Test

Dodge Journey 2.7 V6 R/T

Niezły Meksyk

Na dystansie:
406 km

Dodge Journey z benzynowym silnikiem 2.7 V6, obszernym wnętrzem i bogatym wyposażeniem, stara się podbić serca Europejczyków. Przed nim trudne zadanie, gdyż wcale nie jest tani, a tym bardziej oszczędny. Czy zatem Dodge Journey ma szansę stawić czoła konkurencji?

Kiedy zadzwonił do mnie redaktor Niezgoda z prośbą o zamianę testowych aut, byłem nawet zadowolony. Czy ktoś z Was nie chciałby zamienić Hondy Jazz z maleńkim silnikiem 1,4, na amerykańskiego minivana z V6 pod maską? Osobiście nie miałem nic przeciw temu. Poza tym nie odmawia się koledze w potrzebie, nieprawdaż? Co prawda termin testu był dosyć krótki, ale co tam, pomyślałem, tej decyzji na pewno nie będę żałował. Przecież żadne auto klasy B nie jest w stanie dostarczyć kierowcy tyle frajdy z jazdy, co duży, świetnie wyposażony „rodzinowóz” z mocnym silnikiem, automatem i wygodnym wnętrzem. Przynajmniej wtedy tak mi się wydawało…

Syndrom powielenia testu
Stali czytelnicy autoGALERII w mig się zorientują, że nie tak dawno temu w naszym teście gościł już dokładnie ten sam model Dodge’a. No, może nie do końca ten sam, bo z nieco innym wyposażeniem i sławetnymi pompowtryskiwaczami pod maską. Kolega Sandecki wystawił mu dosyć wysoką notę. Zazwyczaj mamy bardzo podobne zdanie na temat testowanych aut, dlatego myślałem, że zobaczę, co on sam napisał o Journey’u, ubiorę to w nieco inne słowa i test gotowy. Niestety, okazało się to nie być wcale takie proste. Ale po kolei…

Historię marki…
… już znacie. Poznaliście opowieść o braciach Dodge, muflonie, i o tym, że Journey produkowany jest w Meksyku. Napisanie w tej sytuacji sensownego wstępu jest dosyć trudną sprawą bo przecież redaktor Sandecki już mnie ubiegł. Mówi się: trudno, wstępu nie będzie.

Pierwszy kontakt…
…z Journey’em wypadł pozytywnie. Z zewnątrz auto naprawdę może się podobać. Słusznych rozmiarów sylwetka jest masywna ale zgrabnie wyprofilowana, a duża, chromowana atrapa chłodnicy w połączeniu z potężnym przednim zderzakiem budzi respekt. Do tego 19-sto calowe koła z „alufelgami” i nie ma już wątpliwości, że to Amerykanin pełną gębą. I choć na tamtejsze realia, nie jest może pełnoprawnym nosicielem metki z oznaczeniem XXL, to w polskich warunkach 4 888 mm długości i 1 745 mm wysokości wydaje się być aż nadto.

Zasiadam za kierownicą i już wiem, że jazda nim będzie miała dużo wspólnego z poruszaniem się SUV-em. Spory prześwit połączony z wysokim umiejscowieniem fotela kierowcy daje poczucie bezpieczeństwa i zapewnia dobrą widoczność zarówno przed siebie, jak i na boki auta. Przy manewrach z lewarkiem automatycznej skrzyni biegów w pozycji „R”, pomocna okaże się kamera cofania, która niestety nie jest połączona z tradycyjnie działającymi czujnikami parkowania. Dziwne i dla mnie niezrozumiałe. Ale cóż, dobrze, że jest choć to. Kto manewrował vanem na parkingu i nie zauważył niskiego słupka, z pewnością ten gadżet doceni.

