Felietony

Znaki, wszędzie znaki – bez sensu i za dużo. Cała Polska na jednym przykładzie

Jest taki podwarszawski odcinek, którym jeżdżę codziennie. Na 5 km trasy jest 17 znaków dot. ograniczeń (nie licząc innych). Co ciekawe… w drugą stronę są „niekompatybilne”. I jak tu ufać oznakowaniu dróg?

Na pewno nie jest to pierwszy, ani ostatni taki artykuł. Polski kierowca nie ma łatwo. Najprościej jest powiedzieć, że „nie przestrzega przepisów” i „nie zwraca uwagi na oznakowanie”. I oczywiście jest w tym prawda. Ale jeśli oznakowanie w Polsce byłoby sensowne i nie byłoby nadmiaru znaków, to jestem w stanie się założyć, że przynajmniej część osób bardziej by się nimi przejmowała. W Niemczech, poza miastami i wioskami, znaki ograniczone są do minimum i to wystarcza. Wiadomo, gdzie trzeba zwolnić, gdzie można przyspieszyć. A jak ograniczenie jest do 40, to możemy być pewni, że jazda szybciej jest albo niebezpieczna dla innych, albo dla nas, ze względu na trudne warunki. Tymczasem mam wrażenie, że u nas ograniczenia stawia się „na wszelki wypadek” niższe niż być powinno. Do tego nikt nie konsultuje między gminami, policją i zarządcą danej drogi, co i gdzie powinno być. Przejdźmy do naszego przykładu.

Zwykła, jednopasmowa droga, odchodząca od ekspresowej trasy S8. Na „testowym”, pięciokilometrowym odcinku ma dwie asfaltowe drogi odchodzące w bok (z czego tylko po obu stronach), jedne światła, dwa wyjazdy ze strzeżonego osiedla, wyjazdy z pojedynczych posesji i kilka dróg gruntowych.

Trasa zaczyna się przed wspomnianym osiedlem początkiem terenu zabudowanego. Póki co jest ok. Zwalniam do 50. Dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej jest ograniczenie 40 km/h i zakaz wyprzedzania, przed wyjazdem z osiedla. Za wyjazdem jest powtórzone „40” i zakaz. Po drugim wyjeździe już nie są powtórzone. Następnie jest skrzyżowanie ze światłami. Za skrzyżowaniem jest prosta droga – teren zabudowany przez kilkaset metrów (zabudowania tylko z jednej strony drogi, z drugiej chodnik i ścieżka rowerowa), następnie przed łukiem kolejne ograniczenie do 40 km/h, za kilkadziesiąt metrów jest zakaz wyprzedania, a za kolejne kilkadziesiąt… drugi zakaz wyprzedzania. Dalej, gdy wieś się zagęszcza, pojawiają się progi zwalniające. Przed nimi jest ograniczenie do 30 km/h. Za pierwszym progiem jest kolejny. Przed nim, nie wiedzieć czemu stoi kolejne ograniczenie do 30 km/h. Za drugim progiem jest znak podnoszący ograniczenie do 40 km/h. Za nim kolejna „czterdziestka”. Nie dalej jak 100 metrów dalej jest… kolejna 40-ka. Tym razem z zakazem wyprzedzania (odwołania tego poprzedniego zakazu nie ma). I akurat tutaj w miarę słusznie – bo zaraz jest sekcja dwóch ciasnych zakrętów. Swoją drogą przez środek łuku drugiego zakrętu idzie przejście dla pieszych. Między zakrętami jest za to odwołanie wszelkich zakazów. Czyli mamy teren zabudowany i ograniczenie do 50 km/h i możliwość wyprzedzania. Zaraz za drugim zakrętem mamy koniec terenu zabudowanego i… koniec zakazu wyprzedzania. Dalej mamy prawie 2 km prostej drogi przez pole, z ograniczeniem 90 km/h, aż do końca naszej trasy. Tą kończymy na parkingu w następnej miejscowości (teoretycznie, bo znaku z początkiem terenu zabudowanego, ani jej nazwą nie ma, natomiast kilkaset metrów dalej jest „główne skrzyżowanie” we wsi).

