Elektryki mają w te upały jedną gigantyczną przewagę. Nigdy się w nich nie pocisz
Spopielcie mnie jeśli chcecie, ale uśmiechnę się pod nosem wsiadając do idealnie schłodzonego samochodu. Co jak co, ale za to elektryki mają u mnie wielkiego plusa.
Powiedzmy sobie szczerze: temperatury, które mamy za oknem, są ewenementem. Upały się zdarzały, ale 32-33 stopnie uznawano za granicę przyzwoitości. Teraz "czwórka z przodu" to nowa trójka. Cóż, trzeba z tym żyć i jakoś sobie radzić. Pewne jest to, że po raz pierwszy mogę z czystym sumieniem napisać, że elektryki mają na jakimś polu niekwestionowaną przewagę nad samochodami spalinowymi.
Pomijając już fakt, że jeśli macie taką możliwość, to "tankujecie" je bardzo tanio w domu. Dodatkowo w tak upalne dni nigdy się w większości samochodów nie spocicie - bo możecie je zdalnie schłodzić.
Co jak co, ale tutaj auta spalinowe nie mają podejścia. Mając klasyczną jednostkę benzynową lub wysokoprężną pod maską, musicie liczyć się z tym, że schłodzenie wnętrza wymaga odpalenia silnika. W niektórych samochodach można to zrobić z aplikacji, niemniej z prawnego punktu widzenia jest to nielegalne.
W elektryku zaś klimatyzacja startuje przy wykorzystaniu energii z baterii. Tym samym auto formalnie nie jest włączone, ale wykorzystuje akumulator trakcyjny, aby zasilić chłodzenie, zapewniając przyjemną temperaturę we wnętrzu. I to jest rzecz, którą pokochałem.

W te największe upały w moje ręce trafiło Volvo ES90. Na 30 minut przed rozpoczęciem podróży chłodzę je do dowolnie wybranej temperatury. Tu elektryki mają przewagę
Robi się to zdalnie, z poziomu aplikacji. Proste, wygodne i jakże przydatne. Co więcej, automatycznie włącza się też wentylacja fotela, chłodząc siedzisko. To także doceniam, choć tutaj mowa o flagowej wersji, która posiada taką funkcję.
Oczywiście chłodzenie wnętrza to jedna strona medalu. W zimie możemy z wyprzedzeniem ogrzać wnętrze do dowolnie wybranej temperatury. Z reguły w wielu samochodach istnieje też opcja uruchomienia podgrzewania kierownicy i foteli.
Nie jest to "darmowe" - trzeba na to zużyć trochę prądu. Jak wiadomo każdy samochód ma nieco inny system zarządzania energią i w Volvo prądu schodzi więcej, niż się spodziewałem. Niemniej przy tej pogodzie doceniam ten fakt i nadużywam dobroci zdalnego klimatyzowania samochodu.
Swoją drogą, w moim spalinowym samochodzie też mogę włączyć ogrzewanie auta - choć to, tak jak wspomniałem, wiąże się z uruchomieniem silnika. W zimie, np. w kurortach narciarskich, czasami z tego korzystam. W elektryku przynajmniej nikt by nie zauważył, że auto "pracuje".


