Mogę tylko powtórzyć swoje słowa. Nowy Volkswagen T-Roc jest stworzony dla małej rodziny
To jest taki tekst, w którym średnio wiem, co napisać. Nad nowym T-Rokiem rozpływałem się przecież przy okazji pierwszych jazd testowych pod koniec zeszłego roku, a teraz, po tygodniu z nim w Polsce, stwierdzam, że… w ogóle się nie pomyliłem. Powiem to jeszcze raz: dla małej rodziny jest to pozycja wręcz wybitna, jeśli tylko nie będzie przeszkadzać cena.
Skoro już wspomniałem o tych pierwszych jazdach w Portugalii pod koniec roku, to na wstępie od razu zapraszam chętnych do lektury i tamtego tekstu. Dość dokładnie opisałem tam, czym nowy Volkswagen T-Roc wyróżnia się na tle konkurencji. Natomiast w tym tekście nie pozostaje mi nic innego, jak dołożyć kilka kolejnych uwag po dłuższym obcowaniu z tym autem.
Volkswagen T-Roc – miejsca więcej, niż się spodziewałem
Znowu: podkreślałem to już wcześniej, ale teraz tylko w tym myśleniu się utwierdziłem. Volkswagen T-Roc, który w obecnej generacji rozrósł się i z daleka serio można pomylić go z Tiguanem (choć uważam, że jest ładniejszym autem), do testu trafił mi się w okresie świątecznym.
Po pierwsze więc – zrobiłem tym samochodem po Polsce grubo ponad tysiąc kilometrów. Po drugie – nie zawiódł mnie nawet przez moment (poza jakimiś detalami, ale o nich zaraz). A już rozszerzając te kwestie: przestrzeni w środku jest naprawdę aż nadto dla rodziny z jednym dzieckiem.
Pisałem już w poprzednim materiale, że T-Roc rozmiarami mocno podgonił Tiguana, ale nie dodałem, że miejsca jest mniej więcej tyle, co w większej Toyocie Corolli Cross. A to już coś. Zaskoczył mnie mocno także bagażnik. Okazało się, że po wyjęciu półki zmieściły się do niego dwie wielkie walizki lotnicze. I ja nie mówię o bagażu podręcznym, tylko takim nadawanym. To zaskakujący wynik.

W każdym razie – na papierze wchodzi tu 475 litrów i to po prostu czuć.
Silnik 1.5 eTSI wydaje się idealny dla tego auta
Niemcy wobec swojego hitowego modelu mają naprawdę ambitne plany. Bo przecież poza 1.5 eTSI w mocniejszej i słabszej wersji gamę ma jeszcze uzupełnić wariant dwulitrowy o mocy 204 KM, a w wersji R ten kierowca z dwóch litrów dostanie aż 333 KM.
Ponadto w gamie mają pojawić się dwie hybrydy o mocach 136 i 170 KM. Podejrzewam jednak, że niemiecki koncern nie przypadkiem rozpoczął sprzedaż od oferowania 150-konnego 1.5 eTSI. To miękka hybryda, która po prostu wydaje się stworzona do napędzania tego auta.
Silnik zapewnia zupełnie rozsądne zużycie paliwa, choć waha się ono dość zdecydowanie w zależności od warunków. Co przez to rozumiem? Przy prędkości autostradowej w pogodny dzień silnik T-Roca domagał się raptem siedmiu litrów z okładem bezołowiowej, a na ekspresówce nawet o litr mniej. Ale już w wietrzny dzień te wyniki skakały o litr, a nawet dwa litry w górę.
Przyjemnie wypada za to w każdych warunkach zużycie paliwa w mieście. Mi wyszło 7,6 litra na każde sto kilometrów. I choć literka "e" w nazwie silnika to "tylko" miękka hybryda, całość funkcjonuje zaskakująco sprawnie.
Do tego należy dodać całkiem znośne osiągi – 8,9 sekundy do 100 km/h w takim aucie to zupełnie przyzwoity wynik. Pomaga tu na pewno 250 Nm momentu obrotowego dostępnego od 1500 obrotów na minutę. DSG tradycyjnie – robi swoje, trudno się do tej skrzyni czepić.
Notabene – w środku jak na tę klasę jest zaskakująco cicho podczas jazdy. To dobrze wytłumione auto.
Są tu jednak rzeczy, które po ponad tysiącu kilometrów zaczęły mnie irytować
Ergonomia naprawdę kuleje w tym aucie. Volkswagen niby ciągle obiecuje poprawki w tej kwestii, ale teoria sobie, a praktyka sobie: na rynek trafiają kolejne modele aut, a tu dalej ciężko cokolwiek zrobić bez przeklikiwania się przez ekran multimedialny.
Oczywiście ten nieszczęsny dotykowy pasek pod ekranem służący do podgłaśniania i ściszania tu nadal jest. I niby pojawiło się w tunelu środkowym to wielofunkcyjne pokrętło znane z większych modeli aut niemieckiej marki, ale właściwie nie wykorzystano jego potencjału. Ot, można nim właśnie regulować głośność i zmieniać tryby jazdy. Tyle. Skoda to jednak robi lepiej.

W T-Rocu czasem szwankuje również elektronika. Na przykład – przestaje działać wspomniana regulacja głośności. Ani głośniej, ani ciszej, nic. Pomagało tylko wyłączenie auta.
Uważać trzeba również w zakrętach. T-Roc oczywiście jest zwyczajnym, rodzinnym autem, ale jednak – nie lubi jazdy na limicie. W zakrętach, jeśli przesadzicie z prędkością, zdecydowanie zacznie wyjeżdżać przód. Czuć podsterowność.
Volkswagen T-Roc wreszcie jest dość drogi
Ja oczywiście nie mam wątpliwości – to będzie hit. To pewnie już jest hit. Tylko w zeszłym roku jeszcze poprzednia generacja tego auta sprzedała się w ponad 200 tys. egzemplarzy. Nawet w Polsce poszło ich ponad 10 tys. – a mówimy o samochodzie, o którym raczej każdy, kto zainteresował się nim, wiedział, że będzie schodzić z rynku.
A ponieważ T-Roc nowej generacji jest w każdym calu lepszy od poprzednika i tak po ludzku uważam, że jest bardzo ładnym autem (czego nie powiedziałbym o poprzedniku), to należy oczekiwać, że słupki sprzedaży będą tylko rosnąć.
Niemniej jednak – w dobie ataku chińskiej motoryzacji to dość droga propozycja. Nawet najtańsza wersja Life to koszt według konfiguratora co najmniej 130 390 zł. I ten samochód nie wygląda jak ten ze zdjęć, tylko... no tak:
Innymi słowy – to dość ubogo wyposażona wersja. Samochód taki jak ze zdjęć, wersja R-Line, to już 165 990 zł. I wcale nie wszystko jest na pokładzie, jeszcze można pobawić się w konfiguratorze.
Przykładowo felgi takie, jak w teście, to kolejne 2,5 tys. zł. A pakiet stylistyczny Black Style to 2,7 tys. zł. I chyba nie myślicie, że ten śliczny żółty lakier z czarnym dachem jest w cenie...
To trochę kłopot, bo to jednak segment, w którym każdy klient jednak stara się swoje pieniądze wydać jak najlepiej. Dlatego Chińczycy – choć produkują gorsze auta – mogą kusić.


