Migiem o

Seat Leon SC 1.4 TSI Style-Seat and drive!

Prawda, że brzmi znacznie przyjemniej niż ‚Enjoyneering’? Słowa stworzonego wyłącznie na potrzeby Seata, który postanowił, że tak brzmieć będzie jego nowe hasło reklamowe. Poszli na łatwiznę? Przyznam, że zabawa w copywritera, wymyślenie oraz forma ostatecznej wersji zajęła mi trochę czasu. Ale z całą pewnością trwało to zdecydowanie krócej niż 19 lat!

Tyle czasu potrzebował Seat na zbudowanie trzydrzwiowej odmiany Leona. Spytacie: Czemu aż tyle? Odpowiedź jest banalnie prosta.

Na długo przed debiutem pierwszej generacji Seata Leona w 1999 roku, Volkswagen będący od jakiegoś czasu właścicielem hiszpańskiej marki ustalił, że będzie to pięciodrzwiowy hatchback z dynamiczną linią nadwozia i sportowym zacięciem. Auto pomyślane jako tańsza i mniej nudna alternatywa dla Golfa Mk IV powstało na płycie podłogowej wspólnej z Golfem, Audi A3 itd. i z wykorzystaniem całego potencjału zaawansowanych rozwiązań technologicznych koncernu VW.

Seat Leon Mk I w najmocniejszej odmianie o nazwie Cupra R miał niewielki, turbodoładowany silnik 1.8 T, który generował niebagatelną moc 224 koni mechanicznych, co sprawiło, że znajdował się poza zasięgiem rażenia jakiejkolwiek Skody Octavii. Dogonić wściekłego Hiszpana mogło tylko 225-konne Audi S3, a wyprzedzić jedynie Golf R32 i to dopiero w 2003 roku, na trzy lata przed zakończeniem produkcji Leona.

Druga odsłona Leona była naturalnie jeszcze szybsza. Szczególnie w limitowanej do 100 sztuk wersji Cupra 310 Edition przygotowanej wspólnie z tunerem ABT, oferowanej w dwóch kolorach i to wyłącznie w Holandii. Jednak to nie moc czy osiągi były głównym powodem tego, że Leon Mk II mógł jedynie marzyć o pozbyciu się jednej pary drzwi.

Co gorsza, winowajcą który przypieczętował jego los i w wyjątkowo wyszukany sposób pozbawił Leona resztek złudzeń, był jego rodakiem! Nazywa się Walter da Silva, a jego artystyczne fanaberie w postaci klamek tylnych drzwi perfidnie ukrytych w słupkach w znacznej mierze przyczyniły się do niewybrednych żartów i upokorzeń, jakich wielokrotnie doświadczać musiał Leon ze strony Astry GTC, Golfa GTI, a nawet Hyundaia Coupe!

Tuż pod koniec cierpień trwających długie dziewiętnaście lat, ktoś w Wolfsburgu zorientował się, że w końcu fajnie byłoby, gdyby ten Seat postrzegany jako sportowa marka miał w swojej ofercie coś więcej niż naklejkę Audi Brand i trzydrzwiową Ibizę SC.

Zarząd koncernu wysłuchał inicjatywy pracownika i po zapoznaniu się z faktycznym stanem rzeczy surowo zakazał naklejania w widocznych miejscach na jakiegokolwiek Seata czegokolwiek z logo Audi. Do dziś nie wiemy, czy spalenie zapasów magazynowych rzeczonych wlepek, które nastąpiło wkrótce potem, w ogóle doszłoby do skutku, gdyby nie silny lobbing Skody.

Bez względu na to jak było, prawda jest taka że w gamie Skody próżno szukać modelu typu Coupe, natomiast oferta Seata powiększyła się do dwóch modeli z „SC” w nazwie sugerującą jakoby Leon jak Ibiza z jedną parą drzwi jest nie tylko „Coupe” ale nawet „SportCoupe”.

Z drugiej strony nie jestem do końca pewien, czy ten całkiem nieźle brzmiący argument padający z ust sprzedawcy Seata, przekona grupę tych, których już dawno przekonał Volkswagen i jeszcze liczniejszą grupę jego oponentów mających tysiące kontrargumentów, których wspólna nazwa brzmi: Skoda.

Dostępny od niedawna w Polsce pięciodrzwiowy Leon hatchback, wraz z debiutującą w salonach odmianą Coupe SC i czekającym w boksach startowych kombi ST, są ponoć ostatnią szansą, jaką kiepsko rokującej na przyszłość hiszpańskiej marce dał Volkswagen. Koncern, który paradoksalnie uprzednio zapomniał lub nie chciał pamiętać o posiadaniu jej w swoim bogatym portfolio. Trochę w ramach przeprosin, jako prezent i w geście dobrej woli dorzucając efektowne światła korzystające w pełni z diod LED.

