Pierwsze jazdy

2018 Ford Fiesta ST – Czysta radość | PIERWSZA JAZDA

Szybka, bezpośrednia i dająca niesamowitą radość z jazdy. Precyzyjna, ale pozwalająca na sporą dawkę szaleństwa. Przed Wami nowa Fiesta ST, która bezapelacyjnie zgarnia tytuł najlepszego hothatcha w swoim segmencie.

Ostrzegam – ten tekst będzie nasycony emocjami, których podczas testów nowej Fiesty ST nie zabrakło. Model ten bowiem przywraca wiarę w prawdziwe „gorące hatchbacki”, które dają kierowcy nie tylko prawdziwą frajdę z jazdy, ale także wolność wyboru. O czym mowa? Pozwólcie, że opowiem Wam o nowym sportowym Fordzie.

Rewolucja

Poprzednia generacja Forda Fiesty ST była zwyczajnie dobra. Precyzyjny i zadziorny samochód, który pozwalał solidnie poszaleć, zarówno na drogach publicznych jak i na torach. Na pożegnanie modelu zaprezentowano wersję ST200 – znacznie ostrzejszą i wulgarniejszą. Była ona zdecydowanie bardziej wymagająca w porównaniu do „zwykłego” ST – twardsza i bardziej męcząca w codziennej eksploatacji. W zamian odwdzięczała się jednak fantastycznymi właściwościami jezdnymi, których próżno było szukać w autach konkurencji.

Tymczasem w przypadku najnowszego modelu to właśnie wersja ST200 stała się punktem wyjścia dla inżynierów Forda. Nie chcieli oni jednak rozwinąć założeń tego modelu, a zwyczajnie stworzyć coś jeszcze lepszego. Rozpoczęto więc od stylistyki – elementu najbardziej kontrowersyjnego. Zdecydowano się bowiem na ugrzecznienie Fiesty, które miało podkreślić dorosłość tego modelu. W efekcie samochód ten zdecydowanie bardziej zaczął przypominać auto kompaktowe aniżeli miejskiego zawadiakę. Łagodniejsze linie sprawiły, iż Fiesta zdecydowanie wydoroślała, celując tym samym w nieco bardziej dojrzałych kierowców. W odmianie ST koniecznym więc było podkreślenie sportowego charakteru. Pojawiły się więc tutaj agresywniej stylizowane zderzaki – z większymi wlotami powietrza z przodu oraz dyfuzorem z tyłu. W nadkolach z kolei pojawiły się większe, 18-calowe felgi o charakterystycznym wzorze. Linia dachu została natomiast zwieńczona delikatnym spoilerem, podkreślającym wizerunek tego modelu.

Zmiany zaszły też we wnętrzu – grubsza kierownica pokryta perforowaną skórą, fantastyczne trzymające (choć dość ciasne) fotele Recaro oraz ciemna tapicerka podkreślają sportowy charakter tego auta. Testowany egzemplarzy wyposażony był dość ciekawie – w manualną klimatyzację i „szmacianą” tapicerkę. Muszę jednak przyznać, że to wszystko w zupełności wystarcza do szczęścia – tak naprawdę całą „robotę” wykonuje tutaj silnik i układ jezdny, który wywyższa to auto ponad konkurentów.

Trzy cylindry niezgody

„Trzy cylindry? To chyba jakiś żart”. „Taki silnik będzie się psuł co chwilę”. „Hothatch z trzema cylindrami? To kpina!”. Tego typu komentarzy naczytałem się w sieci setki. Zresztą sam byłem lekko zaskoczony decyzją Forda – zdecydowano się bowiem na montaż nowej, 3-cylindrowej jednostki napędowej pod maską. Na pierwszy rzut oka nie ma na co narzekać. Równo 200 koni mechanicznych oraz 290 Nm momentu obrotowego to wartości, które w tak małym i lekkim aucie (ważącym nieco ponad 1200 kilogramów) zapewnią fantastyczne osiągi. Obawy tyczyły się kultury pracy tego silnika oraz jego brzmienia. Podczas genewskiego salonu samochodowego w 2017 roku miałem okazję porozmawiać chwilę z Davem Pericakiem, ówczesnym szefem działu Ford Performance. To właśnie ta dywizja Forda odpowiedzialna jest za najciekawsze projekty tej firmy – od Fiesty ST aż po model GT. Pericak zapytany o jednostkę 1.5 EcoBoost podkreślił, iż w ich opinii silnik ten fantastycznie poradzi sobie z małą Fiestą oraz ma potencjał na dalszy rozwój.

