autoGALERIA w podróży

Szanghaj | autoGALERIA w podróży

O Szanghaju mówi się, że to „Chiny dla opornych”. Najbardziej europejskie, największe i jedno z najbogatszych chińskich miast. Jak jest z motoryzacją w tym mieście?

Największe chińskie miasto ma (wraz z aglomeracją) 24 mln mieszkańców i bardzo specyficzną (jak na ten kraj) strukturę ludności, także tego odcinka nie mogliśmy po prostu zatytułować „Chiny”. Pojechanie gdziekolwiek w głąb skończyło by się znacznie zmienionym obrazem. Dlatego zapraszamy do Szanghaju.

Na wstępie od razu wyjaśnienie – znów, podobnie jak w Japonii, poruszaliśmy się bez samochodu. Nawet niekoniecznie dlatego, że tak jest łatwiej (15 linii metra, kolej magnetyczna z lotniska), albo baliśmy się chińskiego ruchu drogowego. Po prostu „się nie da”. Chiny nie tolerują Międzynarodowego Prawa Jazdy – aby poruszać się po tamtejszych drogach, trzeba mieć chiński dokument. Oczywiście, za odpowiednią opłatą można go wyrobić. Trzeba jednak zdać egzamin, a podczas podróży ma się na stałe przypisanego oficera politycznego. Dlatego lepiej się przejechać metrem lub taksówką.

Wśród tych ostatnich królują dwa modele. Jeszcze do niedawna był to nieśmiertelny FAW-VW Santana. Teraz, zwłaszcza w centrum, całymi chmarami jeżdżą taksówki zbudowane na VW Touranie. Ten ostatni jest zresztą również budowany na miejscu – nawet dosłownie, bo jego produkcją zajmuje się SAIC Volkswagen, którego siedziba znajduje się w Anting, w podszanghajskim dystrykcie Jiading (tam również mieści się tor Formuły 1).

Zresztą, masowo produkująca w Państwie Środka grupa Volkwagena jest bardzo widoczna na ulicach. Skody się zdarzają, ale w mniejszości. Bardzo dużo Volkswagenów, Audi, ale także Porsche to codzienny krajobraz Szanghaju. Na obecność tych ostatnich wpływa oczywiście bogactwo miasta – centrum biznesowe Pudong jest jednym z największych i najprężniejszych. W mieście działają też salony najważniejszych marek – Ferrari, Lamborghini, Rolls-Royce, Bentley, czy Pagani, ale także dwie znamienne marki, które zaskoczyły mnie w tym chińskim mieście: Maserati oraz Tesla. Włosa marka z trójzębem w logo od dawna w komunikatach prasowych często informowała o sukcesach sprzedażowych opartych na chińskim rynku. I to prawda, Levante, Ghibli i GranTurismo to popularne modele, widziane niemal również często jak Porsche (marka ze Stuttgartu jest tu jedną z najpopularniejszych, jeśli chodzi o segment premium). Podobnie jest z Teslą – firma Elona Muska ma w Szanghaju sześć salonów – część to niewielkie Tesla Store, ale widziałem też całkiem duży salon, jak na firmę, która ma 3 modele w ofercie. Wracając do Ferrari – doskonale wiem, że w Szanghaju można spotkać wszystkie modele, w tym jasnoniebieskie LaFerrari (spotykane często w towarzystwie pasującego Veyrona Ting and Tiger oraz Pagani Zondy), ale na ulicach widać przede wszystkim Californię w najprzeróżniejszych konfiguracjach – choć głównie w odmianach czerwieni.

Co jeszcze spotkamy w Szanghaju? Na ulicach widuje się sporo BMW oraz Volvo. Podobnie jak Audi, czy mniej popularne Mercedesy, „wszystko” jest w długich odmianach. Zwiększony rozstaw osi w przypadku chińskich sedanów to niemal obowiązek w segmencie premium. Coraz więcej jest też samochodów elektrycznych (wspomniana wyżej Tesla, ale także pojazdy miejscowe) i hybryd. Na przykład udało nam się spotkać „chińską moto-kumulację” – Volvo S60 drugiej generacji, w wersji wydłużonej, z hybrydą Plug In. Oferowana tylko na tamtejszym rynku.

Jak się zapewne spodziewacie, sporo jest modeli światowych marek z modelami oferowanymi tylko w Chinach. Ciekawostką mogą być, widoczne w naszej galerii Mazda CX-4 oraz np. Nissan Lannia, wyglądający jak Leaf drugiej generacji w wersji sedan. Ilość „wyłącznie chińskich” Volkswagenów jest wręcz zatrważająca. Po szanghajskich ulicach jeździ też zadziwiająco sporo Cadillaców nowszych serii – wciąż żałuję, że ta marka nie jest dostępna w Polsce – CT6 wygląda świetnie.

 

Oczywiście, to, co jest fascynujące, to chińska motoryzacja. Trumpchi, BYD, Hongqi, Chery – kojarzycie wszystkie te marki? Jest ich oczywiście o wiele więcej. Niektóre całkiem „europejskie” przynajmniej w kategoriach designerskich, inne wyglądają, jakby wciąż produkowały z części, które znaleziono w opuszczonych magazynach w latach 90-ych. Oczywiście, sporo jest „chińskich kopii”, choć tak naprawdę spodziewałem się ich więcej. Najczęściej spotykałem Chery QQ, imitujące Matiza oraz „premium dla ubogich” – Landwind X7 (ściągnięty z RR Evoque) oraz, rzadziej, Zotye SR9, łatwe do pomylenia z równie tu popularnym Porsche Macan.

