Chiny zza kierownicy. To wciąż Dziki Zachód, tylko na elektrycznych rumakach

Nowoczesne samochody, elektryfikacja, autonomiczna jazda - z tym obecnie kojarzą się Chiny. A jak wyglądają naprawdę, zza kierownicy? Zapraszam.

Nie ma wątpliwości, że chińska motoryzacja przeszła bardzo długą, ale bardzo przyspieszoną drogę. I nie zamierza się zatrzymywać. Chiny mają teraz setki swoich modeli samochodów, które bardzo szybko wypierają auta "z Zachodu". Do tego Państwo Środka wrzuciło wagony pieniędzy w rozwój samochodów elektrycznych, co na pewno zobaczymy na ulicach wielkich miast.

Ale jak jest z tym jeżdżeniem po Chinach naprawdę? Co zwraca uwagę, i czy wszystko wygląda jak na rolkach na instagramie?

Chiny to mieszanka wysokiej cywilizacji i chaosu

Ostatni raz w Chinach byłem dawno, w 2017 roku. To, co zwróciło moją uwagę od razu, to znacznie mniejszy smog, zarówno w Pekinie, jak i stosunkowo czyste powietrze w przemysłowym Wuhu. Chiny od paru lat mocno inwestują w OZE i poprawienie jakości "produkcji fabrycznej". Ale duże miasta to również zakaz jazdy spalinowymi skuterami i przewaga aut elektrycznych. Klasyczne, niebieskie tablice dla samochodów spalinowych nie są aż tak popularne, a chmary skuterów poruszają się bezgłośnie. I w chińskiej skali to daje spory efekt. Jest czyściej i ciszej.

Chiny

Choć, trzeba przyznać, że nie oznacza to, że jest cicho i spokojnie. Co to, to nie. Sposób jazdy Chińczyków nie zmienił się. Wspomniane skutery może nie atakują z wietnamską werwą, ale za to są absolutnie wszędzie. Na specjalnych pasach, chodnikach, jezdni, w poprzek drogi, na przejściach dla pieszych. Jako pieszy, trzeba mieć oczy dookoła głowy.

Z kolei kierowcy nie zaprzątają sobie głowy kierunkowskazami oraz patrzeniem w lusterka. Zarówno w mieście, jak i na autostradach trzeba uważać, bo można się nieźle wpakować.

Za to klakson wciąż jest w użyciu. Zwłaszcza w górach, gdzie pędzące na złamanie karku ciężarówki używają sygnału dźwiękowego jako klasycznego ostrzeżenia "uwaga, jadę!".

Jazda w Chinach dostarcza emocji. Turyści mogą już tego posmakować, dzięki czasowym (ważnym trzy miesiące) prawom jazdy, wyrabianym na miejscu.

Wtedy będziecie mogli docenić równe autostrady z wieloma pasami, równe drogi i sygnalizacje z odliczaniem sekundowym (niemalże każda takie ma, i uważam to za rewelacyjny wynalazek). Te drogi to również mnóstwo odcinkowych pomiarów prędkości i fotoradarów, aczkolwiek im dalej od dużych miast, tym większa fantazja kierowców. I mniej fotopułapek.

Co ciekawe, zaledwie kilka dni pozwoliło nam znaleźć odpowiednik polskiego, stereotypowego, kierowcy BMW. Brak kierunkowskazów nie jest tutaj wyróżnikiem. Ale już poganianie długimi z daleka, wyprzedzanie poboczem i inne manewry w stylu "tetrisa" na szerokich miejskich arteriach to powtarzający się schemat.

To kierowcy Xiaomi SU7. Jakimś cudem auta technologicznego giganta wywołują określone zachowania na drogach.

Chiny

Samochody elektryczne przeważają w miastach

A w każdym razie w dużych aglomeracjach. Zarówno SUV-y, jak i sedany na prąd to gros widzianych samochodów. Taksówki są niemal wyłącznie elektryczne, coraz więcej jest też minivanów i samochodów dostawczych. Co ciekawe, niewiele widziałem publicznych ładowarek. Głównie huby przy autostradach i na niektórych stacjach benzynowych. Większość osób ładuje auta elektryczne w garażach. Oczywiście chińskie.

Bo coraz mniej jest samochodów "z zachodu". Nowoczesny park maszynowy jest w znacznej przewadze chiński, a nawet nam, dziennikarzom piszącym o motoryzacji, trudno połapać się we wszystkich odmianach, modelach i wersjach. Na pewno wiele z nich robi już duże wrażenie (zwłaszcza luksusowe SUV-y Zeekra, Aito, czy Jetoura) i nie dziwi, że Mercedes, czy Audi oddały im pola.

Taka Santana jeszcze 10 lat temu była powszechna. Teraz to rzadki klasyk

Im dalej od aglomeracji, tym krajobraz motoryzacyjny jest starszy (ale wciąż mało graciarski) i bardziej spalinowy. W małych miejscowościach wciąż potęgą są spalinowe, dostawcze trójkołowce. Jest też sporo mikrosamochodów oraz pickupów. Podejrzewam, że im dalej na wschód Chin, tym bardziej czułbym się jak w dawnych czasach.

Zielone światła vs chiński sposób jazdy

Kierowców korzystających z chińskich dróg na pewno urzecze jedna z chińskich map, odpowiednik naszego Google Maps. Pokazuje absolutnie wszystko. Pas, który trzeba zająć, sygnalizację świetlną wraz z czasem zmiany, a nawet miejsca, w których stoją barierki na drodze (np. po wypadku). Wiemy, z czym wiąże się taka precyzja podawania informacji, ale mimo to, bardzo ułatwia życie.

Chiny I od razu widać, gdzie droga się zwęża

Podobnie jak coraz popularniejsze zielone światło na chińskich samochodach. Oznacza ono pojazd poruszający się w trybie autonomicznym.

I tu mam pewne zastrzeżenie. Systemy autonomiczne muszą uczyć się zachowań. I opcje są dwie. Albo uczą się jeździć poprawnie, i wtedy mamy problem z szalonymi chińskimi kierowcami, którzy jeszcze z niej nie korzystają, za to robią z jezdni kawałek prerii, po którym można poruszać się dowolnie. Albo mówimy o zaawansowanych, uczących się systemach, które w pewnym momencie przejmą sposób jazdy Chińczyków.

A wtedy kryjmy się przed chińskimi autonomicznymi samochodami. Będzie piękny chaos.

Chiny - podsumowanie zza kierownicy i z okien taksówek

To wciąż nie jest łatwy kraj do podróżowania, zwłaszcza że niewiele osób mówi po angielsku i można spotkać się też z drogowskazami pozbawionymi napisów "naszym" alfabetem. Poruszanie się może być łatwiejsze niż np. po Santo Domingo (absolutne piekło), czy Hanoi, ale wciąż wymaga uwagi.

Mimo to infrastruktura robi wrażenie - jakość dróg, punkty obsługi podróżnych przy autostradach, sygnalizacja i organizacja ruchu. Na samych (płatnych) autostradach z kolei ruch jest zadziwiająco spokojny.

Innymi słowy, Chiny to zupełnie inny świat, który łączy Dziki Zachód (albo nawet Wschód), z elektrycznymi rumakami postępu. Mieszanka nie do podrobienia.