ciekawostki

Rozkwit i upadek, czyli ciemna strona Ubera

Ubera nikomu nie trzeba przedstawiać. Firma ta (a w zasadzie aplikacja) zrobiła na świecie ogromną furorę, wywołując jednocześnie ogromne poruszenie w środowiskach taksówkarskich. Teraz warto spojrzeć na jej działanie z perspektywy kilkuletniej już obecności w Polsce.

Pod piękną przykrywką wygodnych transportów kryje się bowiem szereg przekrętów oraz wiele zagrożeń, o których większość użytkowników nie ma bladego pojęcia. Od razu muszę zaznaczyć, iż nie jestem zagorzałym przeciwnikiem tej usługi – przez wiele lat chętnie z niej korzystałem, doceniając wysoki na ogół poziom obsługi oraz niskie ceny. Czyste i nowe auta, sympatyczni kierowcy, wszystko to sprawiało, że do Ubera po prostu chciało się wracać.

Jak sami wiecie w Uberze dzieje się wiele złego. Począwszy od afer na poziomie zarządu z Travisem Kalanickiem w roli głównej, przez najróżniejsze podatkowe przekręty aż po kierowców, którzy najchętniej wyciągnęliby z pasażerów pieniądze bez jeżdżenia.

Problem ubezpieczeń

Czy wiecie, że jeżdżąc Uberem nie jesteście ubezpieczeni? Pewnie część z Was o tym słyszała, ale wielu moich znajomych było w szoku, że wsiadając do Ubera nie obejmuje ich żadne ubezpieczenie. Oznacza to, że w przypadku jakiejkolwiek stłuczki lub wypadku pozostajecie bez wsparcia. Uber też chętnie umywa ręce, zrzucając winę na kierowcę. To chyba jedna z niewielu zalet taksówek – wsiadając do nich mamy przynajmniej pewność (o ile korzystamy z licencjonowanych aut, najlepiej zrzeszonych w dużych sprawdzonych korporacjach), że w krytycznej sytuacji będziemy mieli szansę na uzyskanie odszkodowania.

Problem z kierowcami

Tu zaczyna się druga, znacznie dłuższa bajka. Początkowo w Uberze jeździli kierowcy, którzy faktycznie starali się zagospodarować wolny czas lub po prostu widzieli w tym szansę na niezły zarobek. Tak też to wyglądało – przy małej liczbie aut i ogromnym zapotrzebowaniu dzienne stawki, które spływały na ich konto były więcej niż zadowalające.

Były. Najpierw interes wywęszyły wypożyczalnie oraz prywatni przedsiębiorcy, którzy to zaczęli wynajmować kierowcom samochody. Oczywiście wszystko po kosztach, więc Ubera zalała fala Skód Rapid oraz Fabii. To akurat najmniejszy problem – liczyła się czystość oraz zachowanie kierowców, a pod tym kątem Uber wypadał całkiem nieźle i wciąż stanowił ciekawą alternatywę dla zapyziałych taksówek.

Ci jednak zaczęli węszyć w tym wszystkim interes. Czy da się oskubać klienta z pieniędzy nie goszcząc go nawet na tylnej kanapie? Oczywiście. Uber pobiera bowiem opłatę wynoszącą 10 zł za każdy odwołany przez zamawiającego kurs. Kierowcy zaczęli więc „gubić się” w okolicy, czekając, aż zdenerwowany „klient” po prostu zrezygnuje z przejazdu. Paliwo nie wypalone, pieniądze na koncie – wszystko gra. Jakiś czas temu Uber zwiększył także swoją prowizję do 25%, co znacząco „zmniejszyło” opłacalność wykonywania krótkich kursów. W tym przypadku proceder jest identyczny – kierowca przyjmuje kurs, czeka, aż zostanie on odwołany i cieszy się z niecałej dyszki w portfelu (po oskubaniu przez Ubera).

Skąd o tym wiem? Otóż mój znajomy padł ofiarą takiego „zabiegu”. Ze względu na swoje samozaparcie (i znajomość cennika Ubera) zmusił kierowcę do rezygnacji z kursu – sam tego nie zrobił. Chwilę później przyjechał po niego inny „szofer”, siadający za kółko tylko z czystej ciekawości. Zajmował się on bowiem wynajmem aut dla innych osób. Jak sam zauważył wielu kierowców, także tych, którzy korzystają z jego pojazdów, szuka metody na tani zarobek. Na początku Ubera po Warszawie jeździło tylko kilkaset samochodów. Aktualnie ta liczba wynosi blisko 10 000.

Polska versus Ukraina

Kolejnym problemem Ubera jest ogromna ilość kierowców zza naszej wschodniej granicy. Nie jest uprzedzony do Ukraińców – ba, uważam, że wiele rzeczy wykonują lepiej od Polaków. Mają ogromne samozaparcie i chęć do podjęcia pracy, przy czym najczęściej dobrze sobie w niej radzą. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że w Uberze kończą w chwilę po przyjeździe do Polski. Nie znają miasta, nie znają języka a do tego jeżdżą w sposób, który jest zwyczajnie niebezpieczny. Nocą bez świateł, samochodami w stanie technicznych wołającym o pomstę do nieba (tak, takie też bywają). Nie chcę tutaj generalizować – wielu kierowców z Ukrainy to naprawdę porządni ludzie. Większość z nich jednak szybko zauważyła, że warto zmienić branżę, gdyż Uber po prostu dogorywa.

Jako przykład załączam historię Rafała Agnieszczaka, twórcę wielu znanych serwisów internetowych oraz założyciela szkoły start-upów.

Mój uberowiec się obraził i odjechał kiedy mu powiedziałem wchodząc przed maskę, że jazda po 22. bez świateł to jednak…

Posted by ragni.net on Friday, 23 March 2018

A może taksóweczkę?

To byłoby najlepsze rozwiązanie gdyby nie fakt, że taksówki w Polsce w dużej mierze tkwią wciąż gdzieś w głębokim PRL-u. Kierowcy, którzy palą w aucie (oczywiście nie podczas kursu, ale smród pozostaje), słuchają głośno muzyki i niechętnie wyłączają radio na prośbę klienta czy chociażby odwieczny problem płatności kartą („o, przepraszam, terminal mi się zepsuł, czy może być gotóweczka, tutaj bankomat w okolicy mamy”). Stan techniczny samochodów również nie zachwyca (nawet w renomowanych korporacjach), zaś kierowcy wręcz kochają narzekać pasażerom na cały świat. O kulturze osobistej wielu taksówkarzy już nawet nie wspomnę.

Jakie jest więc rozwiązanie? Ja osobiście przerzuciłem się na aplikację zrzeszające taksówkarzy. Nazwy nie podam, są dwie duże, pewnie znacie. Jak do tej pory nigdy się na nich nie zawiodłem. Widać, że ludzie włączający się w te sieci nie tylko szanują swoją pracę, ale też szanują klienta. Poza tym każda z tych firm oferuje wiele ciekawych programów rabatowych, które potrafią znacząco obniżyć koszty przejazdu.

Dyskusja

komentarzy