Opinia: Eksperymenty nie są złe, o ile wiemy, że mogą przynieść coś dobrego. Z Ferrari Luce to nie wyszło

Naprawdę kibicowałem temu projektowi i wierzyłem, że Włosi stworzą coś oryginalnego i ciekawego. Tymczasem okazało się, że w sieci nie pojawiła się chyba nawet jedna pozytywna opinia o nowym Ferrari Luce. I szczerze mówiąc wcale mnie to nie dziwi, gdyż pierwszy raz samochód tej marki przypomina bardziej sprzęt... AGD.

Gdy światło dzienne ujrzały pierwsze zdjęcia wnętrza, byłem mocno zaskoczony - ale było to pozytywne zaskoczenie. Ferrari zaangażowało Jonathana Ive'a, byłego szefa designu Apple, do zaprojektowania nowego kokpitu. Zrobił go zupełnie inaczej, łącząc wiele nawiązań do modeli z lat sześćdziesiątych, z odrobiną cyfrowego świata. Czy było to spodziewane? Ani trochę. Ale czy wyglądało dobrze? Oczywiście - i to sprawiło, że początkowo moja opinia o Ferrari Luce była zaskakująco pozytywna.

Wierzyłem, że ten eksperyment się uda. Skoro mamy "retrofuturystyczny" kokpit, to i nadwozie powinno za nim nadążać, nieprawdaż? No cóż, nic bardziej mylnego.

Niemal każda opinia o Ferrari Luce, która pojawiła się na czołowych serwisach motoryzacyjnych na świecie, jest dość... chłodna

Być może oczekiwałem gruszek na wierzbie - kto wie. Od dawna mówiło się o tym, że Luce będzie dużym "czterodrzwiowym sedanem", o bardzo ciekawiej linii. Oczami wyobraźni widziałem samochód, który miał lekką linię i nawiązywał do pojazdów z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Widziałem tutaj chociażby inspirację modelem 365 GT4, czy późniejszą Serią 400 z gamy Ferrari.

A co dostaliśmy? Im dłużej patrzę na pas przedni, tym bardziej widzę próbę nawiązania do chociażby Ferrari 308/328, głównie za sprawą tego "ciemnego" noska i nisko ulokowanych prostokątnych świateł. Teoretycznie ukłonem w stronę tamtych samochodów jest także pas tylny z okrągłymi światłami.

Ale czemu ktoś go wkleił na czarny połyskujący panel, który wygląda niczym z jakiegoś chińskiego samochodu? Tego nie jestem w stanie pojąć.

Ferrari Luce 2027

Wróćmy jednak do przodu. Aerodynamika oczywiście grała pierwsze skrzypce, więc zamiast maski mamy wielkie wycięcie i "spoiler" w postaci elementu przechodzącego nad lampami. Wycieraczki ulokowano na słupkach A (i wyglądają przedziwnie), a sama linia boczna jest ciężka i masywna.

Dzieje się tutaj naprawdę wiele. Są jakieś dziwne czarne wstawki na drzwiach, ciemna listwa na dole (kryjąca akumulator) i specyficznie narysowane słupki C. I o ile idea 4-drzwiowego GT to strzał w dziesiątkę, to tutaj opakowano ją w coś, co wygląda po prostu mało porywająco.

Brakuje w tym emocji, brakuje w tym charakteru, a całość jest niczym nowa myszka Apple (zresztą te nawiązania pojawiają się w wielu miejscach i są moim zdaniem bardzo adekwatne).

Ferrari Luce opinia

Pamiętajcie, że mówimy o samochodzie, który kosztuje 550 000 euro

Zakładałem, że przy ciekawym designie nadwozia będzie to pojazd, który sprawdzi się jako "codzienne Ferrari", dla nowej, bardzo specyficznej grupy odbiorców. Teraz jednak widzę, że opinia o Ferrari Luce jest wszędzie niemal identyczna - jeśli będą to nowi klienci, to historia tej marki będzie ostatnią rzeczą, na którą zwracają uwagę.

Luce miało być światełkiem w tunelu i dowodem na to, że Ferrari wie jak podejść do elektromobilności w emocjonujący sposób. Dostaliśmy w zamian sprzęt AGD z wierzgającym koniem na masce, który na tle nawet innych nowości, takich jak 296, 12Cilindri czy Purosangue wygląda niczym projekt osoby, która nigdy nie miała nic wspólnego z motoryzacją, a pracę dostała ściemniając w CV.