Migiem o

Mercedes S350 BlueTEC L Edition1-Wielki Wóz

Poza fanami rozkochanymi w ciałach niebieskich, tytułowe pojęcie kojarzą nawet laicy bujający w chmurach na znacznie niższym pułapie. Stamtąd wciąż bardzo daleko do siedmiu najjaśniejszych gwiazd Wielkiej Niedźwiedzicy. Mniej więcej taki dystans z reguły dzieli zwykły samochód od wielkiego wozu marki z gwiazdą w logo, szerzej znanego jako Mercedes Klasy S.

Po bliższym poznaniu najnowszego wcielenia „eski” muszę stwierdzić, że w zgodzie z tradycją Mercedes odpowiednio zwiększył dystans do całej reszty. Dodam, że ów fakt troszkę mnie uspokoił. Nie z powodu bolesnego ciosu, jakim dla Mercedesa niewątpliwie były niedawne statystyki wskazujące na gwałtownie malejącą sprzedaż modeli Klasy S poprzedniej generacji.

Nie przemawia do mnie oszczędny w wyrazie i formie język designu, widoczny w klasycznych kształtach niemieckich limuzyn klasy biznes. Nie jestem także fanem „hurra-ascetyzmu”, szeroko lansowanego trendu, mającego na celu wyeliminowanie wszystkich przycisków oraz przełączników w kabinie i zastąpienie ich jednym pokrętłem szumnie zwanym „selektorem multimediów obsługującym interface pojazdu”.

Kłopotliwa sytuacja, w jakiej po zaprezentowaniu najnowszej Klasy S znalazła się dwójka najpoważniejszych niemieckich konkurentów, cieszy mnie z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że ogromny wkład, jaki Mercedes włożył w to, by nikt nawet przez chwilę nie pomyślał, że nowa S Klasa niczym się nie różni od poprzedniej, z pewnością zostanie odpowiednio doceniony przez jej szerokie grono przyszłych użytkowników. I pewien jestem, że w równym stopniu dotyczyć to będzie tak kierowców jak i pasażerów tej luksusowej limuzyny. Po wtóre, misja stworzenia samochodu „innego niż wszystkie”, która szczególnie w obecnych realiach wielu wydawała się niemożliwa, zakończyła się sukcesem.

Wszystkim przybyłym, aby odpowiednio go celebrować i pozostałym, którzy wciąż nie rozumieją, dlaczego szampana otwieramy pół roku przed Sylwestrem, uprzejmie wyjaśniam.

Już samo zajęcie miejsc na którymkolwiek z czterech indywidualnych foteli nowej Klasy S jest jednym z najbardziej relaksujących doświadczeń w obecnym świecie motoryzacji! Gorąco namawiam do wypicia kolejnego kieliszka nie po to, by stępione alkoholem zmysły umożliwiły bardziej intensywne doznania.

Nawet wysoce euforyczne stany umysłu, ujawniające się po spożyciu 750 ml schłodzonego Moet Chandon, nie mogą równać się z błogim luksusem, jakiemu z rozkoszą poddamy nasze plecy, ramiona, głowę, kark czy dłonie wtulone w miękką, aromatyczną, perforowaną naturalną skórę pokrywającą w całości obszerne siedziska i oparcia foteli Klasy S.

W standardowej „krótkiej” odmianie tego pięciometrowego kolosa do wyboru mamy trzy konfiguracje siedzeń tylnego przedziału pasażerskiego. Wersja z przedłużonym rozstawem osi oferuje ich aż pięć. Tę w prezentowanym modelu z limitowanej serii Edition 1 uzupełniono jedynie o elektryczną regulację ich ustawień z pamięcią położenia tylnej kanapy oraz pakiet First Class. Łączny ich koszt wyniósł niecałe 15 tysięcy, co przy cenie samego auta, wynoszącej 638 138 złotych, stanowi raptem jakieś 2,5 proc. tej kwoty.

