Migiem o

Porsche Macan Turbo-Macan-ka

Anegdota głosi, że pracownicy PR w centrali Porsche, odpowiedzialni stricte za modele Panamera i Cayenne, nazywani są specami od aut ciężarowych. Pomijając fakt, że w każdej anegdocie jest ziarenko prawdy, raczej nie zanosi się, aby w najbliższej przyszłości niemiecka marka wróciła do produkcji ciągników.

Nawet jeśli ze 157 234 sztuk Porsche sprzedanych łącznie w 2013 roku, ponad połowę stanowiły „ciężarówki” Cayenne. Z kolei „półciężarowej” Panamery kupiono niewiele mniej niż legendarnych osobowych i mega sportowych „prawdziwych” Porsche 911, Boxster i Cayman. Dla tak pojmujących paletę modelową marki ze Stuttgartu nie mam niestety dobrych wieści. Wszystko wskazuje bowiem, że w tym roku hitem będzie kolejne „ciężarowe” Porsche. Mniejsze i chyba ładniejsze od Cayenne. Mowa o zupełnie nowym modelu Macan. Porsche, które niczego nie zastępuje, nie stworzono go jako pioniera nowego segmentu, ani po to, by odnaleźć „niszę w niszy”. Nie jest sportową odmianą Audi Q5, z którym dzieli niewielką ilość elementów nośnych, a już na pewno niczym w rodzaju „ciężarówki Cayenne dla ubogich”!

Jest za to przemyślanym w każdym calu niewielkim, przyprawionym na sportowo SUV-em, który rozmiarem idealnie wpisuje się w licznie reprezentowane motoryzacyjne towarzystwo należące do klubu SUV-Premium, którego członkowie, poza jednym ze Szwecji oraz jednym pochodzącym z Wielkiej Brytanii, ma niemieckie paszporty. Może dlatego pochodzenie, a na pewno imię założyciela marki jakie nosi Macan, zobowiązuje do zachowania najwyższych standardów w kwestii wyposażenia, wykonania i rzeczy wciąż dla Porsche elementarnej, czyli doznań w czasie jazdy.

Fakt, że Macan, którego ceny w Polsce startują od 66 572 euro, co wraz z tańszym o kilka tysięcy modelem Boxster czynią go drugim najtańszym Porsche w ofercie, absolutnie nie powinien zniechęcać do jego kupna! Tak jak informacja, że wkrótce na rynkach azjatyckich miejsce Boxstera zajmie najnowsza odmiana Porsche Macan – pierwsze Porsche od czasów modelu 968 z silnikiem czterocylindrowym. Jasne, że „budżetowe” – ale tylko ze względu na pojemność i liczbę cylindrów, a co za tym idzie, również bardziej atrakcyjną cenę.

Wszak od jakiegoś już czasu nie istnieje coś takiego jak „tanie Porsche”. Oczywiście dany model marki w wersji podstawowej może być tańszy (dwu a czasem nawet trzykrotnie) od tego ze szczytu cennika, mieć bogatsze wyposażenie, znacznie lepsze osiągi itd. Natomiast nigdy Macan – nawet ten czterocylindrowy – nie będzie gorzej wykonany, polakierowany lub spasowany od najdroższego odpowiednika! To jedna z żelaznych reguł w Porsche i tylko jeden z kilkunastu argumentów wyjaśniających, czemu te auta tyle kosztują, a mimo to większość osób, która miała okazję poznać je bliżej twierdzi, że są absolutnie warte swojej, przyznam słonej ceny.

