Tylne lampy w Mercedesach przez lata miały charakterystyczne "żebra". Tu nie chodziło o wygląd
Mało jest tak stylistycznie charakterystycznych elementów na przestrzeni lat, jak tylne lampy w starych Mercedesach. A wiecie, skąd one się w ogóle wzięły?
Tylne, żebrowane lampy w Mercedesach pojawiły się już na początku lat 70. Od tamtej pory większość modeli marki miała właśnie takie światła, po których do dziś każdy jest w stanie rozpoznać "starego Merca", czy to Beczkę, czy W140, czy nawet W124. Korzystali z tego zabiegu zarówno Friedrich Geiger, Paul Bracq, jak i Bruno Sacco. Każdy model miał ten charakterystyczny wzór lampy. Zresztą. Nawet zmiana technologii oraz projektantów nie spowodowało, że Mercedes poddał się z tą stylizacją. Nawet w uproszczonej formie, ale nowe modele nawiązywały do tej blisko 40-letniej tradycji stylistycznej. Dopiero w najnowszych modelach Gordon Wagener postawił na zupełnie inną stylistykę.
Tymczasem ten detal ma tak naprawdę więcej wspólnego z bezpieczeństwem, niż estetyką, i odpowiada za niego inny słynny pracownik Mercedesa.
Tylne lampy Mercedesa stworzył Béla Barényi
To nazwisko jest bez wątpienia jednym z najważniejszych w historii motoryzacji. Inżynier, wynalazca, który położył podwaliny pod całe współczesne zasady projektowania samochodów, tworząc ideę stref zgniotu oraz "nienaruszalnej" konstrukcji kabiny pasażerskiej.
Przy okazji, zaprojektował też tylne lampy w Mercedesach. To znaczy, przekazał swój pomysł stylistom, którzy stworzyli słynne żebrowane oświetlenie.
Pierwszymi modelami korzystającymi z tego rozwiązania były "Sonderklasse", czyli pierwsza oficjalna klasa S, model W116., a także SL serii R107.

Ich głównym zadaniem była poprawa bezpieczeństwa oraz... aerodynamika.
Barényi wyszedł z założenia, że widoczność tylnej lampy jest kluczowa dla bezpieczeństwa auta (tak, to zdanie dla tych, co jeżdżą na dziennych przy kiepskiej pogodzie).
Biorąc pod uwagę moc oświetlenia w tamtych czasach, trzeba było zrobić wszystko, aby było ono widoczne niezależnie od warunków.
Dlatego pojawiło się charakterystyczne użebrowanie. Dzięki temu, nawet jeśli padał śnieg, zebrał się brud, czy pył, to zostawał na górnej części lampy. Tymczasem ta "wewnętrzna" wciąż była czysta (albo co najmniej czystsza) i światło było widać ze znacznie dalszej odległości.
Dodatkowo, na dość kanciastych nadwoziach ówczesnych Mercedesów, powietrze było znacznie lepiej kierowane na tylnej krawędzi auta. Zwłaszcza w modelach, w których tylne lampy lekko zachodziły na błotniki.

Bezpieczeństwo, a jakże. Ale dla mnie to też historia designu
Oczywiście, że założenia były słuszne i trudno tu odmówić Mercedesowi racji. Ale wiele znamy patentów, które w założeniu miały być dobre, a niekoniecznie się sprawdziły.
Moim zdaniem tylko dzięki genialnym projektantom pracującym wtedy dla marki (Bracq, Sacco), ten element stał się tak charakterystyczny i wyróżniający dla Mercedesa. I przetrwał tak długo w niemalże niezmienionej postaci. A następcy, tacy jak Wagener, długo do niego nawiązywali, mimo iż światła były znacznie lepiej widoczne.


