Stellantis w potrzasku. Ceny akcji zanurkowały o 25%, elektryki schodzą na drugi plan
Koncern Stellantis szykuje się na trudny rok, po którym ma przyjść wyczekiwane odbicie. Póki co jednak giełda zareagowała na decyzję o odpisie księgowym sięgającym ponad 22 miliardów euro.
Fuzja koncernu PSA i FCA miała przynieść giganta, który będzie trząsł rynkiem. Tymczasem powstał kolos na glinianych nogach, którego sytuacja, głównie za sprawą strategii Carlosa Tavaresa, jest naprawdę fatalna. Dopiero za 3 miesiące poznamy nowy. plan na najbliższe lata, który ułożył Antonio Filosa ze swoim zespołem. Nowy dyrektor wykonawczy koncernu Stellantis ma wyjątkowo trudne zadanie - musi postawić na nogi twór, który coraz szybciej nabiera wody.
Teraz kluczową kwestią pozostaje to jak tę wodę wypompować i jak pozbyć się zbędnego balastu, który jest tylko dodatkowym problemem. Wszystko wskazuje na to, że na pierwszy ogień pójdą samochody elektryczne.
Pierwszym krokiem do urealnienia sytuacji była decyzja o odpisaniu 22,2 miliarda euro. Oczywiście ta decyzja od razu miała swoje odbicie na giełdzie. Akcje spółki notowane w Mediolanie straciły do 30 procent i spadły do najniższego 2021 roku poziomu. Skala przeceny sprawiła, że wartość odpisu przekroczyła aktualną kapitalizację rynkową spółki. Dla inwestorów jest to moment, w którym zapala się czerwona lampka.

Stellantis schodzi na ziemię. Marzenia trzeba zakopać, czas twardo stąpać po trudnym gruncie
Decyzja o odpisach księgowych to wynik próby "urealnienia" sytuacji marki. Cele, które przyjęto kilka lat temu, są niemożliwe do zrealizowania. Ten "włosko-francusko-amerykański" koncern obecnie boryka się z szeregiem problemów. Samochody elektryczne nie są tak efektywne i nowoczesne, jak zakładano. Sprzedaż tym samym nie wypada dobrze.
Co więcej, spółka ACC (jeden z podmiotów Stellantisu), która odpowiada za produkcję akumulatorów do kluczowych modeli, nie może poradzić sobie z zapewnieniem odpowiedniej liczby wyprodukowanych komponentów. Do tego wersje Long Range modeli E-3008 i E-5008, uznawanych za potencjalnie najważniejsze modele (wraz z ich bliźniakami od Opla czy Citroena) są dużo mniej wydajne, niż obiecywano.

Dla klientów jest to jasny sygnał: elektryki z grupy Stellantis po prostu rozczarowują i nie spełniają oczekiwań. Stąd też konieczność podejścia zdecydowanych działań, które pomogą wyprowadzić koncern na prostą.
Czym są odpisy księgowe i dlaczego tak mocno wpływają na wycenę?
Zacznijmy od odrobiny teorii z wiedzy giełdowej. Odpisy to księgowe korekty wartości aktywów, które spółka uznaje za zawyżone w świetle nowych realiów rynkowych. Bazując na przykładzie koncernu Stellantis: firma uznała, że dane projekty, technologie lub inwestycje nie przyniosą oczekiwanych zysków, dlatego obniża ich wartość w bilansie.
Taki ruch bezpośrednio obciąża wynik finansowy, zmniejsza kapitały własne i pogarsza wskaźniki rentowności. Inwestorzy traktują wysokie odpisy jako dowód na błędne decyzje z minionych lat, co zwykle prowadzi do spadku kursu akcji i rewizji wyceny spółki. Tutaj mamy więc do czynienia z wręcz podręcznikowym przypadkiem.
To nie wszystkie problemy, które trapią ten koncern
Odpisy ujęte w wynikach drugiej połowy 2025 roku obejmują kilka obszarów. Spółka wskazała na problemy jakościowe, które obecny zarząd powiązał z agresywnymi cięciami kosztów z czasów, gdy firmą kierował Carlos Tavares. Jak widać szukanie oszczędności w każdym miejscu nie przynosi korzyści.
Koncern zaplanował zatrudnienie około dwóch tysięcy inżynierów na świecie, skorygował założenia dotyczące łańcucha dostaw samochodów elektrycznych, a także zwiększył rezerwy gwarancyjne z powodu niskiej jakości części produktów.

