Czeka nas kolejny kosztowny problem. Olej silnikowy drożeje i znika
Myśleliście, że wysokie ceny ropy to problemy tylko i wyłącznie z cenami paliw i ich dostępnością? Nic bardziej mylnego - olej silnikowy kosztuje coraz więcej, a jego dostępność topnieje.
Działania zbrojne na Bliskim Wschodzie cały czas blokują cieśninę Ormuz, przekładając się na bardzo wysokie ceny ropy. Rynek paliw szaleje od blisko trzech miesięcy, a skala konfliktu cały czas zatacza szersze kręgi. Kolejną "ofiarą" jest olej silnikowy.
Problem staje się naprawdę poważny. Ostrzeżenia pojawiają się w sieciach dealerskich dużych producentów, wśród niezależnych serwisów oraz u dostawców części.
Z dokumentów, które trafiły do mediów, wynika, że w USA Toyota i Nissan przygotowywały swoje serwisy na ograniczenia dostaw wybranych olejów. W Wielkiej Brytanii grupa Volkswagena już na krótko wstrzymała dostawy części własnych produktów olejowych.
Olej silnikowy jest ofiarą geopolityki
Źródło problemu leży w globalnym łańcuchu dostaw petrochemicznych. Wojna na Bliskim Wschodzie przełożyła się na ceny ropy i zaburzyła dostępność surowców oraz komponentów wykorzystywanych w rafineriach. Przed rozpoczęciem konfliktu baryłka ropy Brent kosztowała około 63 dolary. Później cena wzrosła nawet do 120 dolarów, a obecnie utrzymuje się w okolicach 105-110 dolarów.
Oczywiście wszyscy odczuliśmy to przy dystrybutorach, choć wysokie ceny, póki co, hamuje program CPN. Ten jednak wygaśnie pod koniec maja i nie wiadomo, czy będzie przedłużony na wakacyjne miesiące.
Ta sytuacja uderza także w serwisy samochodowe. Olej silnikowy, choć często określany jako syntetyczny, nadal w dużej mierze korzysta z baz olejowych zależnych od ropy naftowej i produktów petrochemicznych.
Właśnie tutaj pojawia się kluczowe pojęcie: baza olejowa. O co tutaj chodzi?
W dużym uproszczeniu: jest to podstawowy składnik gotowego oleju silnikowego, do którego producenci dodają pakiety uszlachetniaczy. Bazy olejowe są głównymi blokami budulcowymi środków smarnych. Co ważne, wiele olejów określanych jako syntetyczne wykorzystuje bazy "Grupy trzeciej", które powstają przez rafinację strumieni ropy naftowej.
„Syntetyczny” nie zawsze oznacza całkowicie niezależny od ropy
Dla kierowców może to brzmieć paradoksalnie. Skoro nowoczesne silniki używają olejów syntetycznych, dlaczego problem z ropą ma wpływać na ich dostępność? Odpowiedź jest prosta: w USA określenie „syntetyczny” funkcjonuje w dużej mierze jako termin marketingowy odnoszący się do gotowego środka smarnego. Nie musi oznaczać produktu stworzonego wyłącznie z w pełni syntetycznych baz chemicznych.
W praktyce producenci często wykorzystują wysoko przetworzone bazy mineralne. Są tańsze od wielu rozwiązań w pełni syntetycznych, a przy odpowiedniej formulacji spełniają wymagania nowoczesnych silników. Gdy jednak petrochemiczny łańcuch dostaw zaczyna się zatykać, problem przekłada się bezpośrednio na dostępność olejów silnikowych.
Teoretycznie producenci mogliby szerzej przejść na inne bazy. To jednak nie rozwiązuje całego problemu, ponieważ takie komponenty mogą być droższe. A skoro serwisy już dziś widzą wyraźne podwyżki, każdy kolejny koszt prawdopodobnie trafi ostatecznie do kierowców.
W niektórych zakątkach świata ceny już poszły w górę
Na problem uwagę zwracają między innymi brytyjskie serwisy. Jeszcze w lutym 200-litrowa beczka oleju kosztowała około 350 funtów. Teraz cena wzrosła do około 600 funtów. Oznacza to podwyżkę o około 70%.
Na razie część warsztatów próbuje brać te koszty na siebie, aby nie odstraszać klientów. Ten model ma jednak krótkie nogi. Serwisy działają na marżach, a olej jest jednym z podstawowych materiałów eksploatacyjnych. Jeśli cena zakupu rośnie tak gwałtownie, wyższy koszt wymiany oleju lub przeglądu staje się kwestią czasu.
