Totalnie "kupuję" pomysł Ferrari na wnętrze ich pierwszego elektryka. Przynajmniej próbują czegoś nowego

Pierwszy elektryczny samochód z Maranello, Ferrari Luce, zyska kokpit, który całkowicie odcina się od tego, do czego przyzwyczaiły nas wnętrza produktów tej marki. I bardzo mnie to cieszy, bo Włosi ewidentnie zrozumieli, że standardowe podejście tutaj nie zadziała.

Kokpit, który zyska Ferrari Luce, zaskoczył chyba wszystkich. Włoska marka postanowiła odejść od swoich standardowych projektów, dając wolną rękę Jonathanowi Ive'owi, byłemu designerowi Apple'a. Jest więc sporo odwołań do historii, jest też ciekawy balans pomiędzy światem cyfrowym i analogowym i jest też wiele zarzutów o to, że to tylko "iPad z przełącznikami".

Absolutnie się z tym nie zgodzę - i choć rozumiem, że sam projekt ma w sobie dużo z estetyki firmy Apple, to jednak jest idealnym wyborem do pierwszego w historii elektrycznego Ferrari.

Przede wszystkim Ferrari Luce będzie samochodem, który stanie się eksperymentem

Włoska marka już w zeszłym roku "zeszła na ziemię" i mocno zmodyfikowała swoją strategię na najbliższe lata. Jedną z największych zmian jest rezygnacja z całej gamy pojazdów elektrycznych. Luce będzie, przynajmniej póki co, jedynym członkiem rodziny Ferrari z takim napędem.

Ferrari Luce 2027

Gdyby to był zwyczajny samochód, nawiązujący wizualnie do pozostałych produktów marki, to z pewnością przepadłby bez echa w towarzystwie swoich spalinowych braci. W Maranello uznano więc, że trzeba postawić na coś wyjątkowego, co przyciągnie uwagę potencjalnych klientów.

Wnętrze jest więc pierwszym ciekawym pomysłem. Z jednej strony czerpie garściami z historii marki, łącząc cyfrowy i analogowy świat. Z drugiej ma bardzo prosty i minimalistyczny design. Do tego to wszystko opakowano w możliwie najlepsze materiały.

Wąskie grono osób miało okazję poznać z bliska poszczególne komponenty kokpitu. Wykonano je ze starannie dobranego aluminium, ciętego na specjalnych maszynach CNC. Każdy mechanizm przycisku ma starannie opracowany dźwięk - idealnie mechaniczne cyknięcie. Usłyszycie je przy łopatkach, przełącznikach na desce i na kierownicy.

Ferrari Luce 2027

Sama kierownica także nawiązuje do klasyki marki. Prosty okrągły wieniec, wąskie metalowe ramiona i standardowy "środek" przywodzą na myśl auta z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, które dziś są uznawane za legendy marki z Maranello.

Jestem wielkim fanem pomysłu na wskaźniki. Co prawda widziałbym tutaj jeszcze dwa dodatkowe okrągłe wyświetlacze, a całość zamknąłbym w lekko zaokrąglonej obudowie (wzorem zestawów wskaźników z Ferrari lat 1960-1970), niemniej i ta koncepcja wygląda dobrze.

Najwięcej kontrowersji budzi oczywiście centralny element sterujący, który łączy ekran, analogowy zegarek i fizyczne przełączniki

Faktycznie, ma w sobie coś z iPada, o czym już wspomniałem, ale póki co "występuje" bez tła. A gdy dodamy do niego deskę rozdzielczą, to całość może zyskać zupełnie inny charakter.

Bardzo podoba mi się też projekt przełączników na tunelu środkowym. Już sam starter pojazdu, czyli slot na kluczyk, wygląda bardzo elegancko. Prosty wybierak kierunku jazdy jest estetyczny, a podstawowe przełączniki wyglądają zwyczajnie dobrze. Może tylko ta fortepianowa czerń nie jest najlepszym pomysłem, ale coś czuję, że nie będzie to jedyna dostępna opcja wykończenia.

Wnętrze to jedna strona medalu. Drugą ma stanowić nadwozie tego samochodu

Tutaj wciąż nie do końca wiadomo w jakim kierunku poszła włoska marka. Prototypy, które jeżdżą po drogach od dwóch lat, wyglądają niczym bardzo nisko zawieszone SUV-y. Wszystko wskazuje jednak na to, że może to być... zmyłka.

Od dłuższego czasu osoby zbliżone do marki i specjalizujące się w Ferrari sugerują, że w Maranello postawiono na "czterodrzwiowe GT". Może to więc być efektownie wyglądająca limuzyna, o sportowym i eleganckim charakterze.

Ferrari Luce 2027

W ten sposób Włosi stworzyliby samochód, który na dobrą sprawę stanowi całkowicie nowy rozdział w historii marki i nijak nie wchodzi w drogę standardowym sportowym modelom. Na pewno będzie to czterodrzwiowa konstrukcja (dodatkowy panel dla pasażerów z tyłu i przyciski do sterowania tylnymi szybami dobitnie to sugerują).

W ofercie marki jest już jeden SUV, więc tworzenie "mniejszego odpowiednika" zdaje się być mało trafionym pomysłem. Sedan z elektrycznym napędem może więc stać się eleganckim Ferrari na co dzień, którym można wybrać się do opery, na spotkanie biznesowe lub... na kręte górskie drogi.

Przy 1000 KM, akumulatorze o pojemności 112 kWh i architekturze 800V o wydajność nie ma się co martwić. Włosi nie zamierzają bić się tutaj z jakimś Xiaomi o klienta. Ci, co mają kupić Ferrari Luce, już na pewno wyrazili swoje zainteresowanie i czekają na pierwsze egzemplarze.

Co więcej: jeśli ten model będzie cieszyć się zainteresowaniem, to dopiero za jakiś czas Włosi usiądą do projektu kolejnej konstrukcji na prąd. Póki co na celowniku jest tylko jeden samochód, ale za to wyjątkowy w każdym calu. Traktujcie go jak eksperyment i sprawdzian dla klientów.