Jak się jeździ po Szanghaju

Wiemy już, czym się jeździ po Szanghaju, a jak wygląda ruch drogowy? Muszę tu jeszcze nawiązać do pytania „czym”. Jak będziecie wybierać się na spacer, to zapomnijcie o tym, że każdego Chińczyka stać tylko na rower. To prawda, i rowerów jest mnóstwo. Ale stosunkowo łatwo na nie uważać, choć kierowcy tych jednośladów (często są to rowery miejskie) z rzadka przejmują się przepisami. Gorzej jest, że w Chinach prawdopodobnie pominięto etap tak typowy dla Azji Południowo – Wschodniej, czyli chmary skuterów. Bogacące się szanghajskie społeczeństwo od razu z rowerów przesiadło się… na skutery elektryczne. Są ich setki, tysiące, setki tysięcy. Bezgłośne, szybkie, mające za nic ścieżki rowerowe, ulice i chodniki. O ile jednak zderzenie z rowerzystą w zatłoczonym mieście nie będzie bardzo groźne, to na skrzyżowaniach, jak nie będziecie mieć oczu dookoła głowy, dopadnie Was „cicha śmierć”, bo kierowcy nie biorą jeńców i nie zwracają uwagi na pieszych. Oczywiście, całe to „towarzystwo” jest zbudowane w dowolny sposób – niektóre sprzęty wyglądają, jakby zrobiono je w ulicznym warsztacie rowerowym, dodając tylko dwie baterie i silniczek od miksera. Inne – zapewne możecie kupić przez aliexpress, albo jakiegoś podmiejskiego dealera niedaleko Waszej miejscowości.

Jeśli zaś chodzi o kierowców – nie ma dramatu, choć to zdecydowanie różni się od ruchu w Europie. Jest tu trochę chaosu, zwłaszcza po zjechaniu z głównych ulic, jednak generalnie życie na ulicy toczy się płynnie. Samochodów jest bardzo dużo, podobnie jak dróg. W Szanghaju ulice są szerokie, z mnóstwem obwodnic, estakad i biegnących przez centrum autostrad. Na wielu skrzyżowaniach stoi policja, która niekoniecznie wygląda jakby kierowała ruchem, a raczej pełni rolę „generatora miejsc pracy”. Mimo tej pozornej płynności, która nie przeszkadza w zwiedzaniu (no chyba, że oczekujecie, że ktokolwiek Was przepuści na pasach), chińscy kierowcy tak generalnie, to niezbyt umieją jeździć. Dokładając do tego filozofie wschodu, jadący 60 km/h lewym pasem drogi szybkiego ruchu samochód nie powinien nikogo dziwić. Kierowca nigdzie się nie spieszy, bo nie ma po co. Używać kierunkowskazów, zjechać na prawy pas, rozejrzeć się dookoła przed włączeniem się do ruchu? To bez znaczenia wobec wieczności. Niezmącony spokój i myślenie o sobie. Podobnie jest z parkowaniem. Bez problemu w Szanghaju znajdą się skrzyżowania, na których rogach stoją zaparkowane auta. A co z właścicielami drogich aut? Nie zauważyliśmy, żeby ktokolwiek „upalał”, nawet wieczorem, w centrum miasta. Owszem, ruch jest gęsty, ale np. w centrum Warszawy o tej samej porze kierowcy potrafią jeździć dużo ostrzej.

Dane Podręczne

Kiedy jechać: Myślę, że cały rok jest dobry na odwiedzenie Szanghaju, jednak ze względu na to, że miasto dość mocno zmaga się ze smogiem oraz na położenie geograficzne, warto przemyśleć okolice majówki bądź jesień. Wtedy temperatura osiaga przyjemne 20-25 stopni, jest dość słonecznie, ale powietrze nie jest bardzo wilgotne i ciężkie od smogu. Przy odrobinie szczęścia zobaczycie też niebieskie niebo

Gdzie jechać: Do Szanghaju, to jasne! To na początek, potem można próbować dalej „walczyć ze zwiedzaniem Chin”. W Szanghaju jednak zobaczycie nowoczesną dzielnicę Pudong, bulwar Bund z budynkami z początku XX wieku i okresu otwarcia Chin na świat, piękny ogród Yuyuan w centrum miasta, dzielnicę francuską Xintiandi oraz wiele innych, ciekawych miejsc. Warto zostać tu kilka dni i zagłębić się w tą kolorową mieszankę nowoczesności, „starej chińskiej biedy”, zabytków oraz tradycji.

Za co jechać: Do Szanghaju lata bardzo dużo linii lotniczych. Przy odrobinie szczęścia przelot można kupić sporo poniżej 2 000 zł za osobę, jednak ta „2” z przodu to zazwyczaj normalna cena. Do tego trzeba doliczyć 260 zł od osoby za chińską wizę (i albo trzeba swoje odstać w ogonku do ambasady, albo jeszcze dopłacić za pośrednictwo). W samym Szanghaju bardzo drogo nie jest. Trzymając się lokalnych knajp (choć ciężko będzie się dogadać) można zjeść naprawdę tanio.

Czym jechać: Jak już wspomnieliśmy, samochodem się nie da. Po mieście najłatwiej jest podróżować metrem. Można kupić kartę miejską typu pre-paid (STPC), z której można skorzystać w metrze, autobusach, promach czy taksówkach. Przejazdy metrem nie są drogie, czasem nawet dość skomplikowana trasa „zżerała” z karty np. 3 zł.