Najbardziej oryginalny brytyjski samochód wraca do produkcji. Po 15 latach od jej zawieszenia
To się nazywa przerwa produkcyjna. Ostatni Bristol Fighter wyjechał do klienta w 2011 roku. Kolejne pięć sztuk ma wyjechać teraz, z okazji urodzin marki.
Historia marki Bristol to historia uporu, pasji i... sam nie wiem czego. Absurdalnie drogie, często wizualnie niezbyt szczęśliwe, przekombinowane auta, które trafiają na rynek od 80 lat. Przy czym trafiają, to dużo powiedziane. Produkcja jest tak małoseryjna, jakby zajmowało się nią stado leniwców. Niemniej (też nie wiem jakim cudem) w tabelkach się spina i na przykład Bristol Fighter wraca do produkcji. Ta została zawieszona po upadku firmy... w 2011 roku.
Bristol Fighter powstanie w oryginalnej wersji z silnikiem V10 i drzwiami "skrzydła mewy"
Bristol Cars ponoć powstało z martwych. Akurat na osiemdziesiąte urodziny. Z tej okazji marka wypuszcza kolejne egzemplarze Fightera.
To jedno z najbardziej oryginalnych aut, jakie Brytyjczycy wypuścili. Mówimy o samochodzie wystylizowanym niczym w latach 60, z piękną linią i nieco mniej pięknymi detalami. Do wnętrza wpuszczają nas "Gullwing doors", unoszone do góry drzwi, które nadają charakteru. Ten ginie po spojrzeniu na festiwal pokręteł na desce rozdzielczej. Wyglądają niczym plastikowe kurki od kuchenki gazowej.

Ale najciekawsze jest to, że w autorskim podwoziu Bristol Fighter mieści ośmiolitrowy silnik V10 z Dodge'a Vipera. Auto ma 532 KM, ale klienci mogą zamówić pakiet wzmacniający tę jednostkę do ponad 600 KM. Oczywiście skrzynia jest manualna, napęd na tylną oś, a o elektronice nikt nie słyszał. Fighterem to musi być kierowca, żeby okiełznać tę konstrukcję, zdolną ponoć do rozpędzenia się do blisko 340 km/h (210 mph).
Historia tego modelu jest fascynująca
Bristol Fighter został zaprezentowany w 2004 roku. Marka miała w planach zbudowanie większej liczby sztuk, ale powstało tylko około 20 podwozi.

Z czego do klientów trafiło mniej więcej 10 - 12 egzemplarzy na przestrzeni 7 lat.
I tak. Pięć sztuk, które zaplanowano teraz, dzięki anonimowemu inwestorowi, to te niewykorzystane podwozia z dawnej serii.
Ciekawe, czy tym razem uda się znaleźć klientów szybciej. Cena będzie wynosić ponad milion złotych, choć póki co Bristol Cars nie chwali się oficjalnym cennikiem. Za to podkreśla, że auto ma wszystkie możliwe homologacje i może trafić np. do USA.
Mamy parę zastrzeżeń, ale przyglądamy się z zaciekawieniem. Niechęć tej marki do całkowitego wymarcia przez 80 lat, mimo wielu przeciwności i produkcji sączącej się niczym kapiący mazut, jest godna podziwu.