Volkswagen ma problemy z łańcuchami dostaw
Pod koniec marca Trade Parts Specialists, czyli należący do grupy Volkswagena oficjalny dostawca części w Wielkiej Brytanii, wstrzymał na dwa dni dostawy olejów Quantum oraz Genuine Oils.

Firma tłumaczyła ten ruch ostrożnością. Chciała sprawdzić stabilność łańcucha dostaw i upewnić się, że może dalej obsługiwać klientów. Po dwóch dniach sprzedaż wróciła, ale sam fakt przerwy pokazuje skalę problemu.
W USA znikają "rzadkie" oleje. Toyota ostrzega przed niedoborem lepkości 0W-8 i 0W-16
Japońska marka przygotowała biuletyn dla serwisów, w którym ostrzegała przed możliwym niedoborem olejów 0W-8 i 0W-16. To produkty wykorzystywane przede wszystkim w najnowszych hybrydach i silnikach projektowanych pod minimalne opory wewnętrzne.
Amerykańscy dostawcy spodziewają się problemów z realizacją popytu na te oleje ze względu na ograniczenia produkcyjne i logistyczne w globalnym łańcuchu petrochemicznym. Toyota miała zalecić dealerom tymczasowe stosowanie olejów o wyższej lepkości, aby ograniczyć zużycie najbardziej deficytowych wariantów.
Gęstszy olej może zapewnić podstawową ochronę silnika, ale może też zwiększyć opory pracy i pogorszyć efektywność paliwową. W nowoczesnych hybrydach, gdzie każdy szczegół pracuje na niskie spalanie, różnica w lepkości ma znaczenie.
Na ten sam problem zwraca uwagę Nissan. Olej silnikowy staje się kosztowny
Do amerykańskich mediów trafił projekt biuletynu dotyczącego ograniczeń dostaw oleju dla amerykańskiej sieci. Rzecznik Nissana potwierdził autentyczność dokumentu, ale zaznaczył, że nie trafił on ostatecznie do dealerów.
W projekcie komunikatu Nissan wskazywał na ograniczenia produkcyjne większości produktów smarnych, wynikające z problemów z surowcami i procesami rafineryjnymi. Producent zakładał, że dostawy Nissan Genuine Oil, w tym wariantów Mobil i Mobil 1, mogłyby spaść do 55 procent poziomu w skali rok do roku. Innymi słowy, sieć mogłaby otrzymywać o 45 procent mniej oleju niż rok wcześniej.
Dokument wspominał także o korekcie cen narzuconej przez dostawców. Nissan zaznaczał jednak, że dealerzy nie muszą kupować oleju wyłącznie przez kanał producenta. Mogą korzystać z innych źródeł, o ile stosują środek smarny zatwierdzony przez Nissana.
Taki stan rzeczy, prędzej czy później, dotknie także Polaków
Na tę chwilę nie widać większych problemów związanych z dostępnością oleju, ale dwa zaprzyjaźnione warsztaty potwierdziły mi, że niektóre lepkości "znikają" w trybie ekspresowym, a ceny idą w górę. Są to coraz większe różnice, które przy utrzymującej się trudnej sytuacji na Bliskim Wschodzie mogą osiągnąć naprawdę wysoki poziom.
Najbardziej narażone będą konkretne lepkości, zwłaszcza nowoczesne oleje niskooporowe. Właściciele wielu nowoczesnych samochodów mogą więc odkryć, że zwykła wymiana oleju stanie się... trudna i bardzo droga.
Dla kierowców oznacza to dwie rzeczy: wysokie ceny i problemy logistyczne
Po pierwsze, cena może uderzyć w portfel. Jeśli warsztat płaci za olej kilkadziesiąt procent więcej, rachunek za serwis prędzej czy później wzrośnie. Szczególnie w autach wymagających drogich, nowoczesnych olejów syntetycznych.
Po drugie, dostępność faktycznie staje się powoli problemem. Brak konkretnej lepkości nie musi unieruchomić samochodu, ponieważ producenci przewidują awaryjne zamienniki. Jednak takie rozwiązania nie zawsze są idealne. Mogą wystarczyć do ochrony silnika, ale jednocześnie mogą pogorszyć zużycie paliwa albo odbiegać od optymalnych założeń fabrycznych.
Najbliższe miesiące pokażą, czy rynek szybko ustabilizuje dostawy. Na razie widać jednak wyraźnie, że problemy z łańcuchami dostaw ropy wchodzą na nowy poziom. Jedynie właściciele samochodów elektrycznych mogą spać spokojnie.
Moim zdaniem warto zachować spokój, gdyż sytuacja, przynajmniej na tę chwilę, nie wygląda jeszcze poważnie. Nie zdziwcie się jednak w momencie, w którym rachunek za podstawowy serwis pojazdu pójdzie w górę.