Liczba możliwych ustawień foteli jest tak ogromna, że część najważniejszych i najczęściej używanych funkcji słusznie przeniesiono na boki drzwi w bardziej dostępne. Dzięki temu chcąc obniżyć zagłówek, wysunąć do przodu siedzisko jednocześnie korzystając z rekordowego w segmencie kąta odchylenia oparć, czy wreszcie schłodzić lub podgrzać fotel, nie musimy za każdym razem wyjmować pilota, aby na jednym z dwóch ekranów multimediów wchodzić w zawiłe menu ustawień pojazdu. Buszując w gąszczu wspaniale animowanych menu i podmenu znajdziemy kilka w całości „poświęconych” fotelom. Wśród nich te aktywujące rodzaj i intensywność pięciu zaprogramowanych masaży, także tych rozgrzewających lub regulujące twardość poszczególnych segmentów wielokonturowych siedzisk.

Równie mocno wciąga mnogość indywidualnego dostrojenia sprzętu audio od Burmester. W tym miejscu warto dodać, że w parze z cudownym wykonaniem obudowy każdego z głośników zestawu nie idzie jakość dźwięku, jaki oferuje. Innymi słowy tańszy Burmester Surround gra dokładnie tak, jak wskazuje wręcz okazyjna cena zestawu, wynosząca niecałe sześć tysięcy złotych. Ten właściwy jest, niestety, aż o 30 tysięcy droższy, ale po przedpremierowej audiencji podczas S Class Tec Days powtórzę raz jeszcze, że wart jest każdych pieniędzy!

Drugie tyle przygotujcie na dopłatę do długiej wersji nowej Klasy S. Gigantyczna ilość miejsca, idyllicznie wygodne fotele, przedzielone „spływającą” do przodu konsolą środkową, nieziemska atmosfera, jaka panuje po rozświetleniu otaczających auto pasów ambientowego oświetlenia w siedmiu kolorach, czy twardy dysk 200 GB to i tak nic w porównaniu z własnymi odczuciami już po pierwszej wizycie w tym gabinecie rozkoszy.

Czas najwyższy na komunikat dla kierowców! Nie wiem czy Was zaskoczę, ale nowa Klasa S pozostała wierna zasadom hołdującym komfort jazdy ponad generowanymi, najczęściej sztucznie po wciśnięciu guzika wrażeniem „sportowego charakteru pracy zawieszenia”.

Dlatego wielkie brawa dla Mercedesa, który zrezygnował z kilkunastu, zasadniczo nie różniących się od siebie trybów pracy podwozia, na przekór konkurencji, która z uwielbieniem wypełnia nimi potężną lukę między programem Comfort a Sport. Nowa S Klasa ma „tylko” te dwa, co jednak w zupełności jej wystarcza i jestem pewien, że spełni wymagania nawet najbardziej wymagających klientów.

I tak bowiem w większości przypadków najpopularniejszym ustawieniem mechanizmów jezdno-napędowych będzie skrzynia biegów 7G Tronic w trybie E jak Efficiency i zawieszenia Airmatic zaprogramowanego na tryb Comfort, pozwalający niemalże unosić się ponad niedoskonałościami nawierzchni.

W krajach, gdzie jej struktura i oznakowanie sieci dróg pozwala na rozkoszowanie się jazdą, nowinka techniczna z gatunku „my mamy, a wy nie”, jaką jest system Magic Body Control (niedostępny w modelu S350), wydaje się zbytkiem. Ale nawet w Polsce, Rosji, Bułgarii czy Rumunii jego zakup nie jest koniecznością. A to ze względu na perfekcyjnie dopracowany komfort tłumienia zawieszenia pneumatycznego Airmatic, będącego fabrycznym wyposażeniem każdej S Klasy. Sądzę, że znacznie bardziej przyda się dodatkowa funkcja, jaką pełni układ, pozwalająca na zdalne unoszenia nadwozia w zakresie kilkunastu centymetrów ponad standardową wysokość.