Ale to wcale nie jedyny element stylistyczny, dzięki któremu wracają wspomnienia dobrych czasów, kiedy Seaty z naklejką Audi kojarzono z prestiżem marki Premium. Mając w pamięci haniebną „noc płonących naklejek”, styliści Seata przechytrzyli potężnego VWujka. Kreśląc nadwozie Leona tak, by jego sylwetka miała wystarczająco dużą dawkę indywidualizmu i zdecydowanie odróżniała go od Golfa Mk VII, zdecydowali się delikatnie zmniejszyć rozstaw osi i wysokość Leona SC.

W tym celu, inaczej niż w odmianie pięciodrzwiowej, poprowadzono linię dachu, która tu opada pod wyraźnie węższym kątem już w połowie długości dachu. Nie ma to większego wpływu na ograniczenie miejsca nad głowami jadących z tyłu. A przynajmniej nie w takim stopniu, jak skrócenie rozstawu osi Leona SC. Dodali tez kilka miłych dla oka sportowych akcentów w postaci dwóch wyraźnych przetłoczeń z boku czy wąskich kloszy lamp tylnych, w których od wersji Style seryjnie umieszcza się cieniutkie światłowody.

Całość wygląda całkiem smacznie i najczęściej bywa mylona z… Audi A3. Z pewnością nie jest to niezamierzony efekt projektantów Seata, którzy w ten sposób zabezpieczyli się przed zmiennymi humorami Volkswagena, który nie będzie przecież deformował każdego Leona SC tak, by nie przypominał Audi, prawda?

Testowany egzemplarz jasno i wyraźnie pokazuje, że w białym nie jest Leonowi SC specjalnie do twarzy. Nawet jeśli będzie nim wymagający dopłaty 2370 złotych lakier o nazwie Nevada White. Warto również pomyśleć o kołach większych od „16-tek” oferowanych standardowo w specyfikacji Style. Ta jedna z czterech linii wyposażeniowych Leona wydaje się optymalnym wyborem, przynajmniej z trzech zasadniczych powodów. Pierwszym jest jej bogate wyposażenie seryjne, zarówno w porównaniu do dwóch tańszych odmian Entry i Reference jak i nawet – UWAGA na tle trzydrzwiowego Golfa Comfortline 1.4 TSI. Volkswagen nie ma tak szpanerskich lamp LED jak Leon, automatycznej klimy i multimedialnego centrum z ekranem dotykowym w standardzie, a wyjściowo jest minimalnie droższy od Seata. Z drugiej strony przewaga Leona maleje wraz z kolejnymi rozdziałami bogatego menu opcji, jakie oferuje do Golfa VW. Do tego często tańszych niż te w Seacie lub oferowanych do najdroższych wersji Leona SC.

Tylko wersja FR w serii oferuje fotele z podpórką lędźwi czy sportowe zawieszenie, a w koniunkcji z dwoma najmocniejszymi silnikami także system z czterema zdefiniowanymi profilami jazdy różniącymi się reakcjami silnika na gaz i jego brzmieniem.

Nie brakuje też absurdów. Dopłata prawie 700 złotych za łopatki przy kierownicy w modelach ze skrzynią DSG w najdroższej odmianie Leona SC to jeszcze nic w porównaniu z faktem, że trzy modele w specyfikacji Style i skrzynią DSG nie mogą mieć ich wcale! Kolejnymi, które dość szybko zaczęły mnie irytować, były światła pozbawione funkcji Auto, złącze Media-in bez jakichkolwiek standardowych kabli podłączeniowych, dość infantylna grafika ekranowego interfejsu multimediów, obsługę którego niepotrzebnie komplikuje brak osobnego pola lub klawisza funkcyjnego cofającego uprzedni wybór.

Nie rozumiem również, czemu skoro już nie mam ochoty wydać 87 lub 127 złotych za akcesoryjne kable Mitsumi i chcę posłuchać zwykłej płyty CD, każda zmiana krążka wymaga od kierowcy schylenia się, otwarcia schowka i włożenia kolejnego do pudełka, które TYLKO wyglądem przypomina zmieniarkę CD i jednorazowo pomieści tylko jedną płytę. Nie wiem też, co miał na myśli autor schowków w drzwiach mieszczących coś, czym na pewno nie jest puszka Coli, półlitrowa butelka napoju lub duży RedBull. Co jeszcze? Niezbyt przyjemna w dotyku kierownica.

I co, było ostro lub parafrazując tytuł zamiast „Seat&Drive”, „Seat Down Please”? Zadowolonych hejterów i kipiących z dumy posiadaczy Golfa siódmej generacji zmuszony jestem poinformować, że cała reszta Leona SC 1.4 TSI jest dalece więcej niż zadowalająca!

