Volkswagen Golf GTI Edition 50 to (prawie) najlepszy hothatch w historii tej marki. Naprawdę chcecie go mieć
Ma 325 KM, szperę i opcjonalni wyjeżdża na oponach typu semislick. Volkswagen Golf GTI Edition 50 niespodziewanie stał się jednym z najlepszych hothatchy na rynku - i nie chodzi tutaj nawet o to, że jest "ostańcem".
Ostatnio zastanawiałem się nad tym, czy era hothatchy dobiegła końca przez normy, czy jest to... nasza wina. Co prawda wiele firm próbuje dać nowe życie szybkim hatchbackom, ale elektryczny napęd nijak nie oferuje tych samych emocji. Mam też takie niejasne wrażenie, że po prostu coraz rzadziej mamy możliwość wykorzystania potencjału takich samochodów. Są mocne, są szybkie, wymagają przestrzeni i tak naprawdę swoje pazury pokazują dopiero na torze wyścigowym. To nieco przydługie i lekko pesymistyczne wprowadzenie prowadzi nas do samochodu, który jest dla mnie jednym z największych zaskoczeń ostatnich lat. A jest nim Volkswagen Golf GTI Edition 50.
Długa nazwa, nieprawdaż? Brzmi też tak, jakby oznaczała kilka dodatkowych naklejek na aucie. I na pierwszy rzut oka tak to wygląda. Są nowe ozdobniki, pojawiły się ciekawie lakierowane felgi (czerwono-czarne), ale zderzaki wyglądają zwyczajnie. Jedynie ten nieco większy spoiler nad tylną szybą sugeruje, że coś tutaj się zmieniło.
A zmieniło się tak naprawdę... wszystko. Volkswagen Golf GTI Edition 50 to owoc pracy inżynierów, których przez lata trzymano chyba w hibernacji
Wiecie, Volkswagen ma na swoim koncie dużo fenomenalnych konstrukcji. W ostatnich latach nie było ich jednak widać. Szczytem tej marki była siódma generacja Golfa, która oferowała wszystko - od dobrego hatchbacka, przez fajne GTI w różnych wersjach, po skuteczną R-kę i unikalną wersję GTI Clubsport S (do niej jeszcze wrócę).
A potem przyszła ósemka. Nudna, nijaka i pozbawiona charakteru. W wersji GTI sprawiała wrażenie Garfielda wypchanego po brzegi lasagną. Wersja R przypominała początkowo konsolowy symulator, a nie prawdziwy samochód. Było źle.
I mówili to wszyscy. R-ka rozczarowała mnie po pierwszych kilometrach. Zagraniczni dziennikarze, zwłaszcza Ci z najwyższej półki tej branży, nie szczędzili słów krytyki. Klienci byli wściekli. Swoje trzy grosze dorzuciły do tego abstrakcyjnie wysokie ceny, które nijak nie miały się do poziomu tych samochodów.
Rzadko się zdarza, że producent faktycznie słucha głosu klientów i naszej dziennikarskiej braci. Tym razem jednak Volkswagen nie przeszedł obojętnie obok krytyki. Dotykowe przełączniki znikają, a sportowe modele poprawiono. I to jak.

Lifting zmienił Golfa nie do poznania
W wersji GTI pojawił się jakiś charakter, a wersja Clubsport jest kapitalną zabawką. R-ka stała się naprawdę agresywnym i zarazem uniwersalnym samochodem, "do Biedronki i na Nurburgring". Z hibernacji wybudzono ewidentnie najlepszych inżynierów, dając im jedno proste zadanie: poprawić to, co było złe.
Niemcy zostawili jednak to, co najlepsze na specjalną okazję. I jest to właśnie Volkswagen Golf GTI Edition 50, stworzony na 50-lecie tego hothatcha. Ma 325 KM, szperę, opcjonalnie zyskuje wydech Akrapoviča i semislicki (genialne opony Bridgestone Potenza Race). Brzmi ciekawie?
Uwierzcie mi, tak też jest w praktyce. Pierwsze opinie o tym samochodzie oceniały go głównie w superlatywach. Mogę się teraz tylko pod tym podpisać i dodać od siebie swoje trzy grosze.
Tak, Niemcy podnieśli poprzeczkę. Może i stylu nie poprawili, ale skupili się na mechanice. Inna geometria zawieszenia, większa moc i wspomniana już szpera "zrobiły robotę". Chcą wycisnąć z tego samochodu sto procent możliwości, od razu udałem się na nieco bardziej kręte drogi.

