Felietony

Wyścig zza kierownicy to zupełnie inna bajka. Moja runda na Red Bull Ringu w KIA Platinum Cup

Kiedy gasną wszystkie czerwone światła, a auta wyrywają do przodu z pól startowych, umysł niemalże się wyłącza i skupia na jednym celu – dojechać do mety w całości.

Na wyścigach w swoim życiu bywałem, ale nigdy nie miałem okazji wystartować z profesjonalnymi zawodnikami. I mam tu na myśli profesjonalny wyścig, a nie track day czy imprezę organizowaną przez pasjonatów danego modelu lub marki. Szczerze mówiąc nie myślałem, że kiedykolwiek będę mieć taką okazję. Licencja wyścigowa, dokumenty, ubiór – wszystko to zadawało się się być poza moim zasięgiem. Aż do dnia, w którym dostałem telefon z Kii. Komunikat był prosty: „jedziesz jako gość w rundzie”.

Zaniemówiłem. Takiej szansy oczywiście nie można zmarnować, więc po chwili konsternacji wyplułem z siebie „tak”, po czym zacząłem sprawdzać co mnie czeka. I o ile same formalności to naprawdę prosta rzecz, o tyle moment, w którym w pełnym kombinezonie i kasku wsiadasz do auta będzie niezapomniany. Tak dziwnej mieszanki stresu, adrenaliny i radości dawno nie odczuwałem. Z jednej strony kusiła walka z samym sobą. Walka o czas, o najlepszą linię jazdy, o zadowolenie ze swojego przejazdu. Z drugiej z kolei pozostawała ta myśl, że auto musi wrócić całe. Nie jest moje, nie mogę go uszkodzić, zepsuć czy całkowicie skasować. A w przypadku pucharu Kii nie jest o to trudno, bowiem rywalizacja jest bardzo zacięta, a wyścigi są pełne kontaktów.

Zabawę rozpoczęliśmy jednak już w piątek. Wtedy też na Red Bull Ringu rozpoczęły się pierwsze treningi. Standardowo Kia ma dwie bezpłatne sesje dla swoich zawodników, zaś chcąc dalej szlifować umiejętności warto wziąć udział także w innych treningach, które już przeprowadzane są z innymi samochodami. My wylądowaliśmy w klasie do 2000 cm3 objętości skokowej silnika, co okazało się być niesamowitą lekcją pokory. Na tor wyjechaliśmy bowiem w asyście pucharowych Renault Clio Cup, Twingo Cup czy takich maszyn jak najróżniejsze wariacje na temat aut typu Radical, Lotus Exige czy Toyota GT86. Oczywiście 90% samochodów biło nas osiągami, tak więc początkowe wyzwanie w postaci poznawania toru zamieniło się szybko w próbę przeżycia. Profesjonalni kierowcy nie tylko wykorzystywali 100% możliwości swoich aut, ale także byli znacznie szybsi i pojawiali się niekiedy „znikąd”. Efekty? Wstyd się przyznać, że najpierw efektownie zaliczyłem żwirek uciekając przed zderzeniem z pędzącą Toyotą GT86 (mającą ponad 300 KM), a następnie zahaczyłem o krawężnik na jednym z zakrętów, przez co uszkodzeniu uległa zwrotnica. Lekcje odrobione, czas zjechać do depot.

Jazda na milimetry to specjalność zawodników KIA Platinum Cup

Magicy, czyli mechanicy w akcji

Jeśli myśleliście, że tylko w F1 mechanicy uwijają się w niesamowitym tempie, to jesteście w błędzie. Są to ludzie z tak ogromnym doświadczeniem, że obserwowanie ich przy pracy to czysta przyjemność. Dwa samochody gości. W moim – zwrotnica do wymiany. W drugim – cała tylna belka. Brzmi skomplikowanie? Pierwsza naprawa zajęła 15 minut, druga 30. Dosłownie. Ekspresowe działania, perfekcja, ustawienie geometrii i ponowne „zgranie” samochodu. Wszystko to było dziełem zespołu z TobiaszRacing w Piasecznie, serwisu prowadzonego przez Krzysztofa Tobiasza. To właśnie w tym miejscu powstają wszystkie pucharowe Kie. To właśnie ta ekipa zna te auta od podszewki i doskonale wie co i jak zrobić, aby samochód szybko wrócił do rywalizacji na torze.