Nie inaczej jest z Macanem. Bez względu na wersję silnikową dostajemy solidną (jak na „ciężarówkę” przystało) i miłą dla oka (co cieszy tym bardziej nabywcę samochodu użytkowego) bazę w większości zbudowaną z rozmaitych stopów aluminium wzmocnionych stopami stali, upchnięte pomiędzy najnowsze zdobycze techniki, doskonałe zawieszenie, mocne napęd, cudowną skrzynię biegów PDK, napęd na cztery koła i niezłe, choć w standardzie na pewno dalekie od kompletnego, wyposażenie. Naturalnie za dodatkową opłatą możemy tak skonfigurować auto, by z wyjątkowego uczynić je niepowtarzalnym na zewnątrz i w środku. Służą temu obszerne listy fabrycznego wyposażenia dodatkowego, oferta akcesoriów Tequipment, czy program Porsche Exclusive, umożliwiający w elegancki i kreatywny sposób zamianę naszych środków płatniczych w coś bardziej namacalnego.

Może być też tak, że nie lubisz półśrodków, niezliczonej ilości filiżanek pysznej kawy popijanej w klimatyzowanym, gustownie urządzonym pomieszczeniu z wielkim ekranem, pełnym próbek skór we wszystkich kolorach, niezliczonych wzorów aluminiowych felg i kilkunastu odcieni listew ozdobnych z drewna klonu. Jeśli więc nie bardzo interesuje Cię, co do powiedzenia o tym wszystkim ma przystojny facet w szarym garniturze, oślepiająco błyszczących butach i skarpetkach w przedziwnym deseniu, a ponad 90 000 euro, jakie kosztuje topowy Macan Turbo, uważasz za chwilowo wystarczający wydatek, najlepiej od razu zabrać Porsche typu „truck” na „track” – prościej mówiąc: na tor wyścigowy.

Warunki, jakimi dysponuje najmocniejsza odmiana Macana, wydają się być odpowiednie przynajmniej na tyle, by bez wstydu móc powiedzieć, że mniejsza od Cayenne „ciężarówka” marki Porsche wcale nie jest od niego gorsza, czy Broń Boże wolniejsza. I rzeczywiście nie jest!

Na tyle, że nawet gdybyście za kierownicę wsadzili Waszą mamę, skrzynię zostawili w najzwyklejszym, automatycznym trybie „D”, a seryjne w wersji Turbo zawieszenie pneumatyczne w najbardziej komfortowy z programów tłumienia, najdalej po jednym okrążeniu usłyszelibyście z jej ust miarodajny werdykt. Jego początek i koniec składałby się z niecenzuralnych słów pod adresem kogoś, kto zmyślił historię z „ciężarowymi” Porsche, zaś właściwa recenzja byłaby szerokim strumieniem gęstego nugatu pochwał i komplementów pod adresem silnika, układu kierowniczego, przyspieszenia, hamulców i luksusowej atmosfery panującej we wnętrzu Macana.

Gdybyście, w co wątpię, nie ufali własnej matce i sami chcieli sprawdzić, czy rzeczywiście Macan nie jest tylko podrasowaną wersją „ciężarówki” Audi Q5 ze znaczkiem Porsche, śmiało – próbujcie, powodzenia!

O ile Macan S ma wszystko, co potrzeba by przekonać się, że auto tych rozmiarów, masie i nadwoziem z tak niekorzystnie umieszczonym środkiem ciężkości wydaje się znacznie szybsze niż przypuszczaliście, Macan Turbo potrafi być jeszcze szybszy w zakrętach, gdzie nie wyczujesz cienia podsterowności, a lekkie ujęcie gazu na wejściu wyzwoli dodatkowe zapasy przyczepności, pozwalając nabrać idealny rozbieg przed kolejnym łukiem.

Niewątpliwym atutem jest ścieżka dźwiękowa 3,6-litrowego V6 i dwóch turbosprężarek łapczywie zasysających powietrze, nieprawdopodobnie wydajny układ hamulcowy i finezyjne czucie na niewielkiej kierownicy, żywcem przejętej z Porsche 918. To również mogłoby wskazywać, że autorem przytoczonej na wstępie anegdoty jest jakiś kretyn, który nie tylko nie pojeździł, ale nawet nie pomacał Macana!

Dyskusja

komentarzy