Tu nie ma miejsca dla The Kinks. Nowa Lola T70S jest bardzo autentyczna. I wygląda świetnie
Brytyjski producent aut wyścigowych zamierza wrócić z drogowym modelem. W przeciwieństwie do tekstu słynnego utworu The Kinks, Lola T70S jest tym, czym chcielibyśmy, żeby była.
Oczywiście większość z Was kojarzy nazwę Lola. Brytyjski producent ma zasłużoną renomę jako twórca udanych konstrukcji wyścigowych. Na konstrukcjach Loli wygrywało wielu kierowców w historii. Firma ma epizod również z autami drogowymi, głównie w latach 60. i 70. Po upadku w 2012 roku przez dwanaście lat nie funkcjonowała. Ale teraz przyszła pora na nowe rozdanie. Firma zapowiedziała modele Lola T70S i T70S GT. Oba mocno inspirowane modelami z dawnych lat. I tak "autentyczne" jak to tylko możliwe.
Lola T70S będzie miała V8 i ręczną skrzynię biegów
Oczywiście, auta nawet nazwą nawiązują do słynnego poprzednika, czyli Loli T70. Auto zadebiutowało w 1965 roku i korzystało z aluminiowego monokoku, w którym znalazło się miejsce dla potężnej amerykańskiej V8-ki. Wyprodukowano ok. 100 sztuk tego wyścigowego modelu, który w sumie ponad 90 razy wygrał, w tym 24-godzinny wyścig Daytona.
Nowy model wizualnie jest bardzo blisko oryginału, co cieszy. Na wizualizacjach, które ujawniono, auto wygląda genialnie, ze swoimi klasycznymi liniami i dużymi przednimi lampami.

Jeśli chodzi o technologię, to postarano się o to, aby połączyć klasycznego ducha z nowoczesnością. Za napęd odpowiada pięciolitrowy silnik Chevroleta (prawdopodobnie jest to któryś, tzw. "crate engine" przeznaczony do projektów tuningowych). Osiąga 530 KM, co pozwala bardzo lekkiemu autu na naprawdę obłędne osiągi. Lola deklaruje, że T70S osiąga 96 km/h w 2.5 sekundy i rozpędza się do 325 km/h.
Lola T70S jest autem wyścigowym, nie dziwi więc postawienie na maksymalne osiągi. Nieco inaczej jest w przypadku wersji drogowej, czyli T70S GT. Tutaj napęd zapewnia również jednostka General Motors, ale jest to 6,2-litrowe V8. Mocy ma nieco mniej, bo 500 KM. Osiągi też nieco "gorsze" - setka pojawia się w ok. 3 sekund, a prędkość maksymalna wciąż oscyluje wokół 320 km/h. GT ma być dopuszczona do ruchu, więc musi mieć nieco więcej na pokładzie. To znaczy, poprawioną ergonomię i na przykład klimatyzację. Ale jak podkreśla producent, to by było na tyle. Ma być maksimum mechaniki i maksimum "surowego auta", dla pasjonatów.

Dlatego oba auta są bardzo mocno zbliżone do pierwowzoru. Zastosowano tu podwójne wahacze, podobnie jak w T70. I tak samo jest tu aluminiowy monokok. Nie zdecydowano się na włókno węglowe.
Zamiast tego Lola stawia na innowacyjne rozwiązania.
Zamiast włókna węglowego, mamy włóka... roślinne i bazaltowe, połączone żywicą wytworzoną z odpadów z przetwarzania trzciny cukrowej. Dzięki temu firma zmniejszyła emisje przy produkcji o połowę, a deklaruje, że nie poświęciła tutaj ani trochę z wytrzymałości i trwałości konstrukcji. Mam też wrażenie, że w razie czego nadwozie będzie można po prostu zjeść.
Nawet elementy magnezowe są tu eko. Potrzebny do ich wytworzenia materiał pozyskano przez ekstrakcję z wody morskiej, przy pomocy urządzeń zasilanych solarnie.
Lola T70S może i będzie maksymalnie analogowym samochodem, ale wykonanym niczym marzenie aktywisty.
Powstanie tylko 16 egzemplarzy nowej Loli, pewnie za olbrzymie pieniądze. Dla kolekcjonerów, którzy łączą chęć posiadania czegoś "eko", bez tracenia dźwięku V8 i analogowych wrażeń z jazdy.


