ciekawostki

Historia szwedzkiej motoryzacji w pigułce. Jeździliśmy klasycznymi modelami Volvo

Historia szwedzkiej motoryzacji w pigułce. Jeździliśmy klasycznymi modelami Volvo

Toczyć się. Dostojnie, z klasą, ale i w komforcie. Volvo od lat wierne jest swojej specyficznej ideologii, która idealnie sprawdza się w wielu warunkach.

Słowem wyjaśnienia – nazwa Volvo oznacza właśnie „toczyć się”. I jest to określenie idealnie oddające charakter tej marki. Choć na przestrzeni lat nie brakowało tutaj prawdziwie sportowych modeli, to jednak to „toczenie się” od zawsze miało pierwsze miejsce i zapewniało komfort, którego próżno było szukać u innych producentów. Co więcej, Szwedzi stawiali na proste i pancerne rozwiązania, dzięki czemu nawet najstarsze auta dzielnie znoszą próbę czasu. Dzięki ogromnym staraniom polskiego oddziału Volvo, do naszego kraju ściągnięto eksponaty muzealne. Szwedzi należą też do osób, które nie wierzą w określenie „garage queens” i trzymają swoje samochody za taśmami w muzeach. Nam pozwolono nimi pojeździć – i to nie byle gdzie, bo na torze Modlin.

Wszystko zaczęło się w 1927 roku

Wtedy też na drogi wyjechał pierwszy model Volvo – ÖV 4, czyli  „Öppen Vagn 4 cylindrar”, co oznaczało nic innego niż „otwarte nadwozie, cztery cylindry. Datę 14 kwietnia 1927 roku, kiedy to pierwszy egzemplarz zjechał z linii produkcyjnej (niestety w niewłaściwym kierunku, gdyż przez źle zamontowany dyferencjał jedynka stała się wstecznym), przyjmuje się za początek istnienia marki Volvo. W latach 1927-1929 powstało zaledwie 996 takich aut, przy czym do naszych czasów zachowała się ich garstka. I jeden z nich dotarł do Warszawy dzięki staraniom Volvo. To w zasadzie ostatni tak zachowany samochód, który w zasadzie nigdy nie opuścił hali muzealnej. Z oczywistych względów (pogoda i stan auta) model ten jako jedyny stał ukryty w budynku, aczkolwiek bez większych ograniczeń można było go podziwiać i oglądać. Zresztą PR Manager Volvo Car Poland, Stanisław Dojs, podkreślał żartobliwie, że pierwszy model Volvo niejako zapowiedział to, co aktualnie dzieje się w marce. Miał bowiem 20-calowe koła i 4-cylindrowy silnik.

Drugim najstarszym samochodem, który zagościł w Warszawie był PV 66, czyli elegancka „limuzyna” będąca pierwszym powojennym Volvo. Cała konstrukcja była mocno inspirowana amerykańskimi samochodami. Sercem tego auta był 6-cylindrowy dolnozaworowy silnik, który generował 90 KM (pojemność 3,7 litra). Unikalna stylistyka oraz wysoka jakość wykonania nie przekonały jednak zbyt wielu klientów, bowiem wysoka cena w powojennych warunkach była sporą przeszkodą. Znacznie większą popularność zdobył za to inny, tańszy i mniejszy model, PV444. Nam do dyspozycji oddano wersję kombi, czyli PV445 Duett, będącą pierwszym samochodem z takim nadwoziem w Europie. Był to też pierwszy pojazd, za kierownicę którego to wskoczyłem. I nie skłamię pisząc, że jazda tym autem dała mi chyba najwięcej radości. To prosta konstrukcja – klasyczny silnik 1.6 o mocy 60 KM. 3-biegowa skrzynia manualna z układem „dog-leg”, do tego z niezsynchronizowanym pierwszym przełożeniem. Klasyczna analogowa robota, a jednak bardzo lekka i przyjazna w prowadzeniu. Nie ma tutaj nic trudnego. Wkładamy kluczyk do stacyjki, klasycznie go przekręcamy i lekko przytrzymujemy pedał gazu, aby „podlać” silnik i dać mu szansę szybkiego zakręcenia. Auto odpala od ręki i od razu zaskakuje bardzo łagodną i przyjemną pracą. Jedynka wskakuje z lekkim oporem, odrobina gazu, noga ze sprzęgła i jedziemy.

Osoby, które wcześniej jeździły Duettem spodziewały się dużych oporów w prowadzeniu i topornego zachowania. Tymczasem „sterowanie” tym samochodem jest bajecznie proste i bardzo lekkie, nawet pomimo wyjątkowo niekomfortowej pozycji za kierownicą. Podwójne wysprzęglenie nie kończy się żadnym haczeniem czy nieoczekiwanym zachowaniem, a miękkim przejściem pomiędzy pierwszym a drugim przełożeniem. Duett spokojnie, ale i sprawnie rozpędza się do 40-50 km/h, majestatycznie bujając się przy tym na każdym łuku. Nierówności dla niego nie istnieją – i o to dokładnie chodziło producentowi. Wszak Duett wybierany był przez rodziny, handlarzy czy stolarzy, którzy to często musieli pokonywać dziesiątki a nawet setki kilometrów po fatalnych jakościowo drogach (a w zasadzie po szutrach). Niewielka prędkość maksymalna nie była więc problemem. Na pokładzie znalazły się za to elementy, które już wtedy zaskakiwały swoją nowoczesnością. Poza sterowanym ręcznie szperaczem doświetlającym drogę i zakręty nie zabrakło tutaj pasów bezpieczeństwa. Jest to już trzypunktowa konstrukcja, oczywiście pozbawiona automatycznych zwijaczy. Po zajęciu miejsca za kierownicą trzeba więc dopasować długość tasmy, a następnie wielką metalową klamrę zapiąć o „ucho” w postaci metalowego zaczepu, który wystaje z tunelu środkowego.