Mimo to do pierwszego kontaktu z tym autem podchodziłem z rezerwą. Wszak tego typu silnik w hothatchu to absolutna nowość i wielka niewiadoma. Wystarczy jednak pierwsze odpalenie silnika „na zimno” aby przekonać się, że Ford przede wszystkim wykonał kawał rewelacyjnej roboty pod kątem brzmienia. Jednostka ta wita nas groźnym i wulgarnym brzmieniem, którego próżno szukać u konkurencji. Ba, nawet rzędowe czwórki z dobrym wydechem nie serwują takiej ścieżki dźwiękowej. Delikatne „przegazowanie” silnika owocuje chrapliwym i sympatycznym bulgotem, który podczas jazdy wyraźnie się uwydatnia. I nie, Ford nie zdecydował się na puszczanie dźwięku z głośników, tak jak większość konkurentów. Całą robotę wykonuje wydech, w którym zastosowano aktywne zawory, otwierające się w zależności od wybranego trybu.

A tryby mamy trzy – Normal, Sport i Track. Każdy z nich zmienia zachowanie przepustnicy, wydechu, zawieszenia oraz pracy (opcjonalnej, dostępnej w pakiecie Performance) mechanicznej szpery. Przyznam się szczerze – pierwszą opcję (Normal) całkowicie sobie odpuściliśmy w trakcie jazdy Fiestą ST. Od razu zaczęliśmy od trybu Sport i to był dobry pomysł. Tryb ten zapewnia bowiem idealny kompromis pomiędzy doskonałymi właściwościami jezdnymi a komfortem przy codziennym użytkowaniu. Zawieszenie nie chce wytłuc z nas plomb, a silnik jednocześnie żwawiej reaguje na decyzje przekazywane prawą stopą. Nie spotkamy się też z jakąkolwiek nieprzewidywalnością oraz innymi niepożądanymi zachowaniami.

Cała reszta z kolei została zmodyfikowana w taki sposób, aby kierowca miał jak najlepszy kontakt z autem. Układ kierowniczy cechuje się skróconym przełożeniem, wynoszącym 12:1. Identyczne przełożenie zastosowano w Alfie Romeo Giulii, cenionej za bardzo precyzyjne prowadzenie. Fiestę ST pozbawiono na szczęście „nadmiernej czułości”, którą cechuje się włoska limuzyna. Delikatne ruchy nadgarstkami wystarczają, aby nadać kierunek jazdy, lecz nie spotykamy się przy tym z wyraźną nerwowością czy też innymi niepożądanymi zachowaniami.

W ramach pakietu Performance oferowana jest mechaniczna szpera Quaife oraz funkcja Launch Control. Wydawać by się mogło, że to mało. Nic bardziej mylnego – Fiesta ST dzięki tej pierwszej opcji staje się małym pożeraczem ostrych zakrętów. Niezależnie od prędkości samochód ten zdaje się być przyklejony, a pokłady przyczepności są niemalże nieskończone. Podsterowność? Nawet na ostrych zakrętach z maksymalnie wciśniętym gazem Fiesta ST nie wyjeżdża przodem. Ba, nie odpuszcza obranego toru jazdy, o ile oczywiście Wy nie odpuścicie gazu w odpowiednim momencie. Wówczas pojawia się zauważalna, choć bardzo łatwa do opanowania nadsterowność, dająca masę radości.

I to jest chyba najlepsza cecha Fiesty ST – komunikatywność. Samochód ten już po kilku kilometrach daje się wyczuć, zaś pokonując za kierownicą kilkanaście kilometrów można poczuć się w nim jak we własnym aucie, w którym spędziło się bardzo dużo czasu. Czytelność zachowania oraz łatwość wyczucia jest fenomenalna i sprawia, że model ten zdecydowanie przebija swoich konkurentów, z Polo GTI i Clio R.S. na czele.

Wisienką na torcie w tym wszystkim jest skrzynia biegów. Krótka, precyzyjna i fantastycznie zestopniowana. Długość przełożeń dobrano w taki sposób, iż nawet podczas torowej jazdy można śmiało używać przełożeń 2-4, zapewniających odpowiednią moc i osiągi. A w tym wszystkim pierwsze skrzypce gra silnik.

