Tesla Model Y Standard właściwie nie ma wad. Ale wciąż jest za droga, aby odmienić los marki
Mówię to zupełnie poważnie – Tesla Model Y Standard została obcięta z rzeczy, które szczerze i tak były zbędne w tak minimalistycznym aucie. To dalej samochód, który na tle elektrycznej konkurencji robi wrażenie. Ale w ten sposób Elon Musk i tak nie odwróci rynkowego trendu.
[Adnotacja] Materiał powstał przed obniżeniem przez markę cen tego modelu. Obecnie Tesla Model Y Standard w promocyjnej ofercie kosztuje 166 240 zł. Rabat w wysokości 18 750 złotych jest domyślny dla wszystkich wersji, z wyłączeniem modelu Performance.
Na początek może mały disclaimer – Tesla Model Y Standard, o której tu piszę, tak naprawdę… już nie istnieje. W firmie Elona Muska jedyną stałą jest zmiana i nazwa tego modelu już się zmieniła. A konkretnie to teraz po prostu Tesla Model Y. Jest jeszcze wersja Long Range, a to, co wcześniej znaliśmy jako Teslę Model Y, to teraz Tesla Model Y Premium. Uff, wyjaśnione.

Zgodnie z nowym nazewnictwem samochód ze zdjęć to po prostu Tesla Model Y, ta z mniejszą baterią
Trudno właściwie mi napisać o tym aucie cokolwiek nowego – jeśli chodzi o właściwości jezdne, ogólny komfort użytkowania, to naprawdę ten sam samochód, którego test znajdziecie już w autoGALERII, a nazywa się teraz Teslą Model Y Premium Long Range.
Zmiany w wyglądzie są w mojej ocenie kosmetyczne. Zniknęły pasy świetlne z przodu i z tyłu samochodu (i moja żona uważa, że to auto wygląda teraz lepiej), całość stoi na innych (jednak brzydszych) kołach, w środku usunięto guziki do regulacji foteli (przeniesiono ją na ekran centralny), a do tego zniknęło oświetlenie ambientowe we wnętrzu i ekran LCD dla pasażerów z drugiego rzędu. Teraz w tym miejscu są tylko porty USB.
Do tego duży tunel środkowy z przodu wyparował, został tylko dość dziwny, śliski schowek dosłownie "na podłodze", a i szklany dach, choć jest elementem konstrukcyjnym, został zasłonięty podsufitką. Serio. Taki bajer jest dla wersji Premium i nara.
Fotele z ekoskóry zastąpiono fotelami z tkaniny oraz ekoskóry, mniejsza jest też bateria, ale o tym za chwilę. O zmianach w aucie więcej można zobaczyć poniżej w filmie rednacza.
Tesla Model Y Standard w naszym wideoteście - YouTube
Ja natomiast mam jedno spostrzeżenie – jeśli to są zmiany, dzięki którym mogę oszczędzić kilkadziesiąt tysięcy złotych, bo taka jest różnica względem wersji Premium, to ja nie widzę tu praktycznie wad.
Zrezygnowano z rzeczy naprawdę zbędnych, a cenę mocno obcięto
Szklany dach? Okej, był fajny, ale bez przesady. Brak ekranu LCD w drugim rzędzie? I tak był mały, w mało wygodnym miejscu, głównie to martwiłem się, żeby nie zbiła go moja czteroletnia córka, kopiąc z wkurzenia za źle obranego banana albo coś.
Regulacja foteli? Jeśli twoim samochodem nie jeździ dziesięć osób, to de facto robisz to raz i zapominasz o sprawie. Materiałowa tkanina na fotelach? Szczerze to lepiej niż ta ekoskóra. Zwłaszcza że z tyłu zniknęło podgrzewanie kanapy – o tym zapomniałem wcześniej wspomnieć i to jednak uznaję za wadę.
O wyglądzie na zewnątrz już pisałem, ale tak naprawdę to kwestia gustu. A w nagrodę zostaje naprawdę sporo w kieszeni.
Można powiedzieć, że Tesla Model Y Standard rozbiła bank...
Wyjściowa cena – 184 990 zł – przy cenach wersji Premium grubo przekraczających 200 tys. zł brzmi jak naprawdę dobra oferta. Ale jednak mamy tu sporo mniejszą baterię.
Oczywiście to dalej bardzo wydajny elektryk. Pisałem przy okazji Premium Long Range, że w kwestii niskiego zużycia energii żadna konkurencyjna marka nie ma do Tesli podjazdu i utrzymuję to po teście wersji Standard.