W pakiecie znalazły się także wcześniej ogłoszone zwolnienia w Europie. Około 6,5 miliarda euro odpisów obejmują realne płatności gotówkowe, rozłożone na cztery lata od 2026 roku.
Niepewność w USA także jest problematyczna
Za czasów prezydentury Joe Bidena w USA kładziono ogromny nacisk na elektryfikację. Administracja Donalda Trumpa przyjęła jednak odwrotne założenia i rezygnuje z nacisku na pojazdy na prąd. Stellantis zainwestowało krocie w samochody elektryczne dla rynku amerykańskiego, które teraz stały się kosztownym problemem.
Deską ratunku pozostają wysokomarżowe produkty Jeepa i RAM-a, cieszące się dużym uznaniem. Dla porównania elektryki osiągnęły 7,7% udziału w sprzedaży w Stanach Zjednoczonych, czyli o ponad 20% mniej niż zakładano.
Stellantis był zbyt optymistyczny w kwestii elektryfikacji
Za kadencji Tavaresa Stellantis zakładał pełną elektryfikację sprzedaży w Europie do 2030 roku oraz 50-procentowy udział elektryków w USA w tym samym przedziale czasowym. Dane rynkowe podważyły te plany. W Europie auta elektryczne osiągnęły 19,5 procent sprzedaży, co oznacza wzrost blisko 30 procent rok do roku, ale nadal pozostaje wynikiem dalekim od oczekiwanego i przewidywanego.
Antonio Filosa zapowiedział całkowity reset modelu biznesowego, oparty na realnych preferencjach klientów, zarówno globalnie, jak i regionalnie. Spółka zwiększa ofertę modeli spalinowych na rynku amerykańskim, jednocześnie deklarując kontynuację inwestycji w elektryfikację. To samo tyczy się rynku europejskiego - tutaj wsparciem mają być nowe hybrydy. Ten balans w ofercie ma pozwolić na stabilizację przepływów finansowych i ograniczenie ryzyka dalszych odpisów.

Eksperci twierdzą, że skrajnie ambitne założenia Carlosa Tavaresa zderzyły się z nadmiernymi oszczędnościami i zmianami na rynku. Jednocześnie zmiany polityczne w USA, a także poluzowanie przepisów dotyczących elektryfikacji w Europie, przyczyniło się do spotęgowania tej trudnej sytuacji.
Stellantis już w ubiegłym roku zabrał się za porządkowanie polityki dotyczącej elektryfikacji. W ramach nowej strategii grupa zgodziła się sprzedać 49 procent udziałów w kanadyjskim joint venture bateryjnym partnerowi LG Energy Solution.
W grę wchodzi także sprzedaż lub likwidacja wybranych marek
Obecnie portfolio Stellantisu jest zwyczajnie zbyt duże. W Europie mamy wiele marek, które grają do jednej bramki, nie tworząc sensownego ekosystemu. Przykładowo: reaktywowana Lancia nie zyskała uznania, a teoretycznie pozycjonuje się tak samo, jak DS. Alfa Romeo też walczy, a Maserati ciągle nie nabrało rozpędu.
Niemal pewne jest to, że prędzej czy później dojdzie tutaj do cięć i odważnych decyzji, które mogą spotkać się z negatywnym odbiorem pasjonatów motoryzacji. Tu jednak chodzi o przetrwanie całego koncernu, co jest dużo ważniejszym celem.