Kolejny etap…
…po zajęciu miejsca za „kółkiem” to tradycyjnie ocena kabiny i jakości zastosowanych w niej materiałów. A te, niestety, w większości nie zachwycają, choć na pewno są lepsze od tych, które znamy np. z Calibra. Istna mieszanina słabego z bardzo dobrym i przyzwoitego ze… słabym. Tu i ówdzie przestraszy nas twardy plastik znany bardziej z tanich zabawek, niż samochodów tej klasy. Miałem jednak wrażenie, że inżynierowie zza oceanu wciąż pracują nad tym, żeby przypodobać się Europie. Widać to nawet po tym, że Dodge stara się montować poszczególne elementy solidniej, a twarde tworzywa sztuczne zastępować miękkimi, milszymi w dotyku. To jednak jeszcze nie ten poziom, co europejska konkurencja. Wciąż można się zdziwić, obserwując np. jakość montażu pokrywy schowka przed pasażerem. Różnica w szerokości szczeliny miedzy górą a dołem to na moje oko jakieś 7 mm. Takie szczegóły potrafią nieco zakłócić odbiór całości i wyczulić redakcję na wyłapywanie kolejnych błędów.

A te, niestety są. Nie mogę zrozumieć, dlaczego w aucie za, bagatela, 162.000 PLN-ów, „lata” podsufitka. To miło, że pasażerowie drugiego i awaryjnego, trzeciego rzędu siedzeń, mają swoje nawiewy klimatyzacji. Jeszcze milsze jest to, że temperaturą można sterować pokrętłami umieszczonymi właśnie w podsufitce, tuż przed drugim rzędem siedzeń. Ale u licha, czemu każde, nawet delikatne dotknięcie tej maszynerii, powoduje kołysanie się podsufitki? Normalnie Meksyk…

Wróćmy do kierownicy. Jej koło można regulować zarówno w poziomie, jak i w pionie, a zakres regulacji jest naprawdę dobry. Lecz cóż z tego, jeśli po wybraniu optymalnego dla mojej osoby położenia, okazało się, że wieniec częściowo zasłania mi obrotomierz oraz wskaźnik ilości paliwa w baku. Co prawda i tak nie mam ochoty na nie patrzeć, bo sama deska rozdzielcza przywodzi mi na myśl Tarpana, a stylizacja prędkościomierza – Malucha po „lifcie”, ale przecież jakieś informacje powinienem móc odczytać.

Miejsca…
…w środku jest natomiast w sam raz, jak na takie gabaryty auta. Kierowca ma do dyspozycji elektrycznie regulowany fotel, obity dwukolorową, skórzaną tapicerka wątpliwej urody i jakości. Pasażerowie drugiego rzędu siedzeń też nie mogą narzekać na brak miejsca na nogi czy nad głową. Podróżując we dwójkę, mogą sobie rozłożyć praktyczny podłokietnik, w którym znajdują się uchwyty na napoje. Mogą także wyregulować położenie oparcia kanapy i ustawić sobie oddzielnie temperaturę, co zapewnia wspomniany, 3-strefowy układ klimatyzacji. Dopiero użytkownicy trzeciego rzędu siedzeń będą cierpieć męki. Nie dość, że podróż upłynie im na masowaniu podkurczonych nóg, to i nad głowami nie znajdzie się zbyt dużo powietrza. Te miejsca traktowałbym raczej jako awaryjne, bądź do przewozu szkrabów, tym bardziej, że po postawieniu w gotowość trzeciego rzędu siedzeń bagażnik praktycznie przestaje istnieć i można tam wtedy zmieścić jedynie przybory do mycia zębów dla siedmiu pasażerów. Jest w nim za to praktyczna latareczka, która może się przydać np. podczas wymiany „kapcia”.

