Jeździłem Skodą Octavią pierwszej generacji. Zasadniczo poczułem się jak w nowym samochodzie
Rzadko dochodzi do sytuacji, w której producent wręcza mi kluczyki do samochodu sprzed lat. A tym razem była to Skoda Octavia pierwszej generacji, z silnikiem 1.9 TDI pod maską i z przebiegiem przekraczającym 520 000 km.
I wiecie co? Wsiadłem, poczułem zapach tych starszych nagrzanych plastików, przekręciłem kluczyk, obudziłem starego diesla i... miałem szeroki uśmiech na twarzy. Dochodzimy do tego momentu, w którym Skoda Octavia pierwszej generacji wywołuje odrobinę radości, zwłaszcza na tle nowoczesnej motoryzacji. A to wszystko ze względu na... jej "aktualność".
Przyznam Wam szczerze, że choć nowe samochody mają swoje uroki, to niestety cierpią też na okrutną przypadłość - stały się niemal identyczne. Nie przeczę, że w latach dziewięćdziesiątych pojazdy z tego samego segmentu nie były sobie bliskie - co to, to nie. Niemniej dzieliło je więcej i każdy miał odrobinę swojego własnego charakteru.
A Octavia, powiedzmy sobie szczerze, była strzałem w dziesiątkę. Pomyślcie sobie: w 1996 roku na drogi wyjechał samochód marki, która znana była wcześniej z reliktów przeszłości z silnikami z tyłu, z Favoritki (świetne auto swoją drogą) i z jej unowocześnionej wersji, czyli z Felicii.

I nagle na drogi wyjechał ciekawy liftback, prosty wizualnie, z wielkim bagażnikiem i z całym arsenałem rozwiązań z grupy Volkswagena. My po cichu liczyliśmy, że Daewoo pozwoli FSO rozwinąć skrzydła, ale kilka lat później ten romans zakończył się dość tragicznie.
A Skoda Octavia pierwszej generacji trwała i dała początek nowej historii tej marki
Nie miałem zbyt dużo czasu na jazdę tym samochodem, stąd też zdjęcia w artykule pochodzą od fotografów obecnych na wydarzeniu. Po prostu wolałem pojeździć starym dieslem, niż tracić czas na jego fotografowanie.
Serio. Dawno nie miałem takiej prostej frajdy ze zwykłej przejażdżki, nawet jeśli mowa tutaj o zwyczajnej Octavii. Ten egzemplarz, wypożyczony od prywatnego właściciela, ma ponad 500 000 km na liczniku. Przebieg zdradza przedarte obszycie fotela (na boczku), uszkodzony podłokietnik i niesprawna klimatyzacja. To jednak wszystko, co tu znalazłem.
Mechanicznie jest to sprawne auto - i wciąż nie rozczarowuje. Prowadzi się mechanicznie, ale precyzyjnie. W zakrętach jest pewne, a wyciszenie, nawet tego starego 1.9 TDI, nie rozczarowuje.
Z kolegą z innej redakcji, z którym jeździliśmy tym samochodem, uznaliśmy, że tak na dobrą sprawę lata dziewięćdziesiąte rozpoczeły erę bardzo "współczesnych" samochodów. To był ogromny postęp względem aut z lat osiemdziesiątych, zwłaszcza pod kątem bezpieczeństwa. Oczywiście późniejsze auta są jeszcze lepsze, niemniej tutaj jest już stosunkowo dobrze pod każdym kątem. Mamy odrobinę elektroniki wspierającej kierowcę (ABS, czasem nawet ESP), mamy kontrolowane strefy zgniotu i poduszki powietrzne.

Tym, czego brakuje mi w nowych samochodach, a co tutaj od razu daje o sobie znać, to mechaniczność. Nie jedziecie jeszcze zestawem jedynek i zer, kolejnych linijek kodu obsługujących samochód, a starannie zaprojektowaną przez inżynierów maszyną. Naprawdę nie ma się tutaj do czego przyczepić.
Zdradzę Wam pewien sekret: Octavia może być też klasykiem. Trzeba jednak szukać jednej konkretnej wersji
No, dwóch. Na pierwszym miejscu postawiłbym model RS, w jakimś ciekawym kolorze (np. żółtym). To kapitalne auto, z silnikiem 1.8 Turbo, dające dużo frajdy z jazdy. Uwierzcie mi, jeździłem takim samochodem lata temu i było to kapitalne doświadczenie.
Dalej postawiłbym Octavię w wersji L&K, z napędem na cztery koła. Jak na tamte czasy była naprawdę świetną "limuzyną" za stosunkowo rozsądne pieniądze. Coś czuję, że kiedyś może stać się zwyczajnym, ale jakże fajnym "klasykiem".