Naprawy, które przeprowadzono w naszych autach, całkowicie zmieniły ich zachowanie. W moim przypadku wyraźnie zniwelowana została podsterowność, zaś druga KIA straciła tendencję do niebezpiecznej nadsterowności niezależnie od warunków. Jeśli cokolwiek złego działo się z autem lub mieliśmy potrzebę wprowadzenia zmian – od razu to robili, tłumacząc przy okazji „co i jak działa” oraz jak wykorzystać potencjał nowego ustawienia samochodu.

Urwany zaczep zderzaka w moim aucie, czyli efekt zaliczenia żwiru na jednym z zakrętów

Pucharowe Picanto, czyli naucz się jeździć od początku

W swoim życiu jeździłem wieloma samochodami – słabszymi, mocniejszymi, z napędem na przód, tył, czy na cztery koła. Prywatnie posiadałem też Mazdę MX-5, która była dla mnie doskonałą lekcją jazdy surowym samochodem z tylnym napędem, pozbawionym jakichkolwiek systemów bezpieczeństwa. Zakładałem więc, że na torze dam sobie radę. Nic bardziej mylnego.

Pierwsze przejazdy po Red Bull Ringu były dramatyczne. Fatalna linia, nierówne tempo, złe punkty hamowania – można wręcz powiedzieć, że efektownie psułem każdy segment. I gdyby nie uwagi ze strony mechaników, to zapewne w ogóle bym ich nie poprawił. Pucharowa Kia Picanto wymaga zmiany stylu jazdy. Po pierwsze – hamujemy jak najpóźniej i w taki sposób, aby nie wytracić zbyt dużo prędkości. Oczywiście wszystko zależy od zakrętu i toru, ale 100 KM w tym aucie nie czyni z niego demona prędkości, tak więc każdy kilometr na liczniku jest cenny. Po drugie – tym autem nie skręcasz „normalnie”. W szybkich zakrętach lepiej jest nadrzucić tył i wprowadzić auto w lekką kontrolowaną nadsterowność (a robi to bardzo chętnie). Pozwala to na znacznie szybsze pokonanie zakrętu. Po trzecie – trzeba piłować silnik. Czasem warto przytrzymać motor na odcince, gdyż wrzucenie wyższego przełożenia spowolni samochód i pogorszy czas przejazdu.

Pierwszy dzień rywalizacji: kwalifikacje

Każda runda KIA Platinum Cup działa według tego samego schematu – w sobotę odbywają się kwalifikacje (Q1, Q2, Q3), w których odpowiednio startują wszyscy, 15 i 10 najszybszych kierowców. Ze względu na nieco mniejszą liczbę zawodników od razu przeszliśmy do Q2. Każdy przejazd był tutaj bardzo cenny. Przede wszystkim łapiąc się za jednym z zawodników można lepiej wyczuć tor jazdy i zyskać więcej pewności dotyczącej prowadzenia auta.

W pierwszych przejazdach wykręciłem wynik na poziomie 2 minut i 13 sekund. Dla mnie był on zadowalający, ale czołówka pokonywała tor w 2:09 min. Te cztery sekundy zdawały się być wręcz nieosiągalne. Jednak walka o każdy przejazd popłaciła – już w drugich kwalifikacjach udało mi się zejść do 2:12. 3 sekundy brzmią już znacznie lepiej.

Nie ściągać nogi z gazu – jeśli nie trzeba

Nie zamykaj umysłu

W niedzielę wyścig rozpoczął się tuż po 10. Dobra pogoda, odpowiednia temperatura, pozytywne nastawienie – wszystkie składniki sukcesu były w dobrze dobranych proporcjach. Stres pojawił się jednak w momencie, w którym ustawiliśmy się już na polach startowych, a lampy zgasły i ruszył wyścig. Wiedziałem, że muszę być skupiony i myśleć o wszystkim. W takiej chwili umysł jednak wręcz automatycznie się zamyka i zadaje sobie jeden cel – dojechać do mety.

Pierwszy wyścig był bardzo brutalny. Wypadek Mateusza Żuchowskiego, jadącego w barwach portalu autokult.pl, spowodował wyciągnięcie żółtych flag oraz wyjazd samochodu bezpieczeństwa. Ja z kolei jeszcze przed żółtą flagą straciłem kilka cennych sekund przez nagły atak nadsterowności, który zakończył się wizytą w żwirku (na szczęście jedynie „przeciąłem” pułapkę i wróciłem na tor). Stres i adrenalina wzięły górą co skończyło się kolejnym błędem – wyprzedzeniem na żółtej fladze. Nie wiem co sobie myślałem w tej chwili, ale do końca wyścigu byłem przekonany o swojej nieomylności i dobrej decyzji. Jednak kiedy już zjechaliśmy do depot od razu uświadomiłem sobie jak bardzo skopałem robotę. Oczywiście moje efektowne wyprzedzanie kosztowało mnie nałożeniem 30-sekundowej kary, co finalnie skończyło się zajęciem ostatniej pozycji. Cóż, bywa, gorzka lekcja jazdy ponownie odrobiona. Ja jednak podczas tego przejazdu osiągnąłem jedno – zszedłem z wynikiem do 2:11 min, czyli od najlepszych dzieliły mnie tylko dwie sekundy. Dla mnie było to wielkie osiągnięcie i duży sukces, który mnie w zupełności zadowolił.

