Próbowałem wyjechać z miejsca parkingowego. Ja mogłem, auto nie chciało
Mówili, że nowoczesne systemy wspierające kierowcę będą rozwiązaniem wszystkich problemów. Póki co jednak generują nowe, okrutnie frustrujące. Przez jeden z układów nie byłem w stanie wyjechać z miejsca parkingowego - i to nie jest żart.
Myślałem, że autentycznie wyrwę kierownicę (hehe), wyrzucę ją przez okno i zostawię samochód postawiony okrakiem na połowie jezdni. Po raz pierwszy dopadła mnie skrajna frustracja związana z nowoczesnymi rozwiązaniami, które teoretycznie mają nam ułatwiać życie. Te wszystkie tak pięknie opisywane systemy wspierające kierowcę potrafią płatać figle. Ja jednak się nie śmiałem.
Sytuacja była skrajnie absurdalna, gdyż... elektronika nie pozwoliła mi wyjechać z miejsca parkingowego. W efekcie zablokowałem pół ruchliwej ulicy, a wszyscy dookoła mieli mnie za osobę, która nie potrafi jeździć.
Systemy wspierające kierowcę miały nam pomagać. Ten sprawił, że wyszedłem na głupka
Zwykła jednopasmowa ulica w centrum miasta, z miejscami parkingowymi ulokowanymi ukośnie po jednej ze stron. Niby nic wielkiego - kawałek krawężnika do pokonania, prosty manewr. Aż chce się napisać: "ta, jasne".
Mowa tutaj o Audi A6, które autentycznie zablokowało mi możliwość jazdy. Wyglądało to następująco: wrzuciłem wsteczny i czekałem na moment, w którym będę mógł się włączyć do ruchu. Na pasie ruchu, na który wjeżdżałem, zatrzymał się kierowca, który chciał zaparkować w tym miejscu. Zachował dużo miejsca, więc mogłem spokojnie cofać.

Musiałem to robić powoli, ze względu na krawężnik i duże koła. Pasem biegnącym w drugą stronę jechało sporo samochodów, ale bez problemu mogłem złożyć się po swojej stronie. Ja o tym wiedziałem, samochód nie.
Do akcji wkroczył system, który analizuje ruch poprzeczny
I nie wiedzieć czemu uznał, że zginę i rozbiję samochód. Najpierw wykrył zatrzymany (!) pojazd, zahamował samochód do zera i zablokował na chwilę możliwość wykorzystania gazu. Potem spanikował wykrywając auta jadące drugim pasem, choć tak jak napisałem nijak nie zbliżyłbym się nawet do linii oddzielającej je na jezdni.
W efekcie każdy przejeżdżający samochód powodował awaryjne zatrzymanie auta i blokadę gazu na kilka sekund. Frustracja kierowców czekających za osobą próbującą wjechać na miejsce, które zwalniałem, musiała być wysoka. Moja była pewnie jeszcze wyższa.
Finalnie manewr, który powinien zająć do 20 sekund, trwał prawie minutę
To był tem moment, w którym uświadomiłem sobie, że tak na dobrą sprawę przy kolejnym podobnym parkowaniu będę musiał przejść całą ścieżkę wyłączania tego systemu, aby spokojnie wyjechać z parkingu.
Bo jakby tego było mało, to parkując później w innym miejscu, na zwykłym prostopadłym parkingu (w miejsce wjeżdżałem tyłem), znowu zaliczyłem spotkanie z moim ukochanym rozwiązaniem. Dlaczego? Tym razem wykryło pieszego idącego sobie daleko chodnikiem. Auto stanęło dęba i musiałem odczekać co swoje, aby wjechać w miejsce.
Coraz częściej mam wrażenie, że te wszystkie systemy wspierające kierowcę stają się tylko kolejnymi "przeszkadzaczami"
Czasami są na wagę złota, ale z reguły irytują. Najgorsze jest jednak to, że usypiają powoli czujność wielu osób, wierzących im bezgranicznie. I kiedyś pewnie skończy się to w mało przyjazny sposób, oby maksymalnie "bezpieczny" i bez kosztów..