Być jak Simon Templar

Chyba każdy oglądał w swoim życiu kultowy serial „The Saint”, czyli „Święty”, z Rogerem Moorem w roli głównej. Simon Templar miał gust do aut – w serialowej wersji poruszał się przepięknym Volvo P1800S, które nawet dzisiaj budzi wiele emocji. Piękna linia miesza się tutaj z pancerną konstrukcją, która pozwoliła niektórym na przejechanie nawet 5 000 000 kilometrów takim autem. Samochód, którym dane mi było jeździć pochodzi z kolekcji Volvo Car Poland. Jest to egzemplarz z rocznika 1966 w kolorze czerwonym, wyposażony w 106-konną jednostkę napędową i czterobiegową manualną skrzynię biegów z elektrycznie uruchamianym nadbiegiem.

W tym samochodzie wrażenia są już zupełnie inne. Wszystko pracuje znacznie ciężej, z wyraźnym „szwedzkim” oporem. Pozycja za kierownicą także nie należy do najprzyjaźniejszych, zwłaszcza dla wysokich osób (siedzi się bowiem niemalże na kierownicy). Wszystkie te niedogodności przestają mieć jednak znaczenie w momencie, w którym wrzucamy pierwszy bieg (bodaj najkrótszym lewarkiem skrzyni biegów) i ruszamy na tor. Dynamika nie zawodzi, choć patrząc na stylistykę oczekiwać można by było czegoś więcej. Wielka kierownica przypomina raczej koło sterowe w statku, a operowanie nią niczym nie różni się od skręcania tankowcem podczas sztormu. Ma to jednak swój urok, zwłaszcza gdy patrzymy na wnętrze, którego nie powstydziłyby się nawet włoskie marki. Piękne zegary, cudowna kierownica i elegancko narysowana deska rozdzielcza sprawia, że spędzanie czasu w tym aucie to czysta przyjemność.

Turboera

Z P1800S przesiadłem się wprost do modelu 244 Turbo, czyli jednego z pierwszych aut z ery turbodoładowania. Jednostka 2.3 generuje tutaj 155 KM, choć jak słusznie zauważyli niektórzy egzemplarz podstawiony przez Szwedów zapewne był lekko skręcony lub zduszony, zapewne w celu zachowania idealnego stanu. W tym aucie można poczuć się już jak we współczesnej maszynie. W prowadzenie trzeba włożyć nieco siły, choć nie jest to męczące. Skrzynia biegów pracuje z dużym oporem i lekko haczy. Silnik powoli buduje moc, rozbudzając turbo dopiero w okolicach 2 500 obrotów na minutę. Wtedy turbosprężarka zaczyna powoli nabierać pary, czego niestety podczas jazdy na krótkim torze nie było szans sprawdzić. Charakterystyczny gwizd był jednak wyraźnie słyszalny, a wskaźnik ciśnienia doładowania powoli unosił się z zielonej w stronę żółtej strefy. W 244 Turbo czuć też rajdowe korzenie. Jest to miękki i dość toporny samochód, ale widać, że na szutrach czy właśnie rajdowych trasach czułby się doskonale.

Na deser pozostawiłem sobie samochód, do którego mam ogromną słabość. Jest to Volvo 850 T-5 R, czyli kultowa sportowa odmiana rodzinnego kombi. Tak, tego kombi, które w BTCC absolutnie zamiatało. Tego kombi, które swoimi osiągami zaskakiwało wiele droższych aut. 225 KM generowanych przez jednostkę 2.3 Turbo. I choć moc jest tutaj zduszona przez automatyczną skrzynię biegów, to jednak klimat tego wnętrza oraz całego auta rekompensuje pewne straty. „Bananowe” nadwozie w połączeniu z czarnym wnętrzem absolutnie urzeka. 850-ka ma w sobie coś magicznego i regularnie kusi mnie zakup takowego auta. Oczywiście dorwanie wersji R staje się już coraz trudniejsze, a dobre egzemplarze kosztują krocie, aczkolwiek model ten bez wątpienia zaczyna zasługiwać na tytuł prawdziwego klasyka.

Tęsknię za starociami

Lubię nowoczesne auta. Lubię komfort i udogodnienia, które oferują. Jednak za każdym razem, gdy przesiadam się z czegokolwiek „analogowego”, mam wrażenie, że każdy nowy pojazd jest pozbawiony duszy. Elektronika zastępuje staranne dopracowanie każdego elementu, a sam charakter auta jest uwarunkowany danymi z czujników i przekaźników, a nie z mechanicznie działających podzespołów. Taka przejażdżka starymi samochodami, nawet krótka, jest więc idealnym odświeżeniem i przypomnieniem, że kiedyś w autach wszystko zależało od kierowcy i jego zdolności.

 

 

Dyskusja

komentarzy