ciekawostki

Zimowa wyprawa Mercedesem V250d Exclusive

Idealny długodystansowiec?

Sześć dni i 4000 kilometrów do pokonania? To akurat żaden problem. Nieco gorzej robi się w sytuacji, gdy do równania dorzucimy przeprowadzkę – wówczas wybór auta na taką podróż nie jest już taki prosty.

Mercedesa Klasy V znacie doskonale – model ten pojawił się już w naszych testach. Tym razem jednak postawiliśmy przed nim nieco inne wyzwanie. Skoro producent ze Stuttgartu podkreśla jego uniwersalność i wysoki komfort podróżowania, to czas zabrać go na zdecydowanie dłuższą wycieczkę. 4000 kilometrów w sześć dni to akurat żaden problem. Podczas naszej wyprawy musieliśmy jednak zaliczyć jeszcze przeprowadzkę, zaś w ramach deseru za odrobinę trudów Klasą V wybraliśmy się na dwa dni narciarskiego szusowania. Choć wszystko brzmi banalnie, to lekko nie było.

Krótki postój nad jeziorem Achen.

Praktyczność (i garść problemów)

Tego typu wyjazd wymagał starannego planowania, głównie ze względu na liczbę rzeczy, które miały pojawić się w przestrzeni bagażowej w połowie podróży. W redakcji pozostały więc dwa ostatnie fotele oraz półka, w której ukryto dwa praktyczne koszyki. Walizki i sprzęt narciarski zajęły raptem kawałek kufra, co dobrze zwiastowało dalszej części podróży. Późnym wieczorem wystartowaliśmy z Warszawy obierając kierunek na Ostrawę i dalej na Wiedeń. Początek lutego w tym roku był względnie łaskawy. Temperatura utrzymywała się nieco poniżej zera, ale prognozy pogody nie zapowiadały bliskich spotkań ze śnieżycami. Cóż, prognozom wierzyć nie wolno, o czym przekonaliśmy się już kilka godzin po starcie. Największym problemem, z którym spotkaliśmy się przed wyjazdem było dobranie łańcuchów do Klasy V. W wersji Exclusive z pakietem AMG w nadkolach kryją się 19-calowe felgi, do których to łańcuchów jest raptem garstka. Wypożyczalnie takowych najczęściej nie posiadają, zaś zakup zestawu na tylną oś to wydatek rzędu 1 500 zł. Finalnie udało się pożyczyć komplet, który przy odrobinie szczęścia wszedłby na koła Mercedesa. Warto też dodać, iż testowy egzemplarz to wersja z napędem na tylną oś, a w przypadku braku ciężkiego ładunku w tylnej części auto bardzo chętnie wpadało w lekkie poślizgi na śniegu. Można więc śmiało powiedzieć, że była to ryzykowna rozgrywka – tym bardziej, że zaledwie kilka dni wcześniej Tyrol i okolice zostały mocno przysypane śniegiem, a niektóre miejscowości wręcz „odcięło” od świata.

Pierwsze kilometry za kierownicą Klasy V zapowiadały przyjemną podróż. Świetna pozycja za kierownicą, bardzo wygodny fotel, wielki podłokietnik z lodówką oraz podgrzewane/chłodzone uchwyty na kubki sprawiają, że pokonywanie długich tras przypomina tutaj przesiadywanie w salonie przed telewizorem. Przy jeździe z prędkościami autostradowymi, czyli w okolicach 140 km/h zużycie paliwa oscylowało w granicach 9,5-10 litrów na setkę, co jak na tak duże auto jest świetnym wynikiem. Spory (choć mógłby być nieco większy), 67-litrowy bak wystarczał na spokojne pokonanie 650-700 kilometrów na jednym tankowaniu.

Tyrolskie krajobrazy

Mercedes V250d – dynamika

Pod maską wersji V250d znajduje się jednostka o pojemności 2,1-litra, generująca 190 koni mechanicznych. Według danych technicznych ważący 2,5-tony Mercedes rozpędza się do setki w 9,1 sekundy, zaś prędkość maksymalna to 210 km/h. Jak na dość małego diesla, to V-klasa nawet mocno załadowana radzi sobie bardzo dobrze. Auto sprawnie nabiera prędkości, zaś osiągnięcie 180 czy 190 km/h na odcinkach bez ograniczeń (w Niemczech) nie stanowi żadnego problemu. Trzeba jedynie brać poprawkę na hamulce, które mają tutaj dużo roboty i nie należą do wybitnie wydajnych.

Kokpit niczym w każdym innym osobowym Mercedesie. Materiały wykończeniowe są niezłe, choć miejscami lubią wydawać nieprzyjemne odgłosy.

Walka ze śniegiem

Gdy wszystko zdawało się być w należytym porządku, a pierwszy cel, czyli włoska Bolonia był już coraz, dopadła nas pierwsza śnieżyca. Według map meteorologicznych przez ponad sto kilometrów mieliśmy tkwić w samym sercu solidnej zamieci. Jedna z głównych dróg w Austrii, czyli autostrada A2 została zamknięta, a nam pozostało ruszyć przez Karyntię ekspresową trasą S6 i potem przebijać się krętymi bocznymi drogami. W wielu miejscach ciężarówki blokowały przejazd lub były zaparkowane na poboczu, czekając na poprawę warunków. Ruch zwolnił do 30-40 km/h, bo szybciej zwyczajnie jechać się nie dało. Dla Klasy V i takie prędkości bywały zbyt duże. Napęd na tył bowiem w takich warunkach był jedynie problemem. Auto potrafiła gwałtownie uciec w najmniej oczekiwanych momentach. Co prawda ESP reaguje ostro i od razu przyhamowuje, ale czujność musiała pozostawać na najwyższym poziomie. Dopiero w okolicach granicy austriacko-włoskiej warunki zdecydowanie się poprawiły, a naszym oczom ukazał się wreszcie suchy asfalt. Ostatnie 400 kilometrów przez Włochy było już tylko formalnością.

