Test

Abarth 595C Competizione 1.4 T-JET 180 KM | fot. Mikołaj Stachowiak

Abarth 595C 1.4 T-JET 180 KM Competizione | TEST

Kieszonkowy supersamochód

Na dystansie:
595 km

Dziewięćdziesiąt prostuj, lewy maks, do prawy trzy, przez szczyt, lewy dwa, nie tnij… Jeszcze tylko długa prosta, ciasny przesmyk na końcu i w końcu… Meta! Brawo, dojechałeś do piekarni przed wszystkimi.

Tak, tak – Abarth 595C jest zaskakująco bliski samochodom wyczynowym i pozwala poczuć się jak na próbie sportowej nawet, gdy jedziemy po bułki albo do urzędu. Co ciekawe, to poczucie wcale nie wynika z niesamowitej mocy, czy zdumiewających osiągów. O tym napiszę później, ale wystarczy szybki rzut oka na dane techniczne, by wiedzieć, że nawet w tej klasie są szybsze auta. Może w takim razie chodzi o nadzwyczajną popularność i sukcesy Abartha w sporcie samochodowym? Owszem, marka ze skorpionem w logo zapisała się na kartach historii motorsportu, ale nie można powiedzieć, by obecnie któryś z ich modeli był królem torów czy oesów. W dodatku testowany egzemplarz to odmiana z literką „C” na końcu, co oznacza, że ma odsuwany, miękki dach. Co to za rajdówka bez dachu?

Jak na oesie

Ale wystarczy wsiąść do Abartha 595C Competizione, by zrozumieć jego nazwę. Competizione oznacza po włosku „rywalizacja” i naprawdę siedząc w środku tego zółtego samochodu miałem ochotę ścigać się ze wszystkimi. Nie można powiedzieć, że wnętrze Abartha „zawiera sportowe akcenty”. Ono po prostu jest sportowe. To nie jest modna, miejska 500-tka, do której ktoś włożył fotele z czerwonym szwem i dodatkowy zegar. Po otwarciu wielkich, długich drzwi trzeba usadowić się w kubłach firmowanych przez znaną markę Sabelt. Zdarzało mi się siedzieć na lepszych fotelach – te nie dość, że są umieszczone za wysoko, to jeszcze są potwornie twarde, zaś ich wyprofilowanie sprawia, że przez większość czasu podczas codziennej jazdy siedzi się pochylonym do przodu – trochę tak, jakby bez przerwy rozglądać się po okolicy w poszukiwaniu właściwego adresu. Ale trzeba przyznać, że za sprawą karbonowego wykończenia tyłu foteli (uwaga na kolana siedzących za nami!) w kategorii „wygląd” Sabelty otrzymują 10 punktów na 10!

Reszta wnętrza też jest rasowa. Kierownica doskonale leży w dłoniach i także na niej znajdziemy karbon. Rajdowego klimatu dopełnia wykończenie daszka nad zegarami alcantarą, a do samego zestawu „budzików” dodano jeszcze wskaźnik ciśnienia doładowania. Swoje trzy grosze dodaje metalowa gałka na drążku zmiany biegów, choć oczywiście gdy jest gorąco parzy w ręce, a gdy jest zimno, można odmrozić sobie dłonie od samego wrzucania wstecznego na parkingu. A że niektóre plastiki są twarde? Że rysunek kokpitu nie jest najpiękniejszy? Że system multimedialny zaczyna już trącić myszką? Do tego można by się przyczepiać w zwykłym Fiacie 500, ale w Abarthcie takie rzeczy schodzą na 595-ty plan.

Z Monzą nie po angielsku

Zwłaszcza po przekręceniu (tradycyjnego!) kluczyka. Już po odpaleniu samochód brzmi chropowato i rasowo. Jeśli ktoś planuje „po angielsku” wymknąć się z przyjęcia i odjechać, wydech Monza pokrzyżuje jego plany. W czasie agresywnej jazdy dochodzi do tego jeszcze charakterystyczne „syczenie” dolotu i strzały pojawiające się po odpuszczeniu gazu. A akurat tutaj ciężko o jazdę inną, niż agresywna… Pozycja za kierownicą, odgłosy, reakcja na gaz, sposób działania mechanizmu zmiany biegów – to wszystko prowokuje, by jechać tak, jakby paliły nam się spodnie. Dodajmy do tego precyzyjnie działający układ kierowniczy, który nie jest zbyt mocno wspomagany i dostaniemy perfekcyjną maszynę do dawania frajdy w mieście.

