Porsche Mission S, czyli purysta w centrum uwagi. W Zuffenhausen biją się w piersi
Gdyby ten samochód był słowem, brzmiałoby ono "przepraszamy". Porsche Mission S jest listem miłosnym do purystów i do najwierniejszych pasjonatów marki, którym od dawna brakowało samochodu stawiającego kierowcę na pierwszym miejscu.
Nie wszyscy się ze mną zgodzą, ale uważam, że Porsche dobrze zrobiło stawiając na elektryki. Domyślam się, że w tym miejscu chcecie mnie już spopielić, ale pozwólcie skończyć myśl. Takie samochody jak Taycan, elektrycznym Macan czy Cayenne Electric, to naprawdę fantastyczne maszyny, z ogromnym potencjałem. Problem w tym, że ta "najważniejsza", czyli właśnie Macan, zepchnęła z planszy spalinowy wariant. W Zuffenhausen zachłyśnięto się prądem, widząc w nim jedyną przyszłość. Roztaczano piękne wizje o elektrycznym hipersamochodzie Mission X, który miał być przyszłością motoryzacji. Jak dobrze wiemy była to jednak ślepa uliczka, a Niemcy uświadomili sobie o tym zbyt późno. Powrót na właściwy szlak jest kosztowny i bolesny, ale słowem "przepraszamy" dla fanów marki ma być Porsche Mission S.
I takie przeprosiny przyjmuję bez chwili namysłu. To, co zrobili Niemcy, jest ucieleśnieniem mojej wizji idealnego samochodu tej marki - samochodu dla kierowcy.
Porsche Mission S nie jest kolejnym hipersamochodem marki. Ba, nie jest to auto, które ma być ściśle limitowane. Niemcy widzą w nim "wisienkę na torcie"
Oczywiście mamy multum wersji 911-ki, w tym tak wspaniałe samochody jak GT3 czy GT3 RS. W drodze jest też nowe GT2, które z pewnością przesunie poprzeczkę bardzo daleko. Są to samochody dla kierowcy, niemniej wciąż roztaczają wokół niego atmosferę komfortu i bezpieczeństwa.
Naprawdę, nawet GT3 RS pojedziecie na zakupy, choć te musicie położyć na fotelu pasażera. To wciąż 911-ka, z klimatyzacją, multimediami i uchwytem na kubek. Ten model pozostaje uniwersalny niczym szwajcarski scyzoryk także w tych najostrzejszych wersjach, choć takowe wymagają już pewnego poświęcenia.
Porsche uznało, że w gamie ma miejsce na samochód, który zostawia kierowcę sam na sam z silnikiem i właściwościami jezdnymi. Wyobraźcie sobie auto, w którym do minimum ograniczono komfort. Multimedia są, ale tylko w skromnej formie. Silnik, centralnie umiejscowiony, atakuje brzmieniem z każdej strony, a właściwości jezdne zachęcają do bicia kolejnych rekordów na torze.

Takie właśnie ma być Porsche Mission S. Przy projektowaniu nadwozia zaczerpnięto z kultowych modeli marki, takich jak 911 GT1, 959, 917 czy nawet 928. Każdy element historii producenta z Zuffenhausen ma swój udział w tym projekcie.
Najważniejsze będzie tutaj serce. A to jest wciąż tajemnicą
Wiemy, że kręci się do 8 tysięcy obrotów i jest spalinowy. Innej opcji nikt tutaj nie rozważa. Pewne jest też to, że właściwości jezdne mają być priorytetem. Finalna forma tego projektu jest jednak odległą historią, aczkolwiek mającą już zielone światło.
Michael Leiters, nowy dyrektor wykonawczy Porsche, chce powrotu do korzeni. Balans, który zaburzono, ma powrócić, a obok świetnych elektryków pojawią się też nowe samochody spalinowe. W drodze jest już następca Macana, a to dopiero rozgrzewka.
Jednocześnie Mission S pokazuje kierunek, w którym pójdzie ekipa zarządzana przez Tobiasa Sühlmanna, nowego dyrektora kreatywnego i szefa stylistów. Michael Mauer zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko i zastąpienie go będzie nie lada zadaniem. Zresztą wiele z jego projektów, w tym auta z gamy "Unseen", wciąż wyglądają fantastycznie i mogą być źródłem inspiracji.

Ja osobiście BARDZO wyczekuję kolejnego rozdziału w historii tej marki
Już o tym wspominałem, ale powtórzę się: wierzę w to, że europejscy producenci budzą się z letargu i stają okoniem do nowych regulacji. Sięgają jednocześnie do swojego dziedzictwa, budując na nim przyszłość. I mam nadzieję, że Porsche dzięki temu wyjdzie na prostą. Powiedzmy sobie szczerze: to jest jedna z najwspanialszych marek na świecie i chyba każdy pasjonat motoryzacji ma słabość do 911-ki. Nie wierzę, że nie ma takich osób.