Jazda tym autem…
…miała mi sprawić przyjemność. Przynajmniej tak zakładałem na początku testu. Pomyślałem, że wersja z benzynowym silnikiem 2,7 V6, będzie po stokroć przyjemniejsza od jazdy testowanym przez redaktora Sandeckiego „dieslem” na pompowtryskiwaczach. No cóż, to założenie nie do końca okazało się prawdą. O ile przy niewielkiej prędkości obrotowej, silnik wydaje z siebie znośny dźwięk, to przy próbie mocniejszego dodania „gazu” nasze bębenki zostają zaatakowane trudnym do określenia dźwiękiem. Nie bardzo wiem do czego go porównać, ale na pewno nie jest to kulturalna praca widlastej, benzynowej jednostki. Kojarzy mi się bardziej z nieznośną wiertarką sąsiada, któremu zachciało się remontować mieszkanie podczas mojego snu. Do tego widać, że kultowy już chyba w testach, księgowy, poskąpił na wygłuszeniu auta. Daje to taki a nie inny efekt. Wpadka.

Automatyczną skrzynię biegów…
…wymyślono po to, żeby jazda samochodem była mniej zajmująca i przyjemniejsza. Dlatego nasz amerykański przyjaciel został w nią obowiązkowo wyposażony. Ojciec rodziny podróżujący na wakacje ze swoją menażerią, może się dzięki temu wynalazkowi bardziej zrelaksować i skupić na tym, co dzieje się na drodze. Wybór odpowiedniego przełożenia pozostawia automatowi. I wszystko jest pięknie, ale tylko do momentu, gdy na wąskiej drodze przyjdzie mu wyprzedzić wolniej jadącą furgonetkę czy jakikolwiek inny pojazd. Nawet po wdepnięciu gazu do samej podłogi zdarza się, że skrzynia zbyt długo zastanawia się nad optymalnym wyborem przełożenia. Może wybaczyłbym jej tę niewielką ułomność, gdyby trafiała zawsze w dziesiątkę.

Niestety tak nie jest. Bywa, że nieoczekiwanie automat zrzuci bieg na zbyt niższy, który przy danej prędkości nie ma już ochoty dać odpowiedniej siły napędowej. Dzieje się tak, gdyż wskazówka obrotomierza znajduje się już prawie na czerwonym polu. Po krótkiej chwili przeraźliwego „wycia” silnika następuje więc kolejna zmiana przełożenia. Tym razem na wyższe. Przynajmniej ten proces przebiega naprawdę sprawnie i odpowiednio szybko. Trzeba przyznać, że sama zmiana przełożeń na wyższe jest godna pochwały.

Bezbłędnie do celu
Testowane auto zostało wyposażone m.in. w świetny zestaw audio marki Infinity, trójstrefową, wydajną klimatyzację, zestaw bluetooth i nawigację z m.in. dobrą mapą Polski. Dzięki niej bezbłędnie trafimy do wsi pod Zakopanem na weekendowy wypad. Jeśli będzie zimno, możemy podgrzać fotel kierowcy i pasażera. O nasze bezpieczeństwo zadba zestaw 6-ciu poduszek powietrznych oraz systemy ABS, ESP itd. Co mnie bardzo zaskoczyło, to auto prowadzi się nawet przyjemnie. Układ kierowniczy wcale nie jest typowo amerykański i zapewnia nam przyzwoite „czucie” Journey’a na większości rodzajów nawierzchni.

Zawieszenie jest przyjemnie sprężyste, co nie znaczy, że twarde. Do tego muszę przyznać, że jak na amerykański wóz, sama praca zawieszenia jest naprawdę bardzo cicha. Duże, dziewiętnastocalowe koła nie przenosiły zbyt wielkich drgań do kabiny, a do mych uszu nie dobiegały żadne niepokojące odgłosy. Nawet przy przejeżdżaniu przez torowiska czy źle wypoziomowane studzienki nie było słychać żadnego nieprzyjemnego stukania. Tym razem brawo.