Pod maską 595C pracuje znany już silnik 1.4T, który tutaj ma 180 KM. Ta jednostka od dawna ma opinię jednej z najlepszych w swojej klasie pojemnościowej i napędza zarówno większe Tipo, jak i Jeepa Renegade i Abartha 124 Spider. Przyspieszenie do 100 km/h w 6.7 sekundy jest, oczywiście, świetne, ale są w tej klasie szybsze auta. Tyle że… zza kierownicy Abartha mamy wrażenie, że jedziemy o wiele, wiele szybciej. Zdaje nam się, że naszymi rywalami nie powinny być inne hot hatche czy szybkie diesle, a o wiele poważniejsze, sportowe auta. Turbina mocno kopie w plecy, biegi wchodzą z miłym oporem, wskazówka obrotomierza błyskawicznie wspina się po skali – a wrażenia są jeszcze lepsze, gdy wciśniemy przycisk „Sport”. Wtedy między innymi polepsza się reakcja na gaz. Co prawda 595 wyraźnie traci wigor na ostatnim, piątym biegu, ale przecież w mieście rzadko kiedy jest okazja na jego wrzucenie.

Również na zakrętach Abarth daje radę, choć trakcja nie jest tak idealna, jak np. w Fieście ST. Niemiecki rywal sprawia też na łukach wrażenie, że pozwala na więcej i wydaje się, że prowadzenie Forda jest łatwiejsze. Włoch budzi respekt i trzeba się w niego nieco „wjeździć”, by móc jechać szybko bez obaw. Tu zdarza się lekkie zarzucenie tyłem przy hamowaniu albo wyrywanie kierownicy z rąk podczas mocnego przyspieszania. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, szybkie ręce i pewny chwyt, ale… to tylko dodaje Abarthowi czaru i klimatu auta prawdziwie sportowego, niczym z dawnych lat.

Być jak gwiazda rocka

Również z zewnątrz Abarth 595C Competizione nie pozostawia wątpliwości – jest czymś więcej, niż tylko modnym dodatkiem do drogiej torebki. Zazwyczaj to od opisu wyglądu zewnętrznego rozpoczynam test, ale tym razem stwierdziłem, że wysiłki inżynierów mające na celu stworzenie z miejskiej „Pięćsetki” maszynki do szaleństwa zasługują na to, by to od nich zacząć. Ale design to również bardzo ważna sprawa w przypadku tego modelu i jestem pewien, że bardzo często to wygląd decyduje o wyborze Abartha. Bo Clio RS czy wspomniana Fiesta mogą nieco lepiej się prowadzić albo być szybsze, ale 595 ma coś innego – styl.

Oczywiście, wygląd Abartha nie każdemu przypadnie do gustu. Jedni powiedzą, że nadal widzą w nim zbyt wiele „damskiego” Fiata. Inni, że jest zbyt krzykliwy, zwłaszcza w tym kolorze. A ja? Ja uważam, że jest w sam raz. Dzięki kilku prostym zabiegom stylistycznym – z których najważniejszy jest masywny, przedni zderzak – stoi przed nami idealny, agresywnie stylizowany mały hot hatch. W żółtym wyjątkowo mu do twarzy, ale trzeba przyznać, że 595 w żadnym kolorze nie wygląda źle.

Nie wiem, czy to kwestia lakieru, ale podczas kilku dni spędzonych za kierownicą tego samochodu mogłem poczuć się trochę jak gwiazda. Na Abartha wszyscy się patrzą. Właściciele Civików z dziurawymi wydechami chcą się ścigać, a ludzie ze służbowych sedanów pokazują uniesione kciuki. Czasami nawet ktoś pomacha. Ale zainteresowanie, jakie budzi Abarth nie jest podszyte zazdrością, jak to czasem bywa przy droższych samochodach. Ten samochód wzbudza uśmiech, a nie grymas. Tak u kierowcy, jak i u otoczenia.
Swoją drogą, dopiero zza kierownicy Abartha można zauważyć, ile tych aut jeździ po Warszawie. Nie są wcale takim rzadkim widokiem, a gdy dojdzie do spotkania – obowiązkowe jest kiwnięcie i mruganie światłami!

