Pierwsze jazdy

2018 Suzuki Swift Sport | PIERWSZA JAZDA

Oldschool w nowym wydaniu

Nie jest najmocniejszy i najszybszy. W pojedynku na najlepiej brzmiący wydech również nie wygra. Suzuki Swift Sport ma jednak jedną wielką zaletę, której próżno szukać u konkurentów Zaletę, która może wpłynąć na decyzję o zakupie tego auta.

Nie od dzisiaj wiadomo, że Japończycy wiele rzeczy robią na swój własny i unikalny sposób. Niezwykła kultura technologiczna oraz alternatywne podejście do potencjalnie oczywistych tematów sprawia, iż samochody z kraju kwitnącej wiśni zawsze zdecydowanie różniły się od europejskich propozycji. Teraz pewne idee zaczynają się zacierać i mieszać, aczkolwiek wciąż nie brakuje tutaj dalekowschodniej inwencji twórczej.

Zawodnik wagi lekkiej

Suzuki Swift Sport jest lekkie. Bardzo lekkie. W pełni wyposażony samochód ze wszystkimi płynami waży zaledwie 975 kilogramów. Tak, to nie pomyłka – Swift Sport, czyli samochód z segmentu B jest lżejszy nawet od Mazdy MX-5, która jak na aktualne standardy rynkowe gra w wadze piórkowej.

Nadwaga staje się naszą chorobą cywilizacyjną. Nie tyczy się tylko ludzi, ale także samochodów, które tyją na potęgę. Wystarczy rzucić okiem w dane techniczne wielu popularnych modeli – na przykład takiego Polo GTI, które z technicznego punktu widzenia jest rywalem Swifta Sport. Mały hothatch Volkswagena zbliża się masą do wartości 1300 kilogramów. To o ponad 300 więcej niż Swift Sport. Nic więc dziwnego, że w przypadku takiego auta konieczny jest mocniejszy silnik, większe hamulce oraz wytrzymalsze materiały. To wszystko zapętla się jednak w niebezpieczny sposób, napędzając spiralę dorzucania kolejnych kilogramów.

Tymczasem w Japonii postawiono na zupełnie inną koncepcję. Tutaj maksymalna redukcja masy ma być kluczem do sukcesu. Przypomnijcie sobie legendarne hothatche z lat 80-tych lub małe japońskie jeździdełka, które pomimo stosunkowo małej mocy wręcz „latały”, zapewniając niesamowite doznania z jazdy. Cofając się jeszcze dalej w historii motoryzacji warto wspomnieć np. pierwsze auta Alpine, których fenomen polegał właśnie na bardzo niskiej masie, pozwalającej na podjęcie rywalizacji z mocniejszymi samochodami pomimo słabszych silników.

A więc Swift Sport. Suzuki zmieniło nieco stylistykę tej wersji, dzięki czemu już na pierwszy rzut oka różni się on od standardowego Swifta. Z przodu pojawił się agresywniej stylizowany zderzak. Podobne zmiany zaszły z tyłu – tu z kolei wyróżnikiem stały się dwie masywne pojedyncze końcówki wydechu. Całość okraszono czarnymi plastikami imitującymi fakturę karbonu, co o dziwo prezentuje się zadziwiająco dobrze. Umieszczono je także na progach, co tworzy ciekawy kontrast przy jasnych lakierach. W nadkolach znalazły się z kolei 17-calowe alufelgi o pięcioramiennym wzorze.

We wnętrzu znajdziemy z kolei sportowe fotele zapewniające znacznie lepsze trzymanie boczne, kierownicę z perforowanymi miejscami chwytu oraz spłaszczonym u dołu wieńcem, czarno-czerwony dekor deski rozdzielczej i czerwoną tarczę obrotomierza. Zmian nie ma zbyt wiele, aczkolwiek dzięki nim wnętrze nie jest nudne. Zresztą w środku czuć typowo japoński klimat – mnogość twardych plastików sprawia, iż pochodzenia auta nie da się nie rozpoznać w kilka sekund.

Precyzja

Jak jeździ Suzuki Swift Sport? Słowo, które jako pierwsze przychodzi mi na myśl to „specyficznie”. Nie jest to typowy hothatch, który rwie do przodu jak szalony. Do tego przyzwyczaiło nas wiele nowych aut, ale takiego zachowania próżno szukać w tym samochodzie. Pierwszym zaskoczeniem po ruszeniu jest niska siła wspomagania układu kierowniczego. Skręcając Swiftem trzeba włożyć naprawdę sporo siły – i to cieszy. Pomimo zastosowania elektrycznie wspomaganego mechanizmu zachowano sporą dawkę analogowych wrażeń. Z przedniej osi do kierowcy dociera dużo informacji, a samochód pozostaje „czytelny” nawet podczas forsownej jazdy, co mieliśmy okazję sprawdzić na dość krótkim i krętym obiekcie jakim jest Autodrom Pomorze. Zawieszenie zaskakuje delikatnością pracy. Nie jest do bólu sztywne – delikatne wychyły są wyczuwalne (a i tak zmniejszono je o 15% dzięki przebudowanemu zawieszeniu, zaś całe nadwozie usztywniono dodatkowymi nitami), aczkolwiek korzystnie wpływają na prowadzenie auta. W szybko pokonywanych zakrętach przód potrafi zauważalnie wyjechać z obranego toru jazdy, lecz nawet minimalne ujęcie gazu pozwala na powrót na pożądaną linię jazdy. Nie spotkamy też tutaj zjawiska pojawienia się nagłej nadsterowności przy gwałtowniejszym przeniesieniu masy na przednią oś.