Duże auto plus bogate wyposażenie…
… równa się zazwyczaj wysokiej cenie. Nie inaczej jest i w tym wypadku. Ceny Journey’a z rzeczonym silnikiem 2,7 V6 zaczynają się z poziomu 162.000 PLN. Za taką kwotę auto ma praktycznie pełne, bogate wyposażenie. Testowany egzemplarz był dodatkowo wyposażony m.in. w lepszy zestaw audio, nawigację, dysk twardy 30GB, system komunikacji bezprzewodowej uconnect gsm, samościemniające się lusterko wsteczne i 3-ci rząd siedzeń. Do tego lakier metaliczny i przyciemnione szyby tylnej części nadwozia. Tak skonfigurowane auto to wydatek około 190.000 złotych. To bardzo dużo. Do tego średnie spalanie z testu na poziomie 14,5 litra na 100 kilometrów nie pomogło przekonać mnie do tej wersji Dodge’a.

Czy Journey ma szansę zaistnieć na polskim rynku?
Nie jestem prorokiem, ale mimo wszystko myślę, że tak. Pomimo kilku ewidentnych wpadek i niedoróbek producenta, to jednak duże i bardzo wygodne, rodzinne auto. Dla 5-ciu pasażerów oferuje naprawdę sporo miejsca w środku, a duża liczba schowków i praktycznych rozwiązań wnętrza ułatwia podróż w komfortowych warunkach. Do tego z zewnątrz wygląda naprawdę ładnie. A że drogo? Może być taniej – oszczędnego diesla dostaniemy już za 111.000 PLN. I to jest naprawdę rozsądna cena.

Dyskusja

komentarzy

Dane techniczne
Dane techniczne producentaDodge Journey 2.7 V6 R/T
Silnikbenzynowy, V6, 24 zaw.
Typ zasilania paliwemwtrysk wielopunktowy
Pojemność2736 cm³
Moc maksymalna136kW (185 KM) @ 5500 obr./min
Maks. moment obrotowy256 Nm @ 4000 obr./min
Skrzynia biegówautomatyczna, 6-biegowa
Napędprzedni
Zawieszenie przódkolumny MacPhersona
Zawieszenie tyłwielowahaczowe
Hamulcetarczowe went./tarczowe
Opony225/55 R19
Bagażnik / po złożeniu siedzeń167 / 1460 l
Zbiornik paliwa78 l
Typ nadwoziavan
Liczba drzwi / miejsc5 / 7
Wymiary (dł./szer./wys.)4888 / 1878 / 1745 mm
Rozstaw osi2890 mm
Masa własna /ładowność1790 / 650 kg
Masa przyczepy / z hamulcem450 / 1360 kg
Spalanie: miasto/trasa/średnie15,0/7,6 /10,3
(średnie testu: 14,5)
Emisja CO2246 g/km
Prędkość maksymalna182 km/h
Przyspieszenie 0-100 km/h10,8 s
Gwarancja mechaniczna2 lata
Gw. perforacyjna /na lakier7 lat / 2 lata
Okresy międzyprzeglądoweco 12 tys. km lub co rok
Cena wersji testowej162 871 zł
Cena egz. testowegook. 190 000 zł
Ocena autoGALERIA.pl
Nadwozie / wnętrze7080
Stylistyka810
Przestrzeń przód/tył/bagażnik/2830
Widoczność45
Ergonomia kokpitu1415
Funkcjonalność1010
Jakość610
Układ jezdny / komfort5380
Układ kierowniczy810
Skrzynia biegów610
Zawieszenie810
Silnik510
Osiągi610
Hamulce710
Komfort710
Poziom hałasu610
Ekonomia / emocje5780
Cena1320
Wyposażenie1920
Zużycie paliwa1320
Wrażenia z jazdy610
Ocena wg autora610
Podsumowanie180240
Dodge Journey ma sporo wad, jednak w wersji z silnikiem wysokoprężnym i bez dodatkowego wyposażenia, może stanowić ciekawą alternatywę dla podróżujących rodzin.