Bez wiatru

Literką „C” w nazwie auta oznacza, że mamy do czynienia z wersją z odsuwanym dachem. Kiedyś mówiło się na to „faltdach” lub „rolldach”. Czy to kabriolet? Nie, ponieważ ramy okien i słupki nadal pozostają na swoim miejscu. Taka wersja ma swoje wady i zalety. Wady to… brak niektórych zalet kabrio, a mówiąc prościej – wiatru we włosach. Zaleta to… brak większości wad kabrio. A więc można jechać szybko bez narażenia siebie i pasażerów na urwanie głowy, a jednocześnie cieszyć się słońcem. Nadwozie jest też sztywniejsze, niż w tradycyjnym kabriolecie. Zaletą może być również dla niektórych nieco mniej pretensjonalny wygląd. Przyznacie, że 500-tka w wersji kabrio byłaby już… cóż, mocno kontrowersyjna. Jednak czy dopłaciłbym 7000 za literkę C w Abarthcie? W polskim klimacie – wątpię.

Proza życia

Ale życie z szybkim hatchbackiem nie składa się tylko z szalonego latania między światłami i wzbudzania uśmiechu u przechodniów. Czasami trzeba wyjechać poza miasto, albo po prostu doświadczyć prozy życia. Postać w korku, zrobić zakupy, podwieźć ciocię do lekarza albo znajomych z imprezy. Jak z tymi zadaniami radzi sobie Abarth? Zacznijmy od tego, za co na co dzień nawet spokojnie usposobiony kierowca (co on w nim robi?!) polubi 595C. Niewielkie wymiary auta umożliwiają wciśnięcie się właściwie w każdą lukę. Po przesiadce z większego auta naprawdę trzeba się przez chwilę przyzwyczajać – szukając miejsca warto zwolnić i przychylnym okiem spojrzeć na te, o których jadąc już kompaktem nawet byśmy nie pomyśleli.
Reflektory biksenonowe (opcja za 3500 zł) nie są może ostatnim krzykiem mody w dziedzinie samochodowego oświetlenia, ale świecą bardzo dobrze. A zestaw audio firmy Beats – mimo że tradycyjnie zbyt mocno podkreśla basy – brzmi nieźle, jeśli komuś znudzi się słuchanie strzałów z wydechu.

A co doskwiera na co dzień w Abarthcie? Oprócz oczywistości – czyli niewielkiej ilości miejsca z tyłu (z przodu nie jest źle), przeszkadzać może również utrudniony za sprawą kubełkowych foteli dostęp na tylną kanapę. Ratunkiem może być otwierany dach. To właśnie górą najwygodniej jest włożyć fotelik dla dziecka… 595C jako samochód rodzinny? Nie widzę tego. Tym bardziej, że są tu tylko cztery miejsca, a bagażnik ma zaledwie 185 litrów i jedyną drogą dostępu do niego jest malutka klapka z tyłu. Bo „tylna klapa” to stanowczo zbyt dumne określenie. Nie ma się również co oszukiwać – na co dzień Competizione może być dla wielu osób zwyczajnie za twarde. Zawieszenie raduje na zakrętach, ale na dziurach męczy. Dodajmy do tego wspomniane już twarde i niezbyt wygodne fotele. Nawet ich regulacja jest albo niemożliwa (na wysokość) albo trudna. Aby zmienić kąt pochylenia siedziska najlepiej jest otworzyć drzwi, bo inaczej nie zmieścimy dłoni na pokrętle.

Abarth w trasie?  Z 595 (naprawdę!) kilometrów, które zrobiłem tym autem, wiele przypadło również na autostradę. Wnioski? Wydech, który przy stałej prędkości powyżej 110 km/h przestaje już być zabawny, tworzy mieszankę wybuchową wraz z brakiem szóstego biegu. Z Warszawy do Łodzi może jeszcze dojedziemy, ale do Poznania lepiej wybrać pociąg… Zwłaszcza że podróż autostradą może zająć zaskakująco dużo czasu. Wcale nie ze względu na niską prędkość maksymalną (225 km/h według producenta), a ze względu na mały bak. 35 litrów być może sprawdza się w zwyklej 500-tce, ale Abarth błaga o większy zbiornik. W mieście zużycie oscyluje wokół 10-11 litrów, w trasie sięga 8.5, jeśli jedziemy spokojnie. Szybka jazda to już wir w baku i tankowanie co 250 km.