Nawet przy mocnych mrozach (od minus pięciu do minus dziesięciu stopni Celsjusza) bateria była całkiem wydajna. Teslą Model Y Standard jeździłem od razu po Xpengu G6 Long Range i amerykańska propozycja w każdej sytuacji wypadała o kilka kWh lepiej niż chiński konkurent.
W mieście bez problemu osiągałem zużycie poniżej 20 kWh, a jeśli wyjeżdżałem z ciepłego (13 stopni) garażu po nocy, schodziłem do 16-17 kWh. Przy często dwucyfrowym mrozie! Na ekspresówce – przy mocnym wietrze i na mrozie – wystarczyło mi 25 kWh, a na autostradzie trzeba doliczyć dwie, trzy kilowatogodziny.
Żaden konkurent nie potrafi czegoś takiego, a do tego wystarczy kilka stopni na plusie, żeby te wyniki jeszcze znacząco się poprawiły. Tu znowu odsyłam do testu wersji Premium Long Range.
Bateria w każdym razie ma... właściwie to trudno powiedzieć, bo Tesla nie podaje tych danych. Ale w sieci można znaleźć wartości mniej więcej od 62 kWh do 70 kWh i ja skłaniam się ku tej pierwszej wersji. W każdym razie dzięki typowo "teslowej" wydajności zwłaszcza w cieplejszych miesiącach to wciąż samochód z przyzwoitym zasięgiem.
Jak na budżetową Teslę nie mówimy też o ślamazarnym aucie. Pod maską jest tu 300 koni mechanicznych, a sprint do setki to 7,2 sekundy. Chyba nikt realnie nie potrzebuje więcej w rzeczywistym świecie.
... ale w sumie to tego banku nie rozbiła
Więc tak, w zasadzie wszystko mi się tu podoba, ale... uważam, że ten model nie odwróci rynkowego trendu dla Tesli.
Elon Musk samochodami ewidentnie się znudził. Cybertruck zamienił się w jedno wielkie nieporozumienie, Model X i Model S kończą swój żywot po miliardzie lat, marka przez lata obiecywała nowy, mniejszy i tańszy model bazowy, a tak naprawdę... dostaliśmy właśnie uboższy Model Y.
I szczerze to on, chociaż tańszy, i tak jest za drogi na zmianę tego trendu. 184 990 zł za wersję Standard to niby okej cena, ale pamiętajmy, że bateria jest sporo mniejsza. Według mnie powinna być wyceniona jeszcze o 20 tys. mniej.
Dowód? Wersja Standard Long Range, z taka samą baterią co Premium Long Range, jest od niej tańsza o... 10 tysięcy złotych. Bez sensu. 209 990 zł wobec 219 990 zł.

Jeśli ktoś ma wolne dwieście tysięcy na elektryka (pomijam dopłaty, zresztą program się skończył, a o nowym cisza), to raczej ta dycha nie zrobi mu różnicy. A jeśli szuka finansowania, to ta dycha mu się też "rozleje" na raty i jej nie zauważy.
Tak więc Tesla Model Y Standard powinna być jeszcze tańsza, a Standard Long Range w cenie obecnego Standardu. Wtedy może coś na rynku by drgnęło. Teraz szczerze wątpię, choć to udane auto.
PS. W nowym sofcie pojawiły się nowe aplikacje. Fotobudka to sztos, a Lakiernia to naprawdę fajna zabawa.


