Wojownicy elektromobilności i obrońcy spalinowej motoryzacji zrobili internetową ustawkę. Bitwa o "spalanie" w korku jest przezabawna
Potężny korek na trasie S7, który był owocem intensywnej śnieżycy, doprowadził do najmniej oczekiwanego starcia wojowników elektromobilności i obrońców samochodów spalinowych. Poszło o to, czy w korku lepiej stać w aucie na prąd, czy w samochodzie spalinowym - i które z nich dłużej zapewni ciepło pasażerom. Posypały się przezabawne argumenty, a wystarczy popatrzeć na liczby.
Od wczoraj różnymi kanałami, zarówno przez Instagram jak i Linkedina, docierają do mnie posty o tym, w jakim samochodzie lepiej jest stać w wielkim korku przy niskiej temperaturze. Dyskusja wywiązała się oczywiście w perspektywie potężnego korka, który utworzył się na trasie S7 w okolicach Ostródy. Znajomi zresztą mieli "nieprzyjemność" utknąć na tej trasie - ich podróż do Warszawy, ze standardowych trzech godzin, rozciągnęła się do ponad... 15.
Nie o tym jednak mowa. Cały ten pojedynek argumentów rozbija się o to, w jakim samochodzie lepiej stać w takim korku. Obrońcy spalinowej motoryzacji wyciągnęli broń przeciwko użytkownikom elektryków, wojownicy elektromobilności z kolei uderzyli liczbami i danymi. Spójrzmy więc na fakty.
Postój kosztuje, niezależnie od źródła zasilania
W samochodzie elektrycznym ogrzewanie odbywa się na różne sposoby - dzięki systemowi klimatyzacji lub dzięki pompie ciepła. Realnie na postoju taki samochód zużywa od około 1 do 2 kWh energii na godzinę, gdy jest nagrzany. Wyższe zużycie będzie w starszych konstrukcjach, takich jak Nissan Leaf.
Realnie więc 10 kWh wystarczy na 6-10 godzin ciągłego postoju przy włączonym ogrzewaniu i elektronice. Nie są to liczby, które jakkolwiek przerażają, nieprawdaż?
W samochodach spalinowych zużycie paliwa na postoju jest zależnie od paliwa. W samochodach wysokoprężnych może to być od 0,5 do litra na godzinę, w samochodach benzynowych nieco więcej. Teoretycznie więc stojąc przez 6-10 godzin zużyjemy od 3 do maksymalnie 10 litrów paliwa, przy czym ta górna granica jest już skrajnie wysoka.
W tym miejscu pojawia się prosta kwestia: w zimie, wiedząc o fatalnej pogodzie, warto być przygotowanym na sytuacje kryzysowe
Lepiej jest jechać z większą ilością prądu w baterii i nie rozładowywać jej do 5% przed ładowaniem. To samo tyczy się samochodów spalinowych - lepiej zatankować wcześniej, np. mając 1/4 baku, a nie czekać do rezerwy.
Informacje o fatalnej pogodzie podawano z wyprzedzeniem i ostrzegano, że warunki mogą być bardzo złe. Nie jest to więc coś nagłego i niespodziewanego, do czego nie można było się przygotować.
Różnice pojawiają się w momencie, w którym trzeba byłoby "doładować się" lub "dotankować"
Nie ukrywajmy: tankowanie z kanistra jest prostsze, gdyż służby zawsze mogą dowieźć paliwo. Odpalanie agregatu w kryzysowej sytuacji to nieco bardziej skomplikowana sprawa. Tutaj więc samochody spalinowe mają przewagę.
Problemem elektryków jest też sama infrastruktura stacji do ładowania. Te z reguły są na uboczu MOP-ów i stacji i nie mają zadaszenia. Jeśli więc wcześniej nie było przy nich ruchu, to dojazd do ładowarki może być wręcz niemożliwy. Od dawna twierdzę, że każda ładowarka przy głównych drogach powinna mieć zadaszenie - tak, jak to ma miejsce w przypadku stacji paliw.
Jeżdżąc w zimie warto przygotować się na mało pozytywny scenariusz
Jeżdżąc w zimie w góry, gdzie pogoda bywa zmienna, zawsze wolę mieć zapas paliwa w baku w swoim własnym samochodzie. Warto też pomyśleć o dwóch butelkach wody i jakimś prostym prowiancie (tubki z owsianką, czy coś małego, co może leżeć np. w schowku). W sytuacji awaryjnej będą zbawieniem.
Prawda jest jednak taka, że każdym samochodem, zarówno elektrycznym, jak i spalinowym, można w takim korku "tkwić" w komfortowych warunkach
Trzeba po prostu myśleć o wszystkich ewentualnościach i nieco zmienić podejście W przypadku elektryków zmniejsza to komfort podróży (zwłaszcza w perspektywie częstszego ładowania), ale w razie "W" daje gwarancję spokoju.