Tak naprawdę tak miało wyglądać Lamborghini Diablo. Cizeta V16T narodziła się z urażonej dumy

Cizeta V16T (lub jak kto woli "Cizeta-Moroder") to samochód owiany tajemnicą. Wszyscy o nim słyszeli, ale mało kto zna jego prawdziwą historię. A ta jest bardzo ciekawa.

Niektóre supersamochody rodzą się z pasji, inne po prostu są zachcianką multimiliarderów. Cizeta-Moroder V16T ma jednak ciekawszą genezę - jest nią urażona ambicja. Serio.

Gdy Chrysler przejął Lamborghini i zaczął zmieniać kierunek rozwoju marki, kilku byłych pracowników postanowiło udowodnić Amerykanom, że popełnili błąd. Efektem był jeden z najbardziej niezwykłych supersamochodów swoich czasów. Teraz pierwszy prototyp trafi na sprzedaż. Dla kolekcjonerów jest to świetna okazja.

Wszystko zaczęło się od człowieka, który miał dość naprawiania Lamborghini. Cizeta V16T ma ciekawe korzenie

Claudio Zampolli nie był przypadkową postacią. Pracował jako kierowca testowy i inżynier Lamborghini, a po przeprowadzce do Kalifornii otworzył warsztat specjalizujący się we włoskich supersamochodach. Szybko stał się miejscem miejscem pielgrzymek najbogatszych mieszkańców Los Angeles, posiadających auta z Sant'Agata Bolognese.

Cizeta V16T Cizeta-Moroder

Jednym z jego klientów był Giorgio Moroder - legendarny producent muzyczny, zdobywca Oscarów i Grammy, autor sukcesów Donny Summer oraz ścieżki dźwiękowej do filmu "Scarface". Zampolli nie chciał jednak całe życie serwisować egzotycznych samochodów. Marzył o stworzeniu własnego, dopracowanego do granic możliwości.

Moroder zgodził się sfinansować projekt, a nowa firma otrzymała nazwę Cizeta-Moroder. Pierwszy człon to po prostu włoska wymowa inicjałów Claudio Zampollego - CZ.

Tak oto Chrysler nieświadomie stworzył swojego największego rywala

Moment był idealny. W 1987 roku Lamborghini trafiło w ręce Chryslera. Włoscy inżynierowie szybko przekonali się, że nowi właściciele mają własną wizję rozwoju marki. Nie wszystkim przypadła ona do gustu.

Zampolli wykorzystał dawne kontakty i ściągnął do Modeny byłych inżynierów oraz mechaników Lamborghini. Łączył ich jeden cel - stworzyć supersamochód lepszy od tego, nad którym właśnie pracowało Lamborghini.

Cizeta V16T jest prawdopodobnie najbardziej autentycznym Diablo, jakie kiedykolwiek powstało

Do projektu dołączył między innymi legendarny "maestro" świata designu, Marcello Gandini, twórca Miury i Countacha. To właśnie on zaprojektował następcę Countacha w ramach projektu 132.

Chrysler uznał jednak jego wizję za zbyt agresywną. Projekt złagodzono, a po zmianach przeobraził się w Lamborghini Diablo. Gandini nie pogodził się z tą decyzją. Zachował pierwotne szkice i przekazał je Zampollemu.

Dzięki temu Cizeta V16T otrzymała nadwozie będące w praktyce pierwotną wizją Diablo, pozbawioną kompromisów narzuconych przez korporację z Detroit.

Gdy inni montowali V12, oni stworzyli V16

Największym popisem możliwości konstruktorów okazał się jednak układ napędowy. Nie był to prosty eksperyment polegający na połączeniu dwóch silników V8. Powstała całkowicie nowa, aluminiowa jednostka V16, sześciolitrowa.

Konstrukcja otrzymała cztery głowice, osiem wałków rozrządu, 64 zawory oraz dwa wały korbowe połączone w centralnej części. Takie rozwiązanie ograniczało drgania skrętne, które przy tak długim wale mogłyby doprowadzić do jego uszkodzenia.

Cizeta V16T Cizeta-Moroder

Silnik rozwijał 540 KM i 540 Nm momentu obrotowego. Pozwalał osiągnąć 327 km/h oraz rozpędzać się do setki w 4,4 sekundy. Pod koniec lat osiemdziesiątych były to wartości wyższe niż w Lamborghini Countachu i późniejszym Diablo.

Litera T oznacza coś zupełnie innego, niż myślicie

Większość osób widząc oznaczenie V16T zakłada, że chodzi o turbodoładowanie. Nic bardziej mylnego. Litera T oznacza Transverse, czyli poprzeczne ustawienie silnika.

To niezwykle rzadko spotykane rozwiązanie w samochodzie z centralnie umieszczoną jednostką napędową. Za silnikiem znalazła się pięciobiegowa manualna skrzynia ZF, a cały układ wymusił bardzo szeroką tylną część nadwozia.

Samochód kosztował fortunę i pojawił się w... najgorszym możliwym momencie

Taki samochód nie mógł być tani. Na początku lat dziewięćdziesiątych Cizeta kosztowała około 300 tysięcy dolarów. Później cena wzrosła nawet do około 650 tysięcy dolarów, co czyniło ją jednym z najdroższych samochodów świata.

Plan zakładał budowę jednego egzemplarza tygodniowo. Szybko okazało się jednak, że recesja, niewielka rozpoznawalność marki oraz problemy z homologacją skutecznie przekreśliły te ambicje. Giorgio Moroder wycofał się z projektu jeszcze przed rozpoczęciem dostaw dla klientów.

Tak naprawdę powstało zaledwie kilka egzemplarzy

Do dziś nie ma pełnej zgodności co do liczby wyprodukowanych samochodów. W Modenie ukończono prototyp oraz osiem egzemplarzy produkcyjnych.

Po przeniesieniu działalności do Stanów Zjednoczonych z dostępnych części powstały jeszcze dwa kolejne coupe oraz jeden roadster Fenice TTJ Spyder. Łącznie mówi się więc o zaledwie jedenastu samochodach, jeśli uwzględnić prototyp oraz jedynego Spydera.

Cizeta V16T. Prototyp z aukcji jest absolutnie wyjątkowy. To jedyny "Moroder"

Samochód, który ponownie trafi pod młotek, to egzemplarz o numerze podwozia 001. Jest jedynym autem noszącym oficjalnie nazwę Cizeta-Moroder.

Cizeta V16T Cizeta-Moroder

To właśnie on zadebiutował 5 grudnia 1988 roku w Los Angeles podczas oficjalnej premiery prowadzonej przez Jaya Leno. Giorgio Moroder przygotował specjalnie na tę okazję utwór "A Car Is Born". Kilka miesięcy później samochód pojawił się również na salonie samochodowym w Genewie.

Po zakończeniu pokazów trafił do prywatnego garażu Morodera, gdzie spędził kolejne 33 lata. W 2018 roku przeszedł kompleksową renowację mechaniczną, a w 2022 roku został sprzedany za 1,36 miliona dolarów.

Teraz eksperci szacują jego wartość na 1,4-1,8 miliona dolarów. Co ciekawe, mimo pełnej sprawności technicznej prototyp do dziś nie ma homologacji drogowej. Nie można nim legalnie wyjechać na publiczne drogi.

Zdjęcia i aukcja: RM Sotheby's