Hyundai Ioniq V debiutuje w Chinach. Jest śmiesznie tani, ale jest haczyk
W Chinach w sprzedaży pojawił się Hyundai Ioniq V. Futurystyczne auto elektryczne kosztuje śmieszne pieniądze, co mogą budzić zazdrość. Warto jednak przyjrzeć się bliżej tej ofercie.
Widziałem już komentarze w internecie, że chiński Hyundai Ioniq V kosztuje tyle ile kosztuje, a u nas za mniej niż 100 000 zł to można co najwyżej bazowego Instera kupić. I na pierwszy rzut oka, po przejrzeniu oferty, może się wydawać, że ta niesprawiedliwość jest nie tylko jawna, ale i wielka.
Przyjrzyjmy się jednak ofercie Hyundaia. Bo, przyznaję, sam byłem zaskoczony.
Hyundai Ioniq V kosztuje od 60 000 zł
A dokładniej, nie uwzględniając promocji na start, wyceniono go na 109 900 RMB, czyli niecałe 64 000 zł. Mamy przy tym podstawową wersję, z małą baterią. Możemy wybrać jedną z trzech linii wyposażenia. Dwie wyższe dostaniemy też z większym akumulatorem. Cena maksymalna chińsko-koreańskiej propozycji to 139 900 RMB, czyli niecałe 84 000 zł.
A mówimy o aucie, które ma 4,9 metra długości i korzysta z architektury 800V. Faktycznie, wygląda to jak okazja stulecia, biorąc pod uwagę, że podobne konstrukcyjnie auto mogłoby kosztować u nas pewnie ok. 200 000 zł.

Hyundai Ioniq V wyposażony jest przy tym w nowoczesną technologię pozwalającą np. na autonomiczną jazdę po autostradach, a całość sterowana jest procesorem Qualcomm Snapdragon 8295.
Wspomniana architektura 800V to jedno, ale spójrzmy na akumulatory. I tu robi się naprawdę ciekawie, względem ceny.
Podstawowy Ioniq V korzysta bowiem z baterii o pojemności 53,5 kWh. To mniej, niż ma np. KIA EV2 z większą baterią, albo elektryczny Hyundai Kona. I co prawda architektura 800V pozwala na wydajniejszą jazdę, to nie oszukujmy się, mimo deklaracji o 443 km zasięgu (WLTP), to auto ma w najlepszym razie 300 km pomiędzy ładowaniami. Bo trudno mi uwierzyć w deklarowane przez koncern 11,1 kWh zużycia w trybie mieszanym. Choć pewnie w mieście jest osiągalne.
Do tego moc ładowania - 20 minut od 30 do 80%, co daje nam pewnie szczytową moc ładowania nieco ponad 100 kW. BYD Seal mający akumulator 82,5 kWh i maksymalną moc 150 kW, potrzebuje 6 minut więcej.
Droższa wersja Ioniqa V ma większą baterię. Całe... 66,8 kWh. Co pozwala na przejechanie 533 km według normy WLTP. Naszym zdaniem, bliżej 400 km. Ładowanie jest nieco szybsze, ale wciąż nic, co jest bliskie czołówce rynkowej.
Do tego samochód ma od 190, do 228 KM i korzysta z platformy z belką skrętną z tyłu.

Czyli, cena nie bierze się znikąd. To duży, futurystyczny, wypchany gadżetami samochód, ale absolutnie nie jest to okazja życia, ze względu na technologię.
No bo wiadomo, Chiny mają niższe podatki, auta mniejsze wymaganie dot. bezpieczeństwa (np. ładowania), a dopłaty na poziomie firmy plus wojna cenowa powodują, że w cennikach te oferty wyglądają póki co wyjątkowo atrakcyjnie.
Przynajmniej dopóki się w nie nie zagłębimy.


