Migiem o

Audi Q5 – Nowe Audi w Nowej Zelandii

Naprawdę spory odrzutowiec pasażerski Airbus A380-800 zabiera na pokład prawie 500 osób i w ciągu 18 godzin jest w stanie pokonać dystans ponad 15 000 kilometrów bez lądowania. To doprawdy imponujące!

Do czasu gdy nie zdamy sobie sprawy z istnienia Boeinga 777-200ER, który ma „tylko” trzysta miejsc siedzących, ale jego zasięg przekracza 17 000 kilometrów. Wystarczający do odbycia lotu non-stop między dwoma dowolnymi lotniskami na kuli ziemskiej w podobnym czasie.

Najdłuższy dystans lotniczy wynosi obecnie 21 000 km. Tyle dzieli Hongkong od Londynu. Lecąc w kierunku wschodnim (trasa na zachód jest dwukrotnie krótsza), pokonanie tej trasy zajmie prawie 23 godziny. Dokładnie tyle trwało przebycie 20 000 km między stolicami Polski i Nowej Zelandii, gdzie z grupą innych dziennikarzy z Polski poleciałem, by przejechać się nowym Audi Q5.

Precyzyjniej rzecz ujmując, w tydzień przejechać Północną Wyspę, która wraz z Południową o mniej więcej tej samej wielkości tworzy (k)raj na krańcu Świata. Dodam jeszcze, że powierzchnia obu wysp odpowiada obszarowi całej Wielkiej Brytanii. Głównie z tego powodu cel naszej przejażdżki ogranicza się do bliższego poznania południowej części kraju.

Startujemy z Auckland. Prześlicznie położonym mieście nad malowniczą zatoką u brzegów Pacyfiku. Tu mieszka jedna trzecia populacji KIWI’S, jak sami siebie nazywają obywateli Nowej Zelandii liczącej nieco ponad cztery miliony mieszkańców. Auckland nie przypomina hałaśliwej półtoramilionowej metropolii i drastycznie różni się od tej, z której rozpocząłem zamorską podróż. Jest bowiem czarującym nadpacyficznym miastem z czadowymi stromymi ulicami rodem z San Francisco. Tłoczny port handlowy wraz z gigantycznym terminalem pasażerskim zajmują niewiele mniejszy obszar od centrum, co doskonale widać z wieży telewizyjnej.

Szczególnie, jeśli wyjdziesz na taras widokowy i zataczając kółeczko, przyjrzysz się panoramie miasta z wysokości ponad 200 metrów. Dobrze, gdy przedtem przekonasz swój strach do tego, że nigdy nie istniał i w ogóle się nie znacie! Myślę, że wiara nie tylko w zdolności negocjacyjne przyda się na górze. Wspomniany taras jest wszak platformą o szerokości 90 cm przytwierdzoną do wieży solidnymi dźwigarami. Ciebie zaś z wieżą łączy lina, o solidności której zapewniał przewodnik. Jego obecność, lina i pomarańczowy kombinezon inspirowany modą więźniów z Guantanamo są niezbędne podczas półgodzinnego spacerku. Powodem nie są dziurkowane profile platformy widokowej, lecz fakt braku wyposażenia jej w jakichkolwiek barierki zabezpieczające.

Ściskający gardło „Sky Walking”, czy Marina z niezliczonymi klubami sprzyjającymi moczeniu go w alkoholu nie są jedynymi miejscami odpowiadającymi za niepowtarzalny klimat Auckland. Miasta, w którym najchętniej spędziłbym cały tydzień!

Zapewne wielu mając za sobą 24-godzinny lotu z przerwą na nocleg w Dubaju, całonocnym POM* tamże i kartą do pokoju w najdroższym hotelu w Nowej Zelandii, udałaby się na spoczynek. Tak też uczyniło 99 proc. uczestników wyprawy. Magia Auckland oraz jego nocnych Marków, Jimów, Jennifer, Kate i całej reszty, których imion nie pamiętam, nie dała mi szansy na sen. Co gorsza, nigdzie nie udało mi się znaleźć fontanny, w której zamierzałem utopić monetę w nadziei szybkiego powrotu. Nic dziwnego, że rankiem zrezygnowany i już na serio zmęczony przeoczyłem paszport leżący we wnęce ściennej, którą perfidnie zakrywał monstrualny ekran telewizora.

Przypomniałem sobie o tym dopiero w Wellington na dzień przed odlotem do Polski. Opiekunowie, którym niepotrzebnie zafundowałem stres, moją pewność podzielili dopiero po informacji z recepcji Hiltona w Auckland o posiadaniu paszportu z moim nazwiskiem. Fakt, że zgodnie z planem właśnie tam zmierzaliśmy spędzić ostatnią noc w Nowej Zelandii, zgodnie uznaliśmy za cudowny zbieg okoliczności. Dla mnie był raczej koronny dowód na magiczną siłę przyciągania tego wspaniałego miasta, o czym wolałem jednak nie wspominać, sami rozumiecie.