Z liczydłem w ręku

Skoro jesteśmy już przy mało przyjemnych kwestiach, spójrzmy jeszcze na to, ile trzeba zapłacić za posiadanie takiego auta. Co prawda cennik Abartha 595 otwiera całkiem atrakcyjna kwota 74 200 zł (81 200 za odmianę C), ale za tyle dostajemy zupełnie inny samochód od testowanego. Tani Abarth ma 135 KM, zupełnie inne zawieszenie, fotele, wydech i wiele, wiele innych części. Wersja 595C Competizione to wydatek co najmniej 108 200 zł, a po dodaniu kilku opcji (m.in. biksenony, audio Beats, żółty lakier, inne felgi) otrzymujemy cenę opisywanego egzemplarza. Okolice 125 tysięcy złotych to już zupełna abstrakcja w tym segmencie. Za tyle można już myśleć o znacznie większych i często szybszych autach, takich jak Volkswagen Golf GTI czy Seat Leon Cupra. Będą też wygodniejsze na co dzień i lepiej sprawdzą się w trasie. Ale…

Zalety:
  • Wspaniała maszynka do dawania radości
  • Świetny wygląd
  • Wzbudza uśmiech na twarzach przechodniów
  • Bezkompromisowy charakter
Wady:
  • Bezkompromisowy charakter…
  • Niewygodne, zbyt wysoko umieszczone fotele
  • Tylko pięć biegów, hałas w trasie
  • Brak praktyczności

Podsumowanie

Jestem przekonany, że żaden z nabywców 595C w tej odmianie nawet nie pomyśli o Volkswagenie. Ba – wielu z nich na pewno obraziłoby się za takie sugestie! Wybór 595C Competizione jest zapewne wynikiem świadomej decyzji, w której ani koszty ani praktyczność nie mają znaczenia. Abartha kupuje się dlatego, że po prostu chce się mieć Abartha. Jestem pewien, że często ten mały diabełek sąsiaduje w garażu z o wiele droższymi i „poważniejszymi” samochodami, może nawet z tymi spod znaku skaczącego konia.
W końcu czym właściciel Ferrari ma podjechać, by szybko załatwić sprawy w ścisłym centrum? Do takich celów mały, zwinny i zadziorny Abarth nadaje się perfekcyjnie.
Mówiąc wprost – to jest miejski substytut supersamochodu. Tak jak więksi bracia jest niewygodny, nie ma bagażnika i nie przewiezie się nim rodziny, a w dodatku co chwilę trzeba go tankować. Ale gdy traktujemy go jako miniaturkę Ferrari, te wady przestają mieć znaczenie. A cena zaczyna wydawać się wręcz okazyjna.

Podobne artykuły

Dane techniczne
Dane techniczne producentaAbarth 595C Competizione
Silnikbenzynowy, turbo, R4, 16 zaw.
Typ zasilania paliwemwtrysk wielopunktowy
Pojemność1368 cm³
Moc maksymalna180 KM (132 kW) przy 5500 obr./min.
Maks. moment obrotowy250 Nm przy 3000 obr/min
Skrzynia biegówmanualna, 5 biegów
Napędna przednie koła
Zawieszenie przódkolumny MacPhersona
Zawieszenie tyłbelka skrętna
Hamulcetarczowe went./tarczowe
Opony205/40 R17
Bagażnik / po złożeniu siedzeń185/625 l
Zbiornik paliwa35 l
Typ nadwoziahatchback
Liczba drzwi / miejsc2/4
Wymiary (dł./szer./wys.)3660/1627/1485 mm
Rozstaw osi2300 mm
Masa własna /ładowność1045 kg
Masa przyczepy / z hamulcemb.d./800 kg
Spalanie: miasto/trasa/średnie11/8/9,5 (test)
Emisja CO2139 g/km
Prędkość maksymalna225 km/h
Przyspieszenie 0-100 km/h6,7 s
Gwarancja mechaniczna2 lata
Gw. perforacyjna /na lakier8 lat/3 lata
Okresy międzyprzeglądoweco 30 tys. km
Cena wersji podstawowej81 200 zł
Cena wersji testowej108 200 zł
Cena egz. testowegook. 125 000 zł