Wspinaczka nad dolinę Zillertal. Mercedes bez problemu radził sobie z ciasnymi zakrętami.

We Włoszech z kolei musieliśmy zmierzyć się z misją upakowania „pół roku życia” do auta. Nie była to garść rzeczy. Kilka walizek, pudła, dokumenty – to wszystko zajęło całą przestrzeń do linii okien i aż do drugiego rzędu siedzeń. W tej sytuacji zaczęliśmy doceniać możliwość ładowania przedmiotów przez otwieraną szybę, nie ryzykując zaburzenia misternej konstrukcji.

Zwinność

Bolonia może i nie ma tak skomplikowanej sieci wąskich uliczek jak inne włoskie miasta, ale jednokierunkowych wąskich dróg zdecydowanie tutaj nie brakuje. Prawdziwy galimatias zaczyna się w starej części (tzw. Centro Storico), ale wjazd tam mają tylko auta posiadające specjalne przepustki. Nawet tam jednak ponad pięciometrowy Mercedes odnalazłby się bez większego problemu. Dużą zaletą tego modelu jest zwrotność oraz świetna widoczność na wszystkie strony. Łamanie się w wąskich ulicach wymaga czujności i uwagi, ale pomaga w tym zestaw kamer 360 stopni. Krótki przedni zwis pozwala na wpasowywanie się z odpowiednim zapasem miejsca, zaś spore lusterka ułatwiają wyczucie pojazdu.

Zapomniane boczne drogi

Na narty tylko z 4MATIC

Zwrotność Klasy V przydała się także na bardzo wąskich i krętych podjazdach w okolicach doliny Zillertal w Austrii. W górach powrócił jednak inny problem – brak napędu 4MATIC dał nam ostro w kość. Przede wszystkim na mocno pochylonych łukach Mercedes tracił przyczepność – tam, gdzie przód stał „na płasko”, tył opierał się wyłącznie na jednym kole. O walce ze śniegiem nawet nie ma co wspominać. Wystarczyło zaledwie kilka lekkich zasypanych wzniesień, aby Klasa V zwyczajnie się poddała. Ba, nawet na oblodzonym parkingu zostaliśmy uziemieni, gdyż pomimo ESP auto nie było w stanie ruszyć. Dopiero pomoc w postaci Land Rovera Defendera z solidną liną, którą podpięto do naszego auta i „wciągnięto” je na nieco gęstszy śnieg pozwoliła na kontynuowanie podróży.

Wyżej nie wjechał – brak napędu na cztery koła wyraźnie ograniczał możliwości Klasy V

Zapadła więc słuszna decyzja, aby nie zapuszczać się w mocno zasypane okolice. Tyrol oferuje bowiem wiele atrakcji także dla osób, które nie jeżdżą na nartach. Doskonałym wyborem jest zwiedzenie okolic jeziora Achen. Krystalicznie czysta woda oraz przepiękne drogi zachęcają do snucia się po położonych w okolicy miejscowościach. W tych z kolei jest masa przyjemnych lokali, w których można dobrze zjeść za dość rozsądne pieniądze.

Malownicze okolice jeziora Achen zachęcają do licznych fotostopów

Spędzanie czasu w Klasie V jest dalekie od tortur. W wersji Exclusive do dyspozycji są indywidualne fotele, przy czym w testowanym egzemplarzu każdy z nich był podgrzewany i wentylowany. Szeroki zakres regulacji pozwalał z kolei na łatwe znalezienie wygodnej pozycji. Elektrycznie sterowane drzwi, indywidualna strefa klimatyzacji, szereg uchwytów na kubki – można poczuć się niemal jak w Klasie S. Niemal, bo problemem są skrzypiące plastiki. Niestety ten element zdradza „użytkowe” korzenie tego modelu – na większych nierównościach poszczególne fragmenty auta potrafią wydawać z siebie nieprzyjemne dźwięki.

Mercedes V250d i Mercedes S123 (Model T), czyli pojemny Mercedes „wczoraj i dziś”

Dobry wybór?

Klasa V ma całą garść zalet. Świetnie wygląda, przyjemnie się prowadzi, jest bardzo komfortowa i świetnie wyposażona. Oznacza to jednak jedno – będzie drogo. Testowany egzemplarz wyceniono na dość abstrakcyjne 360 000 zł. Napęd na cztery koła dodatkowo winduję tę kwotę. Czy warto? To pytanie muszą postawić sobie osoby zainteresowane takim autem. Dysponując odpowiednim budżetem warto je rozważyć – moim zdaniem jest to jeden z najbardziej komfortowych vanów na rynku. Oczywiście Klasę V można też dorwać taniej, w nieco uboższej wersji.

Konkurencja? Z modelem tym można zestawić jedynie bogato wyposażonego Multivana. Tam jednak użytkowy charakter jest jeszcze bardziej widoczny, choć Volkswagen ma też wiele atutów.

Podobne artykuły