Do momentu, kiedy wygodny tron z tyłu zamienisz na równie wygodny fotel przedni, pomijając tych kilka mało widocznych przycisków na tylnym panelu klimatyzacji, raczej nie zauważysz jakiegokolwiek elementu czy regulatora zaadaptowanego z wcześniejszego modelu Klasy S.

Może dlatego widząc ogrom zmian, w urządzonym całkowicie na nowo wnętrzu z całkiem inną od dotychczasowej deską rozdzielczą zwieńczoną dwoma wielkimi ekranami centrum dowodzenia, nasz wzrok od razu wychwyci niepasujące do reszty elementy, których być tu nie powinno.

Mam na myśli trzy dźwignie przy kolumnie kierownicy w postaci selektora zmiany biegów i dwóch kolejnych ulokowanych z drugiej strony, obsługujących między innymi kierunkowskazy, wycieraczki, tempomat itd. Po prostu dziwi mnie, że w tak dopracowanym aucie jak nowa „eska”, machnięto na to ręką mówiąc: „Ok. Tę weźmiemy z Klasy A, a te powinniście znaleźć w starym magazynie części do Chryslera i Jeepa. A kluczyk? Jasne! Jest przecież jeszcze sporo tych zwykłych, czarnych, dobrze znanych od lat, a więc nie sprawiających niemiłych niespodzianek, jak te karty w Renault od Boscha, z których na szczęście od razu zrezygnowaliśmy!” To naturalnie plastikowe drobiazgi, które w każdej chwili można zmienić, ale wierzcie, że na pokładzie nowej Klasy S zwyczajnie irytują i drażnią. Tym bardziej, że wszystkie pozostałe elementy obsługi oraz systemy zapewniające najwyższy poziom komfortu i bezpieczeństwa, działają bez zarzutu.

Obraz klasycznych zegarów wyświetlanych kierowcy Mercedesa przez matrycę TFT cechuje o wiele większy realizm niż ma to miejsce w BMW serii 7, Jaguarze XJ lub najnowszej generacji Range Rovera. Ruch wskazówek obrotomierza i prędkościomierza jest zaskakująco płynny i dokładny, także gdy część ich tarcz dyskretnie wypełnia widok z termowizyjnej kamery układu Night Vision.

Wypadałoby choć zdaniem wspomnieć o silniku pod maską Mercedesa. No cóż, poza Mercedesem S350 nie pamiętam auta, w którym ani razu nie podniosłem maski, choćby w celu zrobienia zdjęcia lub dolania płynu. Nie świadczy to bynajmniej o wadach trzylitrowej jednostki wysokoprężnej typu BlueTEC, z najwyższą możliwą klasą czystości spalin Euro VI, osiągającej moc 258 KM. Wręcz przeciwnie! To wymarzony, niesprawiający kłopotów cichy towarzysz dalekich i bliskich podróży. Do pełni szczęścia potrzebuje jedynie siedmiu litrów na przejechanie każdych stu kilometrów. Nic dziwnego, że przynajmniej w Europie właśnie ta odmiana będzie najchętniej wybieraną przez klientów Klasą S.

Zakładając, że byłbym jednym z nich i w jednej chwili przybyło mi 30 lat oraz przynajmniej dwa zera na koncie, wybrałbym drugą z dwóch możliwych na tę chwilę wersji Klasy S wyposażoną w niemal dwukrotnie mocniejszy silnik benzynowy. W odróżnieniu od doskonałego diesla, nie tylko jest w stanie wprawić w ruch ten wielki wóz, ale i skutecznie go napędzać.

Prawda jest taka, że bez względu na to ,którą wersję wybierzecie, jedyne o czym musicie pamiętać, to obowiązujące od teraz równanie gdzie S=L.

Dyskusja

komentarzy