Jeszcze raz suche dane techniczne – 1500 centymetrów sześciennych pojemności, 200 koni, 290 Nm momentu obrotowego, 6,5 sekundy do setki i prędkość maksymalna wynosząca 232 km/h. Krótko mówiąc wartości więcej niż wystarczające dla takiego auta. Dla wielu osób barierą jest jednak liczba cylindrów. Czy trzy wystarczą w takim aucie? Odpowiedź brzmi – jak najbardziej. Wszystkich malkontentów zachęcam do przejażdżki nową Fiestą ST. Pomijając opisywane wcześniej brzmienie, silnik ten wyróżnia się lekkością wkręcania na obroty oraz zapasem mocy niezależnie od obrotów. Jest w tym duża zasługa specjalnej konstrukcji turbosprężarki, dzięki której udało się całkowicie zniwelować zjawisko turbodziury. W efekcie nawet na wyższych przełożeniach Fiesta ST sprawnie odpycha się do przodu, nie sprawiając wrażenia ospałości. Zresztą cały moment obrotowy jest dostępny od 1600 aż do 4000 obrotów na minutę, a i wyżej silnik ten pozostaje żwawy i chętny do pracy.

Oczywiście wybór jednostki trzycylindrowej był tez efektem walki o niskie zużycie paliwa. Wedle obietnic producenta nowa Fiesta ST ma zużywać nawet 6 litrów paliwa na sto kilometrów, zaś podczas spokojnej jazdy jeden z cylindrów może zostać odłączony. Cóż, muszę przyznać, że nie miałem okazji sprawdzić tej funkcji – po prostu zbyt dobrze bawiłem się z tym autem.

W imię prowadzenia

Ford walczył o możliwie najlepsze właściwości jezdne. Opcjonalna szpera Quaife to tylko czubek góry elementów, które wpływają na prowadzenie Fiesty ST. Wśród rozwiązań, na które warto zwrócić uwagę trzeba wymienić kierunkowo nawijane sprężyny, dzięki którym mamy nie tylko możliwość szybszej zmiany kierunku jazdy, ale także oszczędzamy aż 10 kilogramów masy. Dwururowe amortyzatory z kolei tworzą idealny kompromis pomiędzy właściwościami jezdnymi a komfortem podróżowania. Warto też zwrócić uwagę na system ESC, posiadający trzy tryby pracy. W pierwszym układ ten pracuje z maksymalną czujnością, szybko „odcinając” auto przy wszelkich niepożądanych zachowaniach. W ESC Sport mamy możliwość wprowadzenia delikatnego kontrolowanego uślizgu, który w krytycznej sytuacji jest zabijany przez elektronikę. W trybie Track z kolei jesteśmy zdani sami na siebie – i to się chwali. Ford nie stworzył bowiem auta, które stara się myśleć za kierowcę i uniemożliwia mu podjęci pewnych decyzji. W efekcie Fiesta ST sprawdzi się w mieście, podczas zabawy na krętych drogach jak i na track dayu.

Bogato

A przy tym wszystkim nie trzeba rezygnować z dobrego wyposażenia. Fiesta ST oferuje rozwiązania ze standardowych modeli – system audio B&O, 8-calowy ekran systemu SYNC3, podrzewane fotele oraz szereg systemów bezpieczeństwa zwiększających komfort podróżowania – z czujnikiem martwej strefy i aktywnym tempomatem na czele. Listę opcji uzupełniono też o wyczekiwane światła przednie wykonane w technologii LED.

Co ważniejsze cena jest adekwatna do tego, co za nią otrzymujemy. Ford Fiesta ST wystartuje z poziomu 84 750 zł za bazową wersję, która oferowała będzie w zupełności wystarczające wyposażenie – klimatyzację manualną, system inforozrywki oraz wiele innych. Bogato doposażona odmiana z pakietem Performance powinna z kolei zamknąć się w okolicach 100 000 zł, co stanowi niezwykle atrakcyjną ofertę na tle konkurencji.

Przeprosiny

Kilka miesięcy temu jeżdżąc Polo GTI stwierdziłem, że najprawdopodobniej będzie to najlepszy hothatch w tym segmencie. Cóż, pomyliłem się – Fiesta wjechała „cała na biało” i po prostu rozwaliła system. Daje to samo, co Polo GTI, lecz wszystko to obsypuje jeszcze czystą przyjemnością z jazdy.

Chciałbym Was też przeprosić za skromną galerię i brak własnych zdjęć wnętrza. Niestety Fiestą ST jeździło mi się tak dobrze, że zupełnie o tym zapomniałem. Wy też zresztą zapomnielibyście o wszystkim w tym aucie.