Nowe samochody spalinowe są w dużej mierze bez sensu. Wszystko przez normy
Jako fan silników spalinowych i ostrożny zwolennik elektromobilności uważam, że nowe samochody spalinowe bez wsparcia "prądu" stały się bez sensu. Winne są sposoby spełniania wyśrubowanych norm.
Coraz rzadziej na redakcyjnym parkingu pojawiają się samochody spalinowe, które nie mają choćby systemu miękkiej hybrydy. Gdy w kalendarzu trafia się coś "bez prądu", od razu człowiek ma ochotę do takiego auta wskoczyć. Niestety, w wielu przypadkach kończy się to rozczarowaniem. Winię za to po równo regulatorów, jak i producentów. Choć Ci drudzy... trochę nie mają wyjścia.
Samochody spalinowe nie muszą być złe. Chyba że mają spełnić normę
Sprawa nie tyczy się wszystkich samochodów spalinowych, ale tych najpopularniejszych. I tych z automatyczną skrzynią biegów. Choć w sumie to obecnie już jedno i to samo, bo samochody z ręczną skrzynią można policzyć na palcach jednej ręki.
Producenci dwoją się i troją, aby samochody spełniały coraz bardziej rygorystyczne normy. Czy realne, czy nie, i czy są one globalnie sensowne z punktu widzenia środowiska, zostawiam na inną dyskusję.
Ale w momencie gdy trzeba spełnić wymagania cyklu testowego, u inżynierów odpala się tryb "zróbmy to jak najmniejszym kosztem".
W efekcie większość współczesnych samochodów spalinowych, które nie mają wsparcia elektryki, są po prostu irytujące do jazdy.

Silniki są "zmulone" w niższych partiach obrotów, a skrzynie biegów walczą o utrzymanie tych niskich obrotów. Toczenie się w korku, ruszanie spod świateł i generalnie zwykła miejska jazda kończy się frustracją, bo subiektywnie np. blisko 200-konne auto "nie jedzie".
Albo reakcja na gaz jest opóźniona niczym przeciętny pociąg PKP w szczycie komunikacyjnym. Wciskamy prawy pedał, nic się nie dzieje, a za chwilę samochód dopiero rusza. Zazwyczaj z wyciem silnika, bo skrzynia inaczej interpretuje naszą próbę ruszenia.
Ten trend świetnie widać na przykładzie jednego z najpopularniejszych "zestawów" do jazdy w Europie, czyli ok. 150-konnej jednostki TSI grupy Volkswagena. Jeszcze 10-12 lat temu był silnik 1.4 TSI o mocy 140 KM. Żwawy i oszczędny. Skrzynia DSG trochę szarpała, ale działało to świetnie. Następnie weszło 1.4 TSI 150 KM, a potem 1.5 TSI o tej samej mocy. I za każdym razem, jak trafiam na ten napęd w podobnym samochodzie (Leon, Golf, Octavia) to mam wrażenie, że jeździ on gorzej. Wolniej reaguje na gaz, skrzynia niepotrzebnie czeka z redukcją, a 150 KM ma dynamikę jak 120-130. I żeby jeszcze on był dużo bardziej oszczędny. Nie jest. Sprawdzam to na tej samej trasie wciągu ostatnich "nastu" lat. Wyniki osiągane kiedyś, dziś są znacznie rzadsze. No chyba, że mówimy o wynikach pomiarów pod normy, a nie prawdziwym życiu.
Aby taki samochód nie irytował, potrzebna jest naprawdę solidna pojemność i duża moc, albo świetna skrzynia biegów i dobre mapy silnika. Co zdarza się rzadko.

Uratują nas hybrydy?
Jakkolwiek to "heretycko" by nie brzmiało spod palców osoby uważającej się za petrolheada, w tym momencie układy mHEV, HEV albo te "w pół drogi" wydają się mieć najwięcej sensu. Niewielki akumulator nie podnosi masy aż tak bardzo, za to zapewnia "kopa" tam, gdzie regulatorzy zamulili silnik. W mieście jest ciszej i wciąż dynamicznie, a w trasie już nie jest głośno i paliwożernie, jak kiedyś w małych hybrydach. A przy układach mHEV to w ogóle jest bajka. No i układy Start/Stop przestają irytować tak bardzo.