W tym wszystkim brakuje jednak pewnej dozy swawoli, która jest nieodłączną cechą wielu hothatchy. Aż chciałoby się , aby Swift Sport dawał nieco więcej radości z jazdy. Jest skuteczny, ale w tym wszystkim pojawiło się zbyt dużo sterylności, która gasi całą frajdę z obcowania z takim autem. Problemem jest także silnik. 140-konna jednostka 1.4 Boosterjet w zasadzie bez większych zmian została przeniesiona z innych modeli tej marki. Jedyną nowością jest tutaj dodatkowy zawór upustowy przy turbinie, który ma pozwolić na… dodatkowe oszczędności w zużyciu paliwa.

Silnik ten wyróżnia się przyzwoitym momentem obrotowym wynoszącym 230 Nm. Jego dostępność jest jednak dość ograniczona – otrzymujemy go w wąskim zakresie 2500-3500 obrotów na minutę. W efekcie przy dynamicznej jeździe silnik trzeba „kręcić”, choć też nie za wysoko, gdyż odcięcie spotkamy nieco powyżej 6000 obr./min. Osiągi, przynajmniej na papierze, nie powalają na kolana. Setka na zegarach pojawia się w 8,1 sekundy. Tutaj mała dygresja – Suzuki najprawdopodobniej od momentu prezentacji tego modelu w materiałach prasowych podaje błędną wartość 8,9 sekundy. Wedle wszystkich zagranicznych źródeł, włącznie z oficjalnymi stronami tej marki, Swift Sport przyspiesza o 0,8 sekundy szybciej. Prędkość maksymalna to z kolei nieco ponad 200 km/h.

Patrząc na Suzuki Swift Sport aż prosi się, aby jednostka ta serwowała kierowcy około 160-170 koni mechanicznych. Przy zachowaniu niskiej masy zwiększyłoby to konkurencyjność tego modelu wobec topowych propozycji z segmentu małych hothatchy, z niedoścignioną przez konkurentów nową Fiestą ST na czele. Suzuki cierpi też na absolutny brak rasowego dźwięku. Nie mam tutaj na myśli szalonego jazgotu, ale odrobina przyjemnej warkotliwości zamiast nieco hałasującej rzędowej czwórki byłaby przyjemną odmianą – tym bardziej, że silnik dość wyraźnie słychać we wnętrzu. Głęboko liczę jednak na to, że Suzuki zapuka do swojego lekko zakurzonego działu motorsportu i powierzy ten model specjalistom, którzy wyciągną z niego maksimum możliwości. Potencjał drzemiący w tej lekkiej maszynie jest naprawdę duży i wymaga jedynie wykrzesania przez doświadczonych ludzi – a wówczas może to być jedna z najciekawszych ofert na rynku.

Suzuki Swift Sport nie należy też do najtańszych propozycji. Model ten wyceniono na 79 900 zł, przy czym wydając tyle otrzymujemy od razu kompletne wyposażenie – światła wykonane w technologii LED, adaptacyjny tempomat, system multimedialny z nawigacją czy klimatyzację automatyczną. Różnica w stosunku do topowej odmiany Elegance z silnikiem 1.0 Boosterjet wynosi około 5 000 zł na korzyść słabszej „zwykłej” wersji. Lista opcji składa się aż z jednej pozycji i jest nią lakier metaliczny (wyceniany na 2090 zł). Na szczęście najlepszy odcień, czyli widoczny na zdjęciach Champion Yellow jest standardową barwą tego samochodu, nie wymagającą dopłaty.

Kto wybierze Swifta Sporta? Moim zdaniem samochód ten skierowany jest do pasjonatów japońskiej motoryzacji, którzy z łezką w oku spoglądają na modele marek z tego kraju z lat 80 i początku lat 90, kiedy niska masa oraz niezbyt duża moc pozwalały dać dużo radości z jazdy. Wybierając Suzuki otrzymają zbliżone wrażenia w nowoczesnym opakowaniu, z szeregiem atrakcyjnych dodatków zwiększających komfort codziennego użytkowania. Poza tym Suzuki odwdzięczy się także niskim zużyciem paliwa przy spokojnej jeździe, choć czy o to chodzi w takich samochodach?