Ale jak to, pytać jednostkę o zdanie? "User Experience" jest problemem Chińczyków
Czy chińskie samochody są równie dobre co ze "starego świata". I tak, i nie. Jednak mam wrażenie, że to, czego im brakuje, to UX - User Experience. W całym zakresie tego słowa.
UX, czy też User Experience to cały zestaw wrażeń, jaki pozostawia po sobie dany produkt. W samochodzie jest ich całkiem sporo i powodują, że autem jeździ nam się przyjemnie. To ten UX, poza rzeczami stricte technologicznymi, staramy się Wam przybliżać na łamach naszych testów i opinii.
W wielu samochodach europejskich, japońskich, koreańskich, czy amerykańskich wiemy, czego się spodziewać. Jedne rzeczy działają lepiej, inne gorzej, i tych się zazwyczaj czepiamy. Ale co do zasady, te samochody są dosyć podobne.
Samochody chińskie to pod tym względem novum, które zalało nas w ciągu ostatnich kilku lat. Błyskawicznie. Nowoczesne, szybko aktualizowane, ciągle modyfikowane, w wielu przypadkach wydajne i zawsze bogato wyposażone. Ale wszystkie łączy jedno. Cała masa irytujących drobiazgów.
Chiński "User Experience" ogranicza się do drzemki w aucie
User Experience jakby w zasadzie nie istniał
Jeżdżąc wieloma chińskimi samochodami, coraz bardziej mam wrażenie, że dział zajmujący się właśnie wrażeniami użytkownika jest tam zbędny.
Z działu produktowego inżynierowie dostają listę rzeczy, w które ma być wyposażony samochód. Po czym wrzucają do niego odpowiednie gadżety, czy funkcje, zaznaczają "checkbox" na liście, i idą dalej.
I mówimy tu o samochodach nowoczesnych, często z aktualizacjami OTA. Świetnie wykonanych, przestronnych, i często zaawansowanych technologicznie.
Ale mimo wszystko, zawsze coś "nie działa". A to lusterka steruje się z przycisków na kierownicy (spróbujcie poprawić w trakcie jazdy). A to wszystkie funkcje upchano w ekranie dotykowym, i znalezienie odpowiedniej zajmuje wieki.
Bardzo "tiktokowo" wygląda też otwieranie auta przy pomocy karty NFC. Przykładamy do lusterka i samochód się otwiera. Hmm, znacznie wygodniejszy jest archaiczny system, który mam u siebie w samochodzie. Trzymam kluczyk w kieszeni i... tyle. Nie wygląda to spektakularnie, ale nie muszę nic wyciągać. Ani kłaść na specjalnej podkładce.

W niektórych, zwłaszcza tańszych samochodach, zadziwiająco działają nawet najprostsze funkcje, jak sterowanie głośnością, czy ogrzewanie foteli. Ekrany są pełne futurystycznych i efektownych animacji, ale korzystanie z nich "szybko" to niemożliwość. Przeniesione wskazania prędkościomierza, automatycznie odsuwane fotele, które "zapominają" wracać do odpowiedniej pozycji czy komputery pokładowe, które mają sobie znaną, chińską, logikę liczenia i wyświetlania wskazań. To niby drobiazgi, ale zbiera się ich bardzo dużo. I psują wrażenia z codziennej eksploatacji.
Wiadomo, dziwne multimedia to nie tylko domena aut chińskich, ale w wielu samochodach można jakoś opanować te systemy. W którymś momencie nawet obiekt kpin i narzekań, czyli mercedesowski COMAND, okazał się być całkiem wygodny.
Gorzej, że ten User Experience, tak obcy Chińczykom, przekłada się też na funkcje jazdy.
Bywa to spektakularnie irytujący system automatycznych świateł drogowych (przepraszam wszystkich, którzy mnie ostatnio mijali z przeciwka). Ale również systemy ADAS.
Te zachowują się często, jakby wgrano program w bazowej wersji, połączono z radarem, czy kamer i zostawiono. I mówimy o samochodach z kraju, gdzie auta z LiDAR-em są powszechne, a niektóre modele są ponoć dostosowane do autonomii wyższych poziomów.

Tymczasem zwykły aktywny tempomat nie ma regulacji odstępu, a do tego reaguje losowo na różne zjawiska drogowe. Często mocno oddalone od naszego samochodu. No i włącza się go manetką przy kierownicy, tą samą, którą wybiera się przełożenia. Po co?!
Gorzej, że często za mocno hamuje, a systemy utrzymujące na pasie ruchu robią z auta piłeczkę odbijającą się od krawędzi pasa niczym w grze Pong z 1972 roku. Za to "ADAS-ie" informują nas o wszystkim dookoła, samochodach, drzewach, ptakach, i duchach na autostradzie.
Samo wyposażenie samochodu "we wszystko" jeszcze nic nie daje.
Optymalizacja bez lokalizacji
Każdy samochód nadaje się "do czegoś". Ale chińskie samochody, mam wrażenie, wszystkie nadają się do tego samego. Jazdy po Chinach.
Czyli raczej po mieście, albo wolno po drogach podmiejskich. Większość testowanych przeze mnie samochodów (zwłaszcza elektrycznych), na 100 - 120 km/h kończy swoje zdolności do bycia oszczędnymi. Przy 130 - 140 km/h zaczynają zużywać bardzo dużo. Robią się też głośniejsze, a i stabilność spada. Układ kierowniczy, pomagający w mieście i nie przeszkadzający w codziennej jeździe, nagle zaczyna pracować "za lekko".
Jakby nikt nie pomyślał, że gros klientów tymi samochodami będzie jeździć w długie trasy i autostradami. Nie ma tu żadnej optymalizacji względem potrzeb.
I właśnie to wszystko powoduje, że wiele chińskich aut, o których można by powiedzieć, że są dobre, po prostu irytuje. Czasem mniej, czasem bardziej, ale cały ten "user experience" po prostu leży.
"Tak Wam zrobiliśmy, i tak macie. Cieszcie się, że tanio".


