Jakie ograniczenie prędkości obowiązuje na tym odcinku? Odpowiedź brzmi: tak
Czekam na ten piękny dzień, w którym ktoś uporządkuje syf w naszych polskich znakach drogowych. Ograniczenia prędkości pojawiają się losowo, a często mało kto przejmuje się właściwym zabezpieczeniem tymczasowego lub docelowego oznakowania.
Wiecie co najbardziej kocham w podróżowaniu po Europie, zwłaszcza po krajach niemieckojęzycznych? To jedno z tych miejsc, gdzie oznakowanie jest bajecznie uporządkowane. Wszystko ma sens, wszystko jest klarowne i nie wymaga sztabu naukowców, aby rozgryźć aktualnie obowiązujące ograniczenie prędkości. Zasady są z reguły proste: miasto oznacza prędkości 30-50 km/h. Czasami pojawia się 60-80 km/h, a na drogach krajowych jest to 80-100 km/h. Ekspresówki? 100-120 km/h, autostrady 130 km/h (minus Niemcy). Znaki drogowe są rozstawione sensownie i rzadko kiedy brakuje nam kluczowych informacji - nie tak jak w Polsce.
Proste, prawda? Co więcej, ograniczenia prędkości, wyższe niż te standardowe, obowiązują z reguły w miejscach, w których ma to sens. Tym samym ludzie faktycznie je respektują, gdyż nie są dobierane losowo, w równie przypadkowych miejscach.
A w Polsce jest to niezmiennie niezrealizowane marzenie. Znaki drogowe w Polsce to jeden wielki chaos
Milion oznaczeń, powtarzających się co kilkaset metrów. Ograniczenia prędkości, które potrafią zmieniać się co skrzyżowanie. Mam nawet fantastyczny przykład, z którego niebawem zrobię film - to absolutny hit.
Tu mamy przykład z nieco innej bajki. Patrzycie na wyremontowany odcinek Trasy Łazienkowskiej w Warszawie, po praskiej stronie Wisły. Wciąż trwają tutaj prace wykończeniowe i tym samym obowiązuje wciąż ograniczenie do 50 km/h. Jednocześnie jednak z docelowych znaków zdjęto folię. Tym samym mamy zarazem ograniczenie do 50 i do 80 km/h.

I teraz pytanie: co w przypadku, gdyby zatrzymała nas policja? Czy takie zdjęcie jest wystarczającym dowodem na to, że można tu jechać maksymalnie zarazem 50 i 80 km/h? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi...
Zostawmy jednak z boku to miejsce. Takie sytuacje w Polsce to norma. Ustawianie losowych ograniczeń prędkości, w losowych miejscach, to nasza narodowa profesja. W efekcie wiele osób olewa je (niesłusznie), gdyż po prostu znakomita większość nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości.
Może kiedyś ktoś się za to weźmie. To trzeba uporządkować!
Nie spodziewam się jednak wielkiego sukcesu. Wiecie, znaki to wielki biznes. Im więcej trzeba ich postawić, tym więcej zarabiają różne firmy. A nikt nie chce stracić pępowiny, którą jest spięty z drogowcami od dekad.