Jeździłem malezyjskim autem w egzotycznym raju. Perodua Axia wywołała we mnie skrajne odczucia

Dwa tygodnie w niewielkim, malezyjskim aucie po pięknych drogach Mauritiusa. Taka przygoda spotkała mnie w tym roku, a w wypożyczalni trafił mi się nie byle jaki egzotyk z naszego punktu widzenia, bo Perodua Axia. Co to w ogóle jest i dlaczego z jednej strony w efekcie doceniłem europejską motoryzację, a z drugiej – zobaczyłem, czego nam brakuje?

Myślałem szczerze mówiąc, że to będzie Suzuki. Bo muszą państwo wiedzieć, że na Mauritiusie Suzuki są wszędzie. Gdzie się nie spojrzysz, na pewno zobaczysz jakiś produkt koncernu z Hamamatsu. Suzuki Swift jest tam widokiem równie powszechnym, co Fiat 126p jeszcze trzydzieści lat temu w Polsce. A tu bum – Perodua Axia.

Przyznaję: byłem skonfudowany, nie wiedziałem nawet, co to za marka. Perodua Axia - test w przedziwnych warunkach

Albo inaczej – wiedziałem, czym jest Perodua, słyszałem o niej. Ale będę szczery, nie kojarzyłem, jak wygląda logo tej marki. Więc jak zobaczyłem ten dziwaczny emblemat na masce, musiałem się wysilić.

Dobra, nie wysiliłem się. Wkleiłem zdjęcie do Chata GPT i poznałem prawdę.

Perodua Axia test

W każdym razie w tym momencie już wiedziałem, że trafiło mi się naprawdę rzadkie (poza Malezją) auto. Bo nie jest tak, że na Mauritiusie auta marki Perodua jeżdżą wszędzie. Wręcz przeciwnie, są stosunkowo rzadkie.

Perodua – co to za producent?

Największy w Malezji, choć stosunkowo młody. Marka powstała w latach 90., zrzucili się na nią japońskie Daihatsu (to istotna informacja) oraz szereg lokalnych inwestorów.

Perodua nie jest zbyt szeroko znana na świecie, ale też... nie potrzebuje. Jest największym producentem aut w Malezji i to wystarczy. Bo jest nie tylko największym producentem, ale i największym sprzedawcą. W Malezji obowiązuje drakońskie cło na auta z innych krajów. Większość rynku mają więc właśnie Perodua, dalej jest także lokalny Proton, a reszta to już głównie japońskie importy, które są tam koszmarnie drogie.

Jeśli jednak myślicie, że malezyjska myśl techniczna jest tak zaawansowana, no to Proton jest generalnie koniem trojańskim chińskiego Geely, a Perodua... czy ja już wspominałem o Daihatsu?

A ponieważ Daihatsu należy w całości do Toyoty, można powiedzieć, że po Mauritiusie jeździłem egzotyczną Toyotą

Samochód, który widzicie na zdjęciach, to pierwsza generacja modelu Axia. W produkcji jest już również druga generacja, ale Malezyjczycy bynajmniej nie wygasili linii produkcyjnej wersji pierwszej. Po prostu jest ona tym jeszcze prostszym, jeszcze bardziej bazowym autem w portfolio na wybranych rynkach.

To pewnie ma sens, bo trudno wyobrazić mi sobie auto prostsze niż Perodua Axia. Jak Boga kocham, w tym samochodzie nie ma kompletnie nic. A to i tak była dość wysoko pozycjonowana wersja Style – pojawiła się po drugim liftingu i udaje ona auto terenowe. Tak, do wersji udającej crossovera dobrali nazwę "Style".

Perodua Axia test

W każdym razie autko ma trochę zmienione zderzaki, pseudoterenowe nadkola, pojawiają się relingi na dachu. Ale ogółem to dokładnie takie samo auto, jak wersje cywilne. Inna sprawa, że Axia jest pancerna i jedzie dziarsko przez konkretne kartofliska. Można porównać to tylko do Fiata Pandy w greckich wypożyczalniach, gdzie służy za auto, które dojedzie każdą drogą na każdą plażę.

Ale kontynuując kwestię wyposażenia – miałem tu do swojej dyspozycji dwa airbagi, bezkluczykowy system otwierania auta, czterobiegowy (sic!) automat, kontrolę trakcji i to właściwie tyle.

Komputer pokładowy tu się obsługuje takim "patykiem", który wystaje z zegarów. Rozwiązanie, które w Europie można jeszcze spotkać chyba tylko w Suzuki.

Rozczuliła mnie również klimatyzacja, która nie miała funkcji ogrzewania. Na panelu mogłem ustawić pokrętłem tylko zimno albo bardzo zimno. Ale w tych rejonach świata to dość logiczne.

A już moim hitem był ekran multimedialny włożony w kieszeń w kokpicie. W prawym górnym rogu dumnie widniał tam logotyp... DivX. Kto nie pamięta, to w czasach przed VOD to był popularny format kompresji plików wideo. Tak więc Perodua Axia jest gotowa do odpalania spiraconych filmów. A i jest w niej w menu opcja uruchomienia kamery cofania, ale kamera nie działa.

Sprawdziłem. Z tyłu auta miejsce na kamerę było. Tylko kamery nie było. I chyba stąd problem.

Perodua Axia: to jak się tym jeździło?

