Felietony

Mechanik, czyli niesamowity zawód

Adam Kołodziejczyk

Mechanik samochodowy to niesamowity zawód. Być może jestem odosobniony w swoich poglądach, ale właśnie do takiego wniosku prowadzą mnie moje wieloletnie obserwacje środowiska ludzi zajmujących się – z lepszym bądź gorszym skutkiem – usprawnianiem naszych pojazdów.

Zacznijmy od tego, że mechanikiem w Polsce może być właściwie każdy, kto w przypływie fantazji podsycanej wieczorną libacją alkoholową stwierdzi, że po udanej wymianie uszczelki pod pokrywą zaworów wie już o silnikach Forda właściwie wszystko. Do objęcia stanowiska “naprawiacza samochodów” nie ma wszak cenzusu wykształcenia kierunkowego czy choćby konieczności odbycia jakichkolwiek praktyk warsztatowych. Wystarczy zaplecze w postaci garażu i od samego rana można być sobie panem i szefem, zyskując jednocześnie poważanie w gronie znajomych i sąsiadów.

Nowi “mechanicy” mają też na starcie atut w postaci przysłowiowego “Grzesio zrobi Ci to za pół ceny, jedź do niego i zapytaj”. Podobno Grzesio zna się doskonale na Fordach (legenda o uszczelce zaczyna kwitnąć) i tak oto, parafrazując nazwę popularnego niegdyś telewizyjnego show, zwyczajni stają się nadzwyczajni. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że mechanik to nie jest byle kto. Na wizytę do niego przeważnie trudniej się “umówić” niż do światowej klasy neurochirurga. Kolejka (której nie widać) obowiązuje podobno każdego, łącznie z papieżem. Na audiencję obejmującą zdiagnozowanie usterki i naprawę zużytych elementów zawieszenia można umówić się telefonicznie, ale lepiej udać się w tym celu osobiście (przeszkadzając przy okazji mechanikowi w naprawie innych pojazdów). I tu pojawia się przestroga dla klientów.

Przy pierwszym spotkaniu nigdy nie należy domagać się wstępnej diagnozy usterki! Takie zachowanie przeważnie wzbudza w mechanikach atak wewnętrznej furii, przejawiającej się pod postacią kąśliwych docinków mających na celu tzw. ustawienie klienta (ulubiony tekst to “nie jestem Kaszpirowskim”). Mechanik daje tym do zrozumienia, że wizyta u niego ma być dla Ciebie prawdziwą nobilitacją. Jest niemniej ważna od wysłuchania wyników badania na którąś ze śmiertelnych chorób. Musisz być przygotowany na najgorsze (łącznie z zastawieniem domu na zakup nowej części zamiennej o jakiejś skomplikowanej nazwie, np. “przepływomierz”). A więc ustawiasz się w kolejce i czekasz…

Gdy nadejdzie twój czas, miej świadomość, że “ten przypadek jest wyjątkowy”. Normalnie takie rzeczy robi się dwa razy szybciej. To z twoim autem coś jest nie tak i to Ty jako jego właściciel ponosisz za to pełną odpowiedzialność. Idąc tym tropem, przy wymianie sworzni zostaniesz postraszony cięciem wahaczy, a przy ukręceniu łba jakiejś głupiej nakrętki będziesz musiał przygotować się psychicznie na pokrycie kosztów wyciągania całego silnika. Zanim jednak to wszystko nastąpi, znajdziesz godzinkę, by rozejrzeć się po placu przy warsztacie…

Jeśli szukasz używanej Mazdy bez prawego przedniego fotela, to u mechanika na podwórku stoi ich co najmniej kilka. Popytaj o ceny. Mogą okazać się atrakcyjne. Nie ubliżaj facetowi, który szwenda się w pobliżu szukając papierosów! Nie jest menelem. To pomocnik mechanika – postać bardzo ważna w każdym warsztacie. Człowiek ten słabo mówi po polsku, ale posiada niespotykany talent do przeklinania. Podczas pracy w kanale okazuje się niezastąpiony, bo nikt nie trzyma neonówki tak jak on. Podczas odkręcania śrub wynajduje dawno zapomniane kawały, które będą chodziły Ci po głowie do końca tygodnia. Pomocnik w wolnych chwilach przemierza bezkresne przestrzenie placu przywarsztatowego, szukając płaskiej trzynastki, od rana leżącej pod otwartą maską Mitsubishi. Oprócz tego opuszcza i podnosi na lewarku starą Astrę, wyklinając niemieckich konstruktorów za to, że nie przemyśleli dostępu do wymiany jakiegoś głupiego przewodu. Farsę z Oplem zwykle przerywa mechanik pokazując, że wystarczy “sięgnąć od góry”. To znak, że powinieneś pójść do poczekalni…

No więc idziesz do jakiejś pomalowanej na zielono budy, w której leży sterta zeszłorocznych gazet. Na ścianach wiszą kalendarze… wiadomo z czym. Poczęstowałbyś się kawą, ale ekspres wygląda, jakby był ostatnio czyszczony za czasów okupacji. Siadasz na wytartych do gąbki fotelach ze zużytego kompletu typu “wypoczynek” i czekasz. Mijają minuty, godziny, cichutko przygrywa radio, dowiadujesz się o katastrofie samolotu i tajemniczych zabójstwach w południowo-wschodniej Azji. Po pewnym czasie pojawia się sam Mefisto-mechanik. Wręcza Ci kluczyki, udając, że zupełnie nie obchodzi go, czy zapłacisz, czy nie.

I tyle? Czy to już koniec? Lżejszy o parę stówek, wygłodzony i zziębnięty po całym dniu czekania możesz o 17:00, w największych korkach ,wrócić zreperowanym autem do domu. Niestety po drodze okazuje się, że samochód wygląda w środku jakby bezdomny ganiał po nim szczura. Na kierownicy, siedzeniach i dywanikach jest pełno czarnego smaru… Na domiar złego, pod domem okazuje się, że przy maksymalnym skręcie w prawo słychać jakiś potworny łomot. Czegoś takiego nigdy wcześniej w swoim aucie nie doświadczyłeś. To sygnał, że najwyższy czas na tzw. “poprawki”. Jak bowiem każde wybitne dzieło, tak również i praca mechanika samochodowego wymaga przeważnie “ostatnich szlifów”… No i powiedzcie teraz: czyż to nie jest niesamowity zawód?