Gdy wracamy z parkingu w kierunku ekspresówki, sytuacja ma się zgoła inaczej. Otóż, nie ma końca miejscowości i końca terenu zabudowanego. Czyli 2 km prostej przez pola ma ograniczenie do 50 km/h. Dojeżdżając do zakrętu wita nas znak oznaczający teren zabudowany. A może potwierdzający go? Nie wiadomo. Na wszelki wypadek 20 metrów dalej jest drugi (albo trzeci, bo przecież nie wyjechaliśmy z miejscowości). Ten ostatni ma znak informujący o wjeździe do kolejnej miejscowości. Taka urbanistyczna matrioszka – jedna wieś w drugiej. Zaraz za tą informacją są dwa znaki – „40-ka” i zakaz wyprzedzania. A tuż za łukiem – koniec zakazu wyprzedzania. Kilkadziesiąt metrów dalej – znowu ograniczenie do 40 km/h. A zaraz pojawiają się progi zwalniające, czyli jak się domyślacie, dwie „trzydziestki”. A za 20 metrów – „czterdziestka” i… koniec zakazu wyprzedzania. Którego już nie było. Dalej względnie prosto, aż do skrzyżowania ze światłami. Przed nimi jest koniec terenu zabudowanego. Jeśli się jeszcze nie pogubiliście, to informuję, że w jedną stronę na tej prostej jest ograniczenie do 50 km/h. W drugą – do 40 km/h. Za światłami znów jest znak o wjeździe w teren zabudowany – to zresztą ta sama miejscowość co wcześniej. Widać poprzeczna droga jest chyba „eksterytorialna” (ale tylko w jedną stronę). Ale to nie koniec. Tuż za „zabudowanym” jest kolejne 40 km/h i zakaz wyprzedzania. Co prawda z prawej strony mamy las, ale jakieś 50 – 100 metrów dalej mamy… kolejny zakaz wyprzedzania, który nie kończy się aż do podłączenia do główniejszej drogi, gdzie zaczęliśmy nasz „test”. Przy skrzyżowaniu jest koniec terenu zabudowanego. W sumie 16 znaków.

A nie uwzględniłem tu innych – ostrzegających o zakrętach, innych niebezpieczeństwach, przejściu dla pieszych czy… tym, że droga ma pierwszeństwo przejazdu. Ten ostatni jest umieszczony przed sygnalizatorem niedziałających jeszcze świateł. Ale nie przy skrzyżowaniu – mamy pierwszeństwo względem pasów dla pieszych. Chyba, albo względem wyjazdu z serwisu samochodowego. Owszem, patrząc na mapy google, znalazłem kilka dróg, które mają nawet swoje nazwy ulic. Ale nie spełniają definicji skrzyżowań, a jedynie połączenia dróg (wszystkie są gruntowe), które znaków nie odwołuje. Po drugie, kilku nagromadzeń znaków nie da się obronić nawet w ten sposób.

Podsumowując – wszystko pięknie, ładnie, mamy przez wieś jechać powoli i ostrożnie. Ale… przy takiej ilości i bezsensownym rozmieszczeniu znaków po prostu przestajemy je zauważać. Nawet prasowe samochody z systemem ich rozpoznawania nie są w stanie odpowiednio szybko przerzucać wyświetlanych informacji. A to tylko pięć kilometrów na mało uczęszczanej drodze o niewielkim znaczeniu. Tymczasem takie same problemy są na wielu, o wiele ważniejszych drogach. Chociażby na całkowicie przejezdnej, w wielu miejscach dwu, lub trzypasmowej trasie S8 od Nadarzyna w kierunku Mszczonowa. Tam wciąż toczą się od czasu do czasu prace wykończeniowe oraz na drogach pobocznych. Czy w związku z tym mamy czasowe ograniczenia prędkości, kiedy robotnicy pracują, albo kiedy na drodze coś się dzieje? Nie, na całym budowanym odcinku, w obie strony, jest stałe ograniczenie do… 60 km/h. Poza odcinkiem, gdzie faktycznie S8 zwężona jest do jednego pasa, absolutnie nikt tego ograniczenia nie przestrzega. I trochę nie ma się czemu dziwić, choć człowiek chciałby zastosować się do przepisów, to przy pustej ekspresówce jazda 60 km/h może okazać się bardziej niebezpieczna niż jechanie „z innymi”.

Dyskusja

komentarzy