Co się stało z respektowaniem prawa i ze strachem? Młodzież na hulajnogach i "surronach" nie zna już słowa "zasady"
Najpierw było to zabawne. Potem zaczęło martwić. Teraz przeraża, gdyż skala tego zjawiska zdaje się rosnąć z miesiąca na miesiąc, nawet pomimo coraz głośniejszych spraw związanych z wypadkami czy zatrzymaniami przez policję. Mimo to młodzież na hulajnogach i "surronach" pozwala sobie na coraz więcej, często mając w głębokim poważaniu jakiekolwiek przepisy, o zdrowym rozsądku nie wspominając. I tu trzeba zadać to proste pytanie: jak do tego doszło?
23 września, Żuromin. 12-latek ucieka przed policją przez park, jadąc na hulajnodze. Ta oczywiście nie spełnia kryteriów pojazdów, którymi można legalnie poruszać się bez obowiązkowego ubezpieczenia OC i rejestracji, głównie ze względu na osiągi. Sprawa kończy w sądzie rodzinnym.
Dzień wcześniej, 22 września: 13-latek ucieka przed policją w Gdańsku, także na podobnym pojeździe. Okazuje się, że tutaj tablica rejestracyjna jest fałszywką, a pojazd nie ma obowiązkowego OC.
17 września, Ostrołęka, 14-latek rozpędza hulajnogę na drodze krajowej do 56 km/h. Na widok policji ucieka. Po zatrzymaniu okazuje się, że jego pojazd nie spełnia wymagań technicznych dla takich jednośladów. Poza mandatem w wysokości 3000 złotych, tutaj także sprawa kończy w sądzie rodzinnym.
16 września, Węgrów. Chłopiec zjechał hulajnogą z chodnika i próbował wyprzedzić z prawej strony Seata, którego kierująca skręcała na parking. Doszło do zderzenia. 11-latek trafił do szpitala z szeregiem obrażeń. Nie posiadał uprawnień, jechał bez kasku, a według policji hulajnoga nie była dopuszczona do ruchu.
To tylko cztery wybrane przypadki z ostatnich tygodni. Słyszymy o takich sytuacjach już niemal codziennie, a coraz częściej jesteśmy także ich świadkami. Nawet na mojej ulicy dojazdowej, prowadzącej do wjazdu na osiedle, coraz częściej młodzież na mocno zmodyfikowanych hulajnogach solidnie się wygłupia, skacząc i jeżdżąc na jednym kole. Doszło już do zderzenia z czyimś samochodem, ja zaś musiałem raz awaryjnie hamować na rampie zjazdowej, gdzie nagle wyskoczył mi pędzący dzieciak.
Miała ułatwić nam życie i przyspieszyć poruszanie się po mieście. Doszliśmy do sytuacji, w której tylko utrudnia, a młodzież na hulajnogach bywa coraz większym zagrożeniem
W pewnym wieku nikt nie był święty. Ja za dzieciaka spędzałem całe dnie na rowerze, włócząc się po mieście. Też robiliśmy głupie rzeczy - miasto, w którym mieszkałem do 13 roku życia, ze względu na ukształtowanie terenu, pozwalało na osiąganie solidnych prędkości na zjazdach. Kaski były czymś opcjonalnym i nikt specjalnie się nimi nie przejmował. Skakaliśmy na usypanych hopkach, czasami ścigaliśmy się na górkach, ale z tyłu głowy zawsze pozostawały dwa słowa: respekt i strach.
Respekt dla przepisów i ruchu. Nie trzeba nam było mówić, że rower nie ma szans przy spotkaniu z samochodem. Unikaliśmy więc jeżdżenia po ruchliwych drogach, co zresztą było nie tylko nieprzyjemne, ale i niebezpieczne. Na chodnikach (dróg rowerowych było bardzo mało) uważało się na pieszych i zachowywało ostrożność. To my byliśmy intruzami na rowerach, a nie przechodnie.
Strachem były potencjalne reperkusje prawne. Każdy wiedział, że pewnych granic się nie przekracza. Wiedzieliśmy gdzie jeździć, jak jeździć, jak się wygłupiać na rowerach i jak robić to w miarę bezpieczny sposób.