W rzadko którym kompakcie, włączając w to Audi A3, fotel kierowcy (od wersji Style również pasażera) można opuścić tak nisko jak w Leonie SC. Wystarczy jeszcze wyregulować niewielką, szorstką kierownicę, której wieniec, przynajmniej dla mnie, nie jest wcale za cienki, zapiać pasy i ruszać.

Kilka miesięcy temu, po bliższym poznaniu Golfa z identycznym silnikiem i skrzynią biegów, uznałem za najlepszego Volkswagena, jakim jeździłem w tym roku. Nadal tak uważam dodając tylko tyle, że Leon SC robi to nawet ciut lepiej!

Powinniście koniecznie przejechać się czymkolwiek podobnych rozmiarów z tym silnikiem produkcji Volkswagena choćby po to, by upewnić się że kompletnie nie zwariowałem. Zupełnie nowa w koncernie benzynowa jednostka z doładowaniem ma jedną zasadniczą zaletę – brak jej wad! Cóż za kultura pracy, jaka imponująca elastyczność i niebywała efektywność skutecznie poparta wskazaniami prędkościomierza i wynikami średniego zużycia podawanymi przez komputer pokładowy. Przedział użytecznych obrotów, gdzie do dyspozycji mamy 250 Nm maksymalnego momentu, wynosi tu 1500-3500 obr./min., co niemal pokrywa się z wartościami 1250-5000 obr./min/ opisującymi mocniejszą o 40 KM jednostkę 1.8 TSI.

Skumulowanie pełni rezerw silnika pod prawą nogą wymaga częstszego sięgania do lewarka skrzyni biegów. W Seacie, podobnie zresztą jak w Golfie, jest to czystą przyjemnością, wynikającą zarówno z odpowiednio dobranych długości poszczególnych przełożeń jak i precyzyjnej pracy mechanizmu. Ten w Leonie z krótkim drążkiem i skróconym skokiem pomiędzy kolejnymi biegami jest kolejnym czynnikiem zwiększającym faktor zadowolenia z jazdy tym samochodem.

Zupełnie zwyczajny Leon ze 140-konnym silnikiem 1.4 jest tak zwinny i równocześnie na tyle komfortowy, by absolutnie nie pomylić go z twardą jak deska Cuprą poprzedniej generacji, co jest logiczne i zrozumiałe. Empirystów gotowych zbadać granicę przyczepności czeka podróż w irracjonalność.

Czując jak kierownica stawia większy opór niż w Golfie już na postoju i w czasie jazdy, kiedy siła potrzebna do obrotów zębatek zawiera w sobie bagaż informacji jakie niesie droga. Seryjna blokada mechanizmu różnicowego (XDS) stara się, by przednie koła Leona poza efektywnym napędzaniem auta nie wyjeżdżały przedwcześnie poza ustalony tor jazdy na łuku. Jeśli przesadzisz z prędkością na wejściu, nie musisz wcale angażować elektroniki! Wcześniej samemu precyzyjnie przyhamowując wewnętrzne koło sprawisz, że Leon skoryguje koordynaty i obierając nowy kurs resztę zakrętu przejedzie nie tracąc wiele z założonego wcześniej tempa.

To zaskakujące pod wieloma względami auto, które polecam wszystkim zdającym sobie sprawę, jak nieliczne są sytuacje, kiedy posiadanie dodatkowych 40 koni może być kwestią życia i śmierci, a fakt posiadania Golfa automatycznie nie nosi znamion prestiżu większego niż efektowne lampy Leona SC typu Full-LED.

Swoją drogą, stojąc na skrzyżowaniu z wyłączonym silnikiem usłyszałem: „Mówiłem że to nie Ałdik??”, a w odpowiedzi „ale też nie Beemka jedynka! Popatrz, LEDy żywcem są wzięte rodem z Ałdika!”

Gdyby to oraz wygląd Leona na tle pozostałych modeli w obecnej ofercie marki nie było wystarczająco przekonującym argumentem, dodam że wśród 77 krajów, gdzie obecny jest Seat, Polska jest jedynym, w którym równolegle i niezależnie od siebie działa dwóch oficjalnych importerów hiszpańskiej marki. Ale to już zupełnie inna historia…

Na szczęście jest krótka, jej początek jest identyczny jak koniec, którego wciąż nie widać. Brzmi mniej więcej tak:
– Excuse me Sir, You take my SEAT.
– Oh no, This was and always will be MY SEAT, Mister!
– You are completely wrong. This SEAT belongs to me..
– itd. itp.

Dyskusja

komentarzy