobić, szczególnie na poprzecznej nierówności. Dobrze natomiast, że niemal do zera wyeliminowano nieprzyjemne bujanie i przechyły karoserii występujące w seryjnym Fiacie 500. Krótki jak seks szesnastolatka rozstaw osi i maksymalnie cofnięty do środka silnik niweluje tak typowy dla mocnych przednionapędówek efekt płużenia przodem.

Pomny historycznych sukcesów rajdowych Abartha, zabrałem go na pozbawione kolein i wyrw luźne nawierzchnie, z trudem uprzednio mieszcząc na tylnej kanapie torbę z aparatem. Mimo typowo szosowego ogumienia i umiejętności znacznie poniżej Kubicy, ubawiłem się jak ośmiolatek w Disneylandzie.

W zakrętach, nawet celowo zmieniając obciążenie odpuszczając gaz i dociążając maksymalnie przód, nie byłem w stanie wyprowadzić z równowagi tyłu. Świadczy to o doskonałym wręcz balansie małego Abartha i wysokich rezerwach drzemiących w zawieszeniu. Układ kierowniczy, choć bardziej bezpośredni niż ten w „500-tce”, wciąż nie zasługuje na miano sportowego.

Włosi, jak na prawdziwych estetów przystało, zadbali o odpowiedni „feeling” wewnątrz. Wspaniałe obszyte skórą z czerwonym szwem sportowe kubły, „obcięta” u dołu kierownica, wskaźnik ciśnienia doładowania i kontrolka podpowiadająca, kiedy zmienić bieg na wyższy oraz kilka innych smaczków nie tylko usprawiedliwia wyższą o 30 proc. cenę Abartha w stosunku do cywilnego Fiata 500.

Wszystko to po raz kolejny pokazuje, że tak klimatyczne auta mogą mieć wyłącznie włoskie korzenie, nawet jeśli tak, jak Fiat 500 jest to podwójne, włosko-polskie obywatelstwo. Szkoda, że zabrakło pomysłu na obicie sporej przestrzeni boczków drzwi czymś przyjemniejszym niż twardy jak granit plastik, „zapamiętujący” każde mocniejsze zarysowanie butem czy paznokciem.

Wygląd zewnętrzny to już prawdziwa orgia kontrastów barw i nieco przerysowanego w formie pakietu optycznego. Dla mężczyzn, przepraszam, chłopców z mizernym owłosieniem w okolicach intymnych Abarth przewidział szereg naklejek z logo skorpiona, widocznych nawet z przelatującego wysoko samolotu. Ale nawet to nie tłumaczy ich absurdalnie wysokiej ceny.

No właśnie, przejdźmy do kosztów. Biorąc pod uwagę, jak słono zapłacić trzeba za „wszystkomającego” Fiata 500 i ile BMW żąda za wypasionego MINI Coopera, cena Abartha przynajmniej na pierwszy rzut oka wygląda okazyjnie. Przecież to tylko 65 990 złotych. Ale dla prawdziwych pasjonatów to dopiero początek wydatków.

Pakiet „esseesse”, zawierający między innymi sportowy układ hamulcowy Brembo i zwiększający moc do 160 KM, kosztuje niemal dziesięć tysięcy złotych i w tej cenie nie jest zawarty montaż i koszty robocizny. Zapewne są one niemałe, skoro na stronie Abarth odsyła zainteresowanych do jednego z trzech dilerów wytypowanych do sprzedaży marki w Polsce. Perłowy biały lakier, kalkomanie na drzwiach i wyścigowa kratka na dachu też nie są zawarte w cenie, podobnie jak skórzana tapicerka, piękne 17-calowe koła czy system Blue&Me.

Mimo to żaden samochód za te pieniądze nie prezentuje się na ulicy lepiej, mało który budzi tak pozytywne reakcje, a każdy przejechany kilometr nie uzależnia w takim stopniu, jak za kierownicą Abartha 500. Dlatego w atmosferze aplauzu otrzymuje komplet gwiazdek.

Dyskusja

komentarzy