Hyundai Ioniq 6 N Line to bardzo przyzwoity elektryk. Tylko nie wiem, czy to nie za mało. Opinia
W zasadzie poza trochę za dużym zużyciem energii trudno się do tego auta za coś przyczepić. Ale trudno też popaść w jakiś zachwyt za kierownicą Hyundaia Ioniqa 6. Może to tłumaczy, dlaczego tak mało jeździ ich po ulicach.
To było moje pierwsze spotkanie z tym autem. Czyli można w sumie powiedzieć, że chwilę mi się zeszło, bo przecież IONIQ 6 – a tutaj konkretnie Hyundai IONIQ 6 N Line – jest już z nami na rynku szmat czasu. Ba, lifting miał miejsce już półtora roku temu, chociaż takie auta do Polski trafiły dopiero w tym roku. Co przez to chcę przekazać?
Lata lecą, a Hyundai IONIQ 6 na ulicy to ciągle rzadki widok
Dość powiedzieć, że premiera miała miejsce latem 2022 roku, a ja ten samochód w ruchu ulicznym zobaczyłem pierwszy raz... dwa lata później w lipcu. I nie w Polsce, tylko w Chorwacji.
To nigdy nie był rynkowy przebój w przeciwieństwie do np. Ioniqa 5, który jest właściwie wszędzie. Po tygodniu z tym samochodem mam jednak wrażenie, że Hyundai Ioniq 6 nigdy nie zyskał takiego uznania, na jakie zasłużył.
Oczywiście przyczyny takiego stanu rzeczy są dobrze znane. Hyundai Ioniq to sedan. To nawet nie jest liftback, nie mówiąc już o SUV-ach. To samochód duży, ale nieszczególnie praktyczny. Trudno też powiedzieć o nim, że jest reprezentacyjny. Więc trochę trudno powiedzieć, do kogo jest skierowany.
A po liftingu to nawet przyjemne auto. Co tu się zmieniło?
Przede wszystkim Hyundai IONIQ 6 jest w końcu... ładny. Okej, o gustach się nie dyskutuje, ale wg mnie przed liftingiem ten samochód był pokraczny. A teraz? Długa, nisko poprowadzona maska zakończona futurystycznymi "pikselowymi" światłami robi wrażenie. Hyundai nazywa je Parametric Pixel LED.
Z tyłu według mnie tego polotu już nie ma, ale chociaż ten projekt jest jakiś. W środku za to Hyundai – jak w przypadku całej swojej gamy modelowej – dowozi. To dowód, że można zrobić auto nowoczesne w odbiorze, a jednocześnie ergonomiczne.
Całość jest schludna, system multimedialny – choć nie jest szczytem wzornictwa – jest czytelny, a pod ekranem centralnym jest naprawdę obfity panel z guzikami. Czytaj: to elektryk, w którym da się ustawić klimatyzację podczas jazdy bez utraty godności. Można? Można.
Tu nawet jest element zakazany we współczesnych autach – fizyczne pokrętło do regulacji głośności.
Lifting jednak nie zmienił rzeczy najważniejszej: Hyundai Ioniq 6 N Line niczym się nie wyróżnia
To i dobrze, i źle. Dobrze, bo w dobie elektromobilnych szaleństw miło wsiąść do samochodu, który jest po prostu samochodem. Nie jeździ do góry nogami i nie ma odrzutowego napędu.
Ale to jednocześnie problem, bo trudno mi znaleźć jakiś szczególny powód, żeby Ioniqa 6 kupić. Okej, to przepastne auto w środku, wyjątkowo komfortowe, ale bagażnik ma raptem 401 litrów. A do tego trudno się do niego dostać, bo to sedan. Frunk nie ratuje sytuacji.
Układ napędowy ma dużo zalet, ale dostrzegam też istotny problem. W każdym razie: testowana wersja N-Line ma aż 326 KM i przyspiesza do 100 km/h w 5,1 sekundy. Są też słabsze: o mocy 229 KM (7,4 sekundy) i 151 KM (8,8 sekundy). Do tego to jedno z najszybciej ładujących się aut na polskim rynku – 350 KW to dobry wynik,
Niestety wielkość baterii nie powala. 77,4 kWh i 53 kWh (!) w słabszych wersjach to niestety mało. Zwłaszcza że Hyundai Ioniq 6 lubi prąd. W mieście jest jeszcze dobrze, bo przy ostrożnej jeździe można zejść do wyników w stylu 12-13 kWh na 100 km. Niestety na drodze ekspresowej raczej niewykonalne jest zejście poniżej 20 kWh, a na autostradzie trzeba dorzucić jeszcze kolejne 3-4 kilowatogodziny.
Czyli uproszczając sprawę: od 80 do 10 proc. baterii nie zrobimy po trasach szybkiego ruchu nawet 300 km na jednym ładowaniu. To będą wyniki raczej w stylu 200-250 km. To za mało, żeby komfortowo podróżować autem, które z racji na swoje wymiary wydaje się być do tego stworzone.
Hyundai IONIQ 6 N Line jest też dość drogi
Podstawowa wersja kosztuje co najmniej 199 800 zł, ale to ta wersja z malutką baterią. Nie jest to przesadnie dobry deal. Z kolei N Line z mocniejszym silnikiem – czyli taka wersja, jak w teście – to już... 274 800 zł. I to jeszcze nie jest pełna opcja, bo w konfiguratorze można dorzucić jeszcze kilka drobiazgów. Finalna cena niebezpiecznie zbliży się do 300 tys. zł.
Chińskie auta – pomimo ich wielu wad – czy Tesle (choć z gamy zniknął konkurent, czyli Model S) pomimo przestarzałej architektury ładowania są jednak agresywniej wycenione. Wreszcie i Europejczycy zaczęli robić dużo lepsze auta elektryczne.
To naturalnie trochę inny segment, ale przecież taki Mercedes CLA na drodze ekspresowej potrzebuje o 1/4 energii mniej niż Ioniq 6. To już jednak różnica.
Ogółem: ja właściwie nie jestem w stanie w jakiś konkretny sposób tego Ioniqa 6 się czepić. To udane auto, pełne ciekawych rozwiązań. Mam jednak wrażenie, że rynek i klienci są dziś w trochę innym miejscu.