Dla rozluźnienia cofnijmy się o siedem dni, pamiętając, że choć nastroje i temperatury są typowo wakacyjne, nie można zapominać, że jesteśmy tu służbowo. Zatem zgodnie ze scenariuszem (nie tylko tym z filmu „Rejs”) udajemy się „służbowo na statek”, rolę którego w zastępstwie pełni luksusowy żaglowiec. Tym samym typową dla konferencji prasowych nudę ożywi morska bryza i lampka schłodzonego, przedniego Proseco prosto z tutejszych winnic.

Skoro jesteśmy przy winie nietaktem byłoby nie wspomnieć, że poza tym musującym, cechą wspólną każdej butelki wina pochodzącego tudzież konfekcjonowanego w Nowej Zelandii jest obecność metalowej zakrętki w miejsce tradycyjnie stosowanego korka. Dlatego nie tylko tym hołdującym narodowej tradycji spożywania „dobrych i tanich win” przestrzegam przed faux-pas, jakim jest szukanie otwieracza po otrzymaniu butelki nowozelandzkiego wina.

Brak korka oraz żywych ptaków Kiwi ubranych w ludowe stroje witających śpiewem turystów na lotnisku to nie jedyne zaskoczenie dla przybysza z Polski. Największy wywołują tutejsze ceny. Zaręczam, że nie tylko te odpowiadające standardom, ambicjom i obecnej pozycji marki Audi w segmencie premium są wyjątkowo słone.

Dotyczy to również samochodów. Na szczęście Nową Zelandię przemierzać będziemy fabrycznie nowymi autami pochodzącymi z zasobów tutejszego parku prasowego. Na co dzień współpracującego z 35 tutejszymi dziennikarzami motoryzacyjnymi.

Nasze białe Q5 ma trzylitrowy silnik V6 TDI, seryjny napęd Quattro, skrzynię S-Tronic, pełen pakiet S Line, skórzane obicia siedzeń i… chyba tyle. Koszt tak wyposażonego auta nieznacznie przekracza granicę 115 000 nowozelandzkich dolarów. Jeden tutejszy to jakieś 0,8 amerykańskiego lub dla ułatwienia trzy polskie złote.

Litr benzyny jest minimalnie tańszy niż w Polsce, wystawna kolacja bez wina to przynajmniej 150 dolarów. Podobnie zapłacimy za dwuosobowy pokój w przyzwoitym hotelu. Pięciogwiazdkowe luksusy z telewizorami zasłaniającymi paszport mogą Was kosztować nawet 500 dolarów za noc.

Niewiele daje obniżenie standardów. Większość cen wciąż pozostaje na dość wysokim poziomie. Zestaw w McDonald kosztuje około 15 dolarów, duża kanapka domowej roboty 8-10, kawa w przydrożnym barze od 3 dolarów. Za duże piwo w pubie zapłacimy 10, a za long drinka w nocnym klubie przynajmniej 16. Tyle samo kosztuje paczka papierosów lub przejechanie dosłownie kilku przecznic taksówką.

Na szczęście za to, co najpiękniejsze i najcenniejsze, KIWI’S nie pobierają od nas żadnych opłat. Bez problemu znajdziesz co najmniej kilku chętnych „native speakers” gotowych udzielić lekcji angielskiego. Może inaczej brzmiącego niż na zajęciach w Empiku, ale umożliwiającemu obu stronom miłą i szczerą pogawędkę. Kończąc pamiętaj, aby zastąpić idiotyczne good bye swojskim cheers! lub cheers mate!

KIWI to naród mający spory dystans do siebie, otwarty na nowe znajomości, ciekawy świata, naszych opinii o nowym Audi Q5 i wielkości jego (całkiem przepastnego) bagażnika. Przykład – krótki postój na papierosa. Na ławce siedzi młoda para, na parkingu stoi czarna Fiesta i ogromna lśniąca chromem wymuskana amerykańska ciężarówka z naczepą. W Polsce na pytanie: „Kto przyjechał Fiestą?” albo nie otrzymasz odpowiedzi, albo zostaniesz pobity. Większość KIWI?S ma spore poczucie humoru lub w najgorszym razie jeszcze większy zapas tolerancji, dlatego poza ciętą ripostą przygotuj się na pogawędkę. Jej długość w dużym stopniu zależy od tego, ile o sobie powiesz. Wykonywany zawód, cel pobytu, środek transportu, narodowe zwyczaje czy uroda kobiet nie są najlepszym tematem dla osób małomównych.