Jak widać jednak te 20-25 lat temu rozsądek wyglądał zupełnie inaczej. Teraz dotarliśmy do momentu, w którym młodzież na hulajnogach i "surronach", czyli elektrycznych pojazdach nawiązujących do motocykli crossowych, nie boi się niczego
Sytuacje, w których całe grupy dosłownie szaleją na chodnikach, nie przejmując się przechodniami, jest normą. Myślę, że i Wy już mieliście z tym do czynienia, gdyż to zjawisko dosłownie rozlewa się w ekspresowym tempie po kolejnych miastach.

Swoje trzy grosze dorzucają tutaj hulajnogi na wynajem. Młodzież dobrała się i do nich, często wykorzystując je (a te bywają w różnym stanie technicznym) do mniejszych lub większych wygłupów.
Przykładowa sytuacja z ostatnich dni. Na jednej z mniejszych, ale nie mało ruchliwej ulic na warszawskiej Woli, jedzie trzech chłopaków na hulajnogach firmy Lime. Dookoła poruszają się samochody i autobusy. Ci na drodze publicznej jadą na jednym kole (co, jak przypuszczam, w takiej zwyczajnej ciężkiej hulajnodze jest trudne). Jeden z nich regularnie przyhamowuje ślizgając się tylnym kołem.
Na samochody nie zwracają uwagi, traktują je jak coś, co przeszkadza w zabawie. Jeden z chłopaków na milimetry mija lusterko auta po tym, jak po postawieniu jednośladu na jednym kole lekko zniosło go w prawo, do krawędzi jezdni.
Są to już skrajnie absurdalne sytuacje. Do nich dodajcie jeszcze jazdę po zmroku bez oświetlenia, równie typową praktykę, która coraz bardziej mnie przeraża
I tu trzeba zadać pytanie: co stało się właśnie z tym respektowaniem przepisów i ze strachem? Gdzie są rodzice, którzy powinni wtłaczać do głowy jakąś odrobinę rozsądku? Ba, co stało się z rozumieniem prawa, w świetle którego większość z tych maszyn jest nielegalna?
Zastanawiam się na ile jest to ogromna ignorancja, a na ile po prostu absolutna niewiedza. Sam fakt, że rodzice takich dzieciaków godzą się na zakup sprzętu za kilka lub czasami nawet kilkanaście tysięcy złotych, nie mając świadomości o skutkach prawnych, które mogą ich szybko dopaść.
Elektryczne hulajnogi mogą jeździć maksymalnie z prędkością do 20 km/h. Wszystkie modele, które osiągają większe prędkości, muszą posiadać odpowiednią homologację i tym samym często wymagają rejestracji i ubezpieczenia.

To samo tyczy się elektrycznych crossów, traktowanych jako elektryczne motorowery. Przy mocy większej niż 4 kW i prędkości maksymalnej powyżej 45 km/h jest traktowany zaś jak motocykl. Poniżej tej granicy dalej są motorowerami, z obowiązkowym OC i rejestracją.
Dla porównania: rower elektryczny może mieć maksymalną moc silnika sięgającą 250W, działać tylko pod naciskiem pedałów i korzystać z zasilania 48V maksymalnie.
Tymczasem skutki użytkowania takiego pojazdu przez dziecko będą bardzo dotkliwe dla rodziców. Mandat, często na poziomie 3000 złotych, to jedna strona medalu. Mamy też kwestię nieuregulowanego OC, braku rejestracji i braku opieki nad młodzieżą. Z tego powodu te sprawy często trafiają do sądu rodzinnego.
Przepisy są więc proste i przejrzyste, a mimo to wiele osób ma je w głębokim poważaniu
Szczerze mówiąc mocno kibicuję policji, aby mocno regulowała tę kwestię i wzięła na celownik użytkowników takich pojazdów. I tutaj mam na myśli nie tylko młodzież na hulajnogach elektrycznych i wspomnianych crossach, ale przykładowo także dostawców w miastach, którzy poruszają się z szalonymi prędkościami na tak zwanych "fatbike'ach". Zderzenie takiego pojazdu z pieszym niemal na pewno skończy się poważnymi obrażeniami.