Drugi wyścig miał wystartować po 14. Im bliżej było tej godziny, tym niebo bardziej zaciągało się czarnymi chmurami. Według wszystkich prognoz miało padać. I oczywiście pierwsze krople spadły z nieba w momencie, w którym ustawiliśmy się na prostej startowej. Z każdą minutą deszcz stawał się coraz bardziej intensywny, dlatego też zapadła decyzja – zmieniamy opony. Wszystkie pucharowe Kie Picanto jeżdżą na tej samej gumie – jest to drogowa opona Kuhmo Ecsta. Na suchym jednak stosuje się solidnie „spiłowane” ogumienie, zaś na deszcz zakłada się fabrycznie nowe opony z zapasem bieżnika.

Ekspresowa wymiana na starcie zajęła 2 minuty, a już kilka chwil później po okrążeniu formującym ruszyliśmy do walki. Deszcz wyraźnie się wzmagał, a suchy przed kilkoma chwilami tor zamieniał się miejscami w rwący potok. Wycieraczki ledwo zbierały wodę z szyby. Wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerowały, że za chwile wyjedzie Safety Car, a wyścig zostanie przerwany. Na szczęście po 4 okrążeniu pogoda nieco się uspokoiła, a wodospad z nieba zamienił się w delikatny „prysznic”. Tempo było oczywiście znacznie wolniejsze, gdyż wszyscy starali się dojechać swoimi samochodami do mety bez większych uszkodzeń. Ja oczywiście w zasadzie zamykałem całą stawkę, choć „wkleiłem” się w tor jazdy Aleksandra Olejniczaka, jednego z bardziej wprawionych kierowców w tym pucharze. I tak oto przez 6 okrążeń siedziałem na jego zderzaku, próbując podjąć próbę wyprzedzenia. Nie było to łatwe, ale na ostatnim okrążeniu, tuż przed linią mety stwierdziłem, że zaatakuję – tym bardziej, że poczułem się pewnie i dogadałem się z autem i warunkami na torze. Opóźnione hamowanie i wejście po wewnętrznej przedostatniego zakrętu zakończyło się lekkim kontaktem z autem Olejniczaka, przez co jego Picanto wpadło w nadsterowność. Jako wprawiony kierowca sprawnie wyciągnął swój samochód i razem ze mną równo złamał się w ostatni prawy łuk, po czym wypadliśmy na prostą startową. Idąc łeb w łeb wpadliśmy na metę. Naprawdę, z zewnątrz przejazd musiał wyglądać bardzo dramatycznie. Ja przez chwilę liczyłem, że udało mi się go wyprzedzić, ale po zjeździe do depot poznałem wynik. Różnica? Dwie tysięczne sekundy na jego korzyść. Na tym torze jest to pięć centymetrów. Zabrakło tych pięciu centymetrów do nieco lepszej pozycji.

I choć wiem, że nie rywalizuję tutaj o puchar, gdyż jechałem tylko jedną rundę, to jednak ta chęć walki szybko się włączyła i zaczęła grać pierwsze skrzypce. Co więcej, wyścigowy bakcyl został złapany i pozostaje apetyt na więcej. Czy wystartowałbym w tym pucharze dysponując odpowiednim budżetem? Bez chwili zawahania. Wiele osób twierdzi, że są to „zabawne wyścigi małych samochodzików”. Nic bardziej mylnego – rywalizacja jest tutaj bardzo zacięta, a radość zwycięstwa miesza się z goryczą porażki po zajęciu niższego miejsca lub po wypadku. Wszyscy podchodzą do tego z ogromną powagą i nikt nie traktuje startów jako „zabawy”. A warto dodać, że KIA Platinum Cup jest aktualnie najbardziej przystępnym pucharem w Polsce. Koszt startu można zamknąć w 100 000 zł, choć bezpieczna kwota na sezon to 150 000 – 200 000 zł. I gdyby mógł sobie pozwolić na wydanie takich pieniędzy, to zrobiłbym to bez chwili namysłu.

 

Dyskusja

komentarzy