Jak wkurzyć KIWI za kierownicą? Jadąc dłużej niż kilkanaście sekund dwupasmową drogą, będąc zajętym rozmową lub robiąc zdjęcia kolegom jadącym innym Audi Q5. Prawie zawsze winnego spowodowania zatoru czeka mniej lub bardziej ostra reprymenda i towarzyszące jej klaksony.

Poza Auckland i Wellington – miastem pełniącym rolę stolicy Nowej Zelandii mijamy na trasie sporo mniejszych skupisk ludzkich wyjętych żywcem z amerykańskich filmów drogi. Szpetne miasteczka z obskurnymi domami, liczące kilkaset a często kilkadziesiąt mieszkańców, gdzie rytm dnia wyznacza przejeżdżający tamtędy dwa razy dziennie pociąg.

Kontrastem są luksusowe kurorty nadmorskie leżące wzdłuż półwyspu znanego również jako Northland z szerokimi plażami, nocnymi klubami i okazałymi rezydencjami położonymi nad samym brzegiem Pacyfiku. Takie jest Bay of Islands na północy, czy Bay of Plenty (Zatoka Obfitości) z szeregiem uroczych miasteczek rozlokowanych na malowniczym wschodnim wybrzeżu. Krajobraz interioru wyspy tworzą rozległe mało malownicze wyżyny i hektary zielonych pastwisk u ich podnóży, ale nie tylko.

Tę część kraju cechuje niezwykła aktywność sejsmiczna. Czynne wulkany leżące w centrum Parku Narodowego Tongariro są nie lada gratką dla miłośników tryskających gejzerów i źródeł geotermicznych. Punktem obowiązkowym jest wycieczka na White Island. Niezamieszkałą wyspę leżącą 48 kilometrów od lądu. Ekstremalnie niegościnne człowiekowi miejsce przesiąknięte zapachem siarki, przy którym nawet przeklęta Iwo Jima jest jak Hawaje.

Mieliśmy maski tlenowe, odpowiednie obuwie do spaceru po toksycznym gorącym podłożu z miejscami rozgrzanymi do czerwoności lawą i zapas cukierków niwelujących podły smak w ustach. Wolno było palić papierosy, a nad głowami słychać było latające i lądujące śmigłowce z kolejnymi ekipami sejsmologów. Mimo to, jeśli spytacie mnie o to, co najbardziej nie podobało mi się w Nowej Zelandii i co wywarło największe wrażenie, odpowiem White Island.

Zastanawiając się czy dla krakowskiego Smoka przymusowa przeprowadzka z Wawelu na Wawer, byłaby równie okrutna jak krajobraz tej paskudnej wulkanicznej wyspy, wpadłem na genialny pomysł, który rozwiązałby problem z pedofilami. Zamiast poddawać kastracji lub pozbawiać wolności, wszystkich wysyłać na White Island! Czyż nie wystarczająco humanitarny, skuteczny i tani sposób?

W miarę jak odpływaliśmy mrok czyśćca zastąpił błękit nieba i lazurowy bezmiar oceanu. Wkrótce do otaczających sił natury dołączyło jej piękno w najczystszej formie, przybierając postać stada delfinów zbliżających się do łodzi od lewej burty. Zahipnotyzowani obserwowaliśmy ogromne ssaki skaczące wysoko nad falami w odległości zaledwie kilku metrów od nas, umożliwiając w pełni docenić perfekcyjną synchronizację cudownego spektaklu.

Program wyprawy jest niezwykle napięty i urozmaicony. Pokonując dystanse między jego kolejnymi punktami, mamy trochę czasu, by podzielić się wrażeniami, odpocząć bądź zrelaksować się za kierownicą. Ale zasada numer jeden to „Nie spać – zwiedzać!”

Pracująca nieustannie klimatyzacja, z rzadka gaszony silnik i dość ospały tradycyjny automat nie są w stanie zmusić zaawansowanej trzylitrowej jednostki V6 TDI do zwiększenia apetytu ponad ustalone normy. Zmieniając się za kółkiem, „obowiązkowo” resetowaliśmy komputer pokładowy, chcąc pobić najlepszy dotychczasowy wynik. Jadąc większość czasu w kolumnie, z rzadka przekraczając tempo 110 km/h, najniższe zawsze rozpoczynała liczba siedem.

Na pustych i krętych odcinkach górskich dla bezpieczeństwa zostawialiśmy spore odstępy między sobą. Będąc kierowcą, taką okazję wykorzystywałem do próby wyczucia różnic dzielących Audi Q5 na tamtejszy rynek od modeli na rynek europejski. Traktując „zerojedynkowo” gaz oraz hamulec i korzystając maksymalnie z trzech pierwszych biegów skrzyni w trybie Sport, ku mojemu zaskoczeniu, okazało się, że takowych brak!