Fantastycznie. Serio. Czterobiegowy automat brzmi strasznie, ale w warunkach górzystej, tropikalnej wyspy, był zupełnie odpowiedni. Ja chyba tylko z raz osiągnąłem jakieś 110 km/h na autostradzie, więc to dużo mówi o warunkach na Mauritiusie.

Pod maską czai się tu litrowy silnik (3 cylindry) o mocy 66 koni mechanicznych i momencie obrotowym rzędu 90 niutonometrów. Przyspieszenie do 100 km/h po prostu występuje. Internety podają, że to 17,2 sekundy. Ale serio, nie wadzi to w aucie de facto miejskim.

To jednostka Toyoty, ale przebudowana przez inżynierów Peroduy. Jednocześnie jest to ich pierwszy silnik, w którym zostały zastosowane aluminiowe części, dzięki czemu odchudzono go o 10 kg. Wyróżnikiem silnika jest zastosowanie w nim... zmiennych faz rozrządu. Tak, to, co u nas Toyota pchała do aut jakieś 20 lat temu, VVT-i.

No ja mówiłem, że to proste auto. Ostrzegałem.

W każdym razie Perodua Axia jeździ jak typowe miejskie auto. Czytaj: jest dość sztywna, ale prowadzi się dobrze. Spalanie to litr paliwa na 16,2 kilometra (tak, tak podaje tam wynik komputer pokładowy), więc na nasze to trochę ponad 6 litrów na 100 km. Wygłuszenie nie jest też jej najmocniejszą stroną, ale raczej nikt na to nie zwracał uwagi.

Do gustu przypadło mi wspomaganie kierownicy. Odnosiłem się wcześniej do Fiata Pandy i kto wcisnął w niej magiczny guzik CITY, ten wie, że w tym autku kierownicą można kręcić dosłownie małym paluszkiem. Tu tak nie jest – Perodua Axia wymaga dość pewnej ręki, ale jest to satysfakcjonujące.

Wspomniałem też, że Axia świetnie radzi sobie na wertepach i tak rzeczywiście było. Nie znalazłem informacji, że w wersji Style z tymi pseudoterenowymi akcentami prześwit jest większy, ale faktem jest, że samochód bez zająknięcia pokonywał największe dziury na nieutwardzonych dojazdach do poszczególnych atrakcji. Po prostu robił swoje.

O wnętrzu można powiedzieć tyle, że... jest. Plastiki są twarde bez wyjątku, za to całość jest solidnie zmontowana. Miejsca w środku jest oczywiście tyle, co w typowym miejskim aucie, ale ja, żona i córka w foteliku zmieściliśmy się wygodnie. Bagażnik 260 litrów wystarczał na wepchnięcie tam nadawanej walizki oraz jeszcze miękkiego plecaka w wymiarze walizki do bagażu podręcznego. Całkiem spoko.

Ogółem: Perodua Axia to samochód jak u nas przed laty. W najlepszym i najgorszym rozumieniu tego słowa

Perodua Axia nie jest samochodem, który zapamiętam za cokolwiek innego, niż fakt, że jest z mojej perspektywy kompletnie egzotyczny. Malezyjskie auto na licencji od Daihatsu (model Ayla), którym jeździłem po Mauritiusie. No, to zostaje w głowie na dłużej.

Ale to też osobliwa lekcja motoryzacji. Zacznę od negatywów na temat Peroduy Axia: lubimy się czepiać tej naszej motoryzacji, ale trzeba przyznać, że na tle tego wynalazku nawet Volkswagen Polo to szczyt techniki.

Perodua Axia, czy może raczej Daihatsu Ayla, czyli tak właściwie Toyota Agya (na innych rynkach Toyota Wigo) to maksymalnie spartańskie auto zaprojektowane specjalnie na azjatyckie (choć Mauritius to Afryka) rynki. Nie ma nic wspólnego z naszą Toyotą Aygo na przykład – ma zupełnie inną płytę podłogową.

To samochód, w którym strach mieć stłuczkę przy większej prędkości. Którego silnik pracuje głośno i w Europie nie byłby dopuszczony do sprzedaży przez emisję spalin. I tak dalej.

Ale jest jeszcze druga strona medalu: lubimy się czepiać naszej motoryzacji i... robimy to słusznie. Europa też potrzebuje prostych aut. Tymczasem są one u nas kompletnie przeładowane zbędnymi rozwiązaniami. Toyota Aygo X, najtańsze małe autko tej marki u nas, kosztuje ponad 80 tys. zł, a cennik zamykają wersje dobijające do 100 tys.

Tymczasem na Mauritiusie najprostsze modele marki Perodua, czyli Axia (i mówię o nowszej, drugiej generacji!) oraz Bezza, który jest trochę Axią z doczepionym kuprem (to sedan), można wyrwać w przeliczeniu na nasze za nieco ponad 50 tys. zł.

To robi różnicę w tym segmencie. Zresztą podejście na Mauritiusie do motoryzacji to piękna sprawa. Bo gdzie w Europie kupisz sobie bez problemu proste benzynowe, azjatyckie auto z silnikiem wolnossącym, wielkiego niemieckiego SUV-a z V6 albo elektrycznego Lotusa? Nigdzie. Nigdzie. A tam kupisz. Tam jeżdżą dosłownie wszystkie auta.