Och, jakież to było miłe doświadczenie!
To jest ten moment, w którym po kolejnych zakrętach na twarzy mimowolnie pojawia się szeroki uśmiech. Przesuwanie granic postępuje, a relacja z samochodem zacieśnia się. Z każdym kolejnym zakrętem odkrywacie, że Golf GTI Edition 50 ma ogromne pokłady możliwości i przyczepności, które dają dużo pewności.
Ale wystarczy, że w zakręcie delikatnie zdejmiecie nogę z gazu, a tylna oś z chęcią zafunduje Wam łatwą w kontroli nadsterowność. W niektórych łukach i ciaśniejszych zakrętach po prostu wystarczy delikatnie odpuścić gaz, wprowadzając odrobinę wspominanej nadsterowności (masa przesuwa się na przód i lekki tył traci przyczepność). Potem dodajecie gazu i auto samo się prostuje, utrzymując obrany tor jazdy. Coś pięknego!
Volkswagen zrobił coś jeszcze. Zawieszenie DCC dostało nowe zestrojenie, z trybem Special. Łączy on nieco sztywniejsze (ale nie najtwardsze) nastawy, tak aby idealnie sprawdzać się na... Nurburgringu. Zresztą logo tego ustawienia nie ukrywa nawet jego celu.

Ale! W parze z tym wszystkim idzie tryb S+ w skrzyni biegów. Działa on w prosty sposób: skrzynia w trybie automatycznym przeciąga biegi i trzyma wyższe obroty, nie wrzucając niepotrzebnie wyższych przełożeń. Tym samym na torze nie dochodzi do sytuacji, gdzie między zakrętami na chwile wpadacie na wyższy bieg, tracąc dynamikę. To ma sens.
Przyczepię się jedynie do szybkości reakcji skrzyni na pracę łopatek (jest to nieco ospałe). Plus za to należy się za brak automatycznych zmian biegów - spotkanie z odcinką jest tutaj możliwe.
Szkoda tylko, że Volkswagen zapomniał o kilku swoich unikalnych elementach
Może i mamy nowe felgi, naklejki i większy spoiler, a w środku jest inna krata na fotelach. Brakuje mi tutaj jednak kubełkowych foteli Motorsport (znanych z Volkswagenów sprzed lat), oferujących lepsze trzymanie boczne. W kokpicie przydałby się też jakiś detal przypominający o unikalnym charakterze tego samochodu - np. pamiątkowa tabliczka.
Volkswagen Golf GTI Edition 50 - test. To nie jest tania zabawka, ale zdecydowanie zasługuje na uwagę
Przede wszystkim to wciąż jest... Golf. W trasie zużywa mało paliwa (jak na 325-konne 2.0 TSI), we wnętrzu jest sporo miejsca, a bagażnik mieści nawet dwie większe walizki. Mówimy więc o samochodzie, który nadaje się do codziennej jazdy.
A ceny? Cóż, tanio nie jest. Golf GTI, standardowy, startuje od 171 490 złotych. Wersja Clubsport kosztuje już 182 090 złotych. A GTI Edition 50? Tutaj trzeba wydać co najmniej 196 890 złotych. Dla porównania - Golf R kosztuje niemal tyle samo - 196 190 złotych.

Powiecie więc, że jest drogo, a Golf R jest lepszy. Otóż nie do końca. Moim zdaniem są to dwa różne samochody, skierowane do zupełnie innych odbiorców. R-ka pozwala na szybką jazdę, ale za sprawą napędu na cztery koła jest bardziej uniwersalna, ale też i cięższa. Na torze, wbrew pozorom, przegrywa z nowym GTI.
Volkswagen Golf GTI Edition 50 to z kolei hothatch trzymający się "starej szkoły" tego segmentu. Daje frajdę z jazdy, czasami nieco zaskakuje, nie jest idealny, ale wywołuje dużo emocji. I o to tutaj przede wszystkim chodzi.
Jeśli więc zamierzacie od czasu do czasu wyskoczyć na tor, to moim zdaniem "50-ka" jest świetnym wyborem. No i potencjalnie zyska na wartości.
Okej, ale w tytule napisałeś, że jest to PRAWIE najlepszy Golf GTI. Dlaczego?
Już spieszę z odpowiedzią: gdyż absolutnym szczytem tej marki był rasowy Volkswagen Golf Clubsport S. Przedlitowa "siódemka" dostała 310 KM, trzydrzwiowe nadwozie, pozbawiono ją tylnej kanapy, przebudowano zawieszenie i układ kierowniczy i wypuszczono to na rynek w limitowanej liczbie egzemplarzy.

Powstało tylko 400 takich samochodów (początkowo miało być 500), a niektóre z nich wyjechały bez klimatyzacji - można było z niej zrezygnować. Ci, którzy mieli z nim do czynienia, nazywali go "911 GT3 świata hothatchy - precyzyjnym i niezwykle skutecznym samochodem w opakowaniu hatchbacka".
Piedestał zostawmy więc dla tego samochodu, ale Golfowi GTI Edition 50 też zafundujmy chwilę chwały. Volkswagen, jako jeden z ostatnich producentów, ma wszak spalinowego hothatcha. Co za czasy.