Audi Q5 z pakietem S Line napędem Quattro i 20-calowymi kołami ma tak jak „u nas” mocno przesunięte granice przyczepności i trakcji na luźnych nawierzchniach. Układ ESP nie rozróżnia kolorów flag czy języków, polegając na analizie danych o prędkości obrotowych kół i stopniu wychyleniach nadwozia. Słowem w Nowej Zelandii czy w Nowym Tomyślu, Audi Q5 ma wysoki komfort jazdy, masę i prestiż.

Jadąc w konwoju, nie ma czasu na indywidualny tok zwiedzania. Dlatego warto czasem „zabłądzić” i choć na chwilę zjechać z trasy, by monotonię wolno przesuwającego się krajobrazu wzdłuż prostych jak drut głównych dróg krajowych, zastąpiły doskonale utrzymane drogi górskie lub takie, jak odcinek tej zapomnianej autostrady numer 43, przebiegający przez podmokłe tereny z florą żywcem przeniesioną z amazońskiej dżungli.

Wszechobecny luz i życie na zwolnionych obrotach widać na każdym kroku. Podobnie jak serdeczne nastawienie stróżów prawa pytanych o moc silników radiowozów i powód braku wśród nich Big Block V8 z Corvetty. Z czasem rosnąca zdolność do aklimatyzowania się na końcu świata osłabia czujność, co w połączeniu z bezkresnym horyzontem daje kierowcy złudne poczucie nieskrępowanej wolności.

Wzdłuż każdej głównej drogi ustawione co kilka kilometrów wielkie tablice przypominają o limicie maksymalnej dopuszczalnej prędkości 100 km/h (w terenie niezabudowanym) i 50 km/h (w mieście). Na przemian z nimi stoją banery ostrzegające śmiałków o całkowitym braku pobłażania wobec łamiących prawo.

Pokonując dziennie kilkaset kilometrów, kolumna pięciu obklejonych Audi Q5 wielokrotnie mijała radiowozy zaopatrzone w zestaw trzech niezależnych kamer mierzących prędkość wiązką lasera. Zapewne nie raz auto otwierające szyk jechało kilka kilometrów szybciej, niż powinno. Fakt, że żaden z policyjnych Holdenów nigdy nie wszczął pościgu, poszerzył margines na granicę „błędu statystycznego” ze 105 do 115, a w „razie uzasadnionej wyższej konieczności” 120 km/h.

Naginanie prawa zemściło się, kiedy w miejscu dozwolonym wyprzedzałem ciężarówkę. Widząc kolejną jadącą przed nią, w zasadzie były to dwie ciężarówki. Mijając się z nadjeżdżającym Holdenem jego trzy kamery kolejno zmierzyły i przeliczyły moją prędkość, uśredniając wynik na 124 km/h. Jednocześnie informując o tym prowadzącego pojazd funkcjonariusza. Jedynym jego odruchem jest zmiana kierunku jazdy o 180 stopni w celu dogonienia, zatrzymania i ukarania kierowcy białego Audi Q5 łamiącego prawo.

Od momentu pomiaru do wydrukowania mandatu minęło może 10 minut. Tym razem służbowe spotkanie z Policją nie było miłą pogawędką. Tematem przewodnim było hasło doskonale mi znane z przydrożnych bilboardów: NO EXCUSES FOR SPEEDING, w wolnym tłumaczeniu oznaczające ZERO TOLERANCJI.

Po przeliczeniu na dolary wyszło dokładnie 170 plus 35 punktów karnych. Podobnie jak w Polsce są one ważne przez rok, po czym automatycznie się kasują, a roczny ich limit wynosi sto. By za jednym zamachem zgromadzić komplet wystarczy jechać z prędkością 161 km/h poza miastem, lub osiągnąć 101 km/h w mieście. Wtedy poza 600 lub 800 dolarami grzywny, zabierane jest prawo jazdy na 28 dni.

Będąc złapanym, jadąc o 120 km/h szybciej niż dozwolony limit, dokument tracimy bezpowrotnie, wpadamy w dożywotnie długi, tracimy pracę i najbliższy rok spędzamy za kratkami. Czas płynie tu wolniej. Na tyle, by w końcu zmierzyć się z „Władcą Pierścieni” i dowiedzieć, jak karmić Hobbita.

Alternatywnie proponuję ćwiczenie tutejszego akcentu, a nieczułym na ból fanom sportu, zapisanie się do sekcji Rugby. Biorąc pod uwagę, że na razie Airbusy 380-800 nie obsługują połączeń czarterowych z Modlina, a każde tutejsze więzienie znajduje się na końcu świata, raczej nie ma co liczyć na odwiedziny i paczki od Mamusi.

Cheers!

* – Powolny Objazd Miasta