Mityczna Valhalla trafi na rynek jedyne sześć lat po premierze. Lepiej późno, niż w ogóle
Powstawała w bólach i z wieloma problemami na drodze. Finalna wersja jest zupełnie inna, niż pierwszy prototyp. Aston Martin Valhalla wreszcie jest gotowy do debiutu na drogach.
Aston Martin nie jest w dobrej sytuacji finansowej i musi zmienić swoją strategię działania. Adrian Hallmark, doświadczony menadżer, który przejął tutaj stery (wcześniej pracował w Bentleyu, którego solidnie wzmocnił) od razu wziął się do pracy. Brytyjska marka tnie szalone projekty i skupi się na produkowaniu ciekawych wersji znanych modeli. Do tego zmniejszy liczbę produkowanych aut i ograniczy "stock". Wszystko po to, aby ustabilizować koszty i zwiększyć rentowność. Aston Martin Valhalla jest więc de facto "ostatnim takim projektem" tej firmy na lata.
A mówmy tutaj o aucie, które rodziło się w bólach. Brytyjczycy ogłosili je jeszcze w 2019 roku, gdy współpracowali z Astonem Martinem w Formule 1. Valhalla początkowo nosiła nazwę RB-003, gdyż miała być rozwijana wspólnie z austriacką firmą, tak jak i pokazana wcześniej Valkyrie. Do tego sercem tej maszyny był silnik TM01, czyli 3-litrowe V6, które opracowano w Wielkiej Brytanii.
A potem to wszystko się zawaliło i Aston Martin Valhalla stał się dużym problemem
Zamknięcie projektu nie wchodziło w grę. Rozstanie Astona Martina i Red Bulla sprawiło, że dopracowanie Valkyrie i Valhalli mocno się wydłużyło. Do tego kondycja finansowa marki doprowadziła do... wyrzucenia do kosza własnej jednostki napędowej. A dodajmy, że silnik TM01, czyli to 3-litrowe V6, był pierwszym nowym autorskim projektem marki od... 1968 roku.
Finalnie Valhalla zyskała nowy wygląd, a miejsce V6-ki zajęła niemiecka V8-ka. Mowa tutaj o czterolitrowym silniku ze stajni AMG. Tu dodatkowo spięto go z własnym systemem hybrydowym, co było dodatkowym wyzwaniem dla brytyjskich inżynierów.
Sam silnik spalinowy generuje 828 KM. Jest to wersja V8-ki z płaskim wałem korbowym, wywodząca się z modelu GT Black Series. Dodatkowo dorzucono tutaj dwa silniki elektryczne na przedniej osi, a łączna moc to 1079 KM i 1100 Nm. Warto dodać, że Valhalla może jeździć w trybie czysto elektrycznym i jest wówczas, formalnie, przednionapędowym samochodem.
Setka pojawia się na zegarach w 2,5 sekundy, prędkość maksymalna to 350 km/h
Brytyjska marka postawiła oczywiście na aktywną aerodynamikę, a także na szereg rozwiązań wywodzących się z F1. Mowa tutaj między innymi o zawieszeniu typu push-rod, a także o systemie wykorzystania energii elektrycznej podczas intensywnego przyspieszania. Tylne skrzydło, otwierające się przy wyższych prędkościach, zapewnia do 600 kg siły docisku. Gotowy do jazdy samochód waży zaś 1650 kilogramów, co nie jest złym wynikiem.
Na drogi wyjedzie 999 takich samochodów
Wbrew pozorom Aston Martin będzie miał sporo pracy, gdyż wciąż dostępne są sloty produkcyjne. Wiele osób wycofało się z zakupu przez długi okres oczekiwania. Trudno też powiedzieć, czy finalny produkt jest tym, czego oczekiwali fani marki.
Tu warto zaznaczyć, że ta konstrukcja miała być też wykorzystana do budowy nowego Vanquisha. Nim ta nazwa powróciła na następcy modelu DBS (czyli na wielkim coupe z V12 pod maską), miała trafić na masowo produkowany samochód z centralnie umiejscowionym silnikiem. Wizualnie i technicznie byłoby to auto spokrewnione z Valhallą, niemniej miejsce monokoku z włókna węglowego zajęłaby aluminiowa konstrukcja.
Finalnie jednak ten projekt także wylądował w koszu, ze względu na koszty i potencjalnie średnie zainteresowanie ze strony klientów.
Pierwsze egzemplarze Valhalli trafią do klientów w drugiej